Spoglądam na kartkę kalendarza stojącego na moim biurku. Chociaż szczerze mówiąc – jaki to ma znaczenie? Jak by nie patrzeć dziś jest środa. Dzień wlecze się strasznie. Od rana przesłuchałem kilku świadków, ogarniam kwity. Piszę zaległe notatki, robię statystykę do zakończonych spraw. Papierologia level hard. Iza z którą siedzę w pokoju zniknęła. Znowu przesiaduje u kumpla obok. Papużki nierozłączki mają dziś dyżur aresztowy.
Z radia dobiega: „Wybiła właśnie 14 w radiu”. Cholera jeszcze tylko 90 minut i do domu. Siedzę za biurkiem z nosem w kwitach, staram się przetrwać do 15.30. Pocieszam się tym, że po robocie „zrobię siłownie” i wyjdę z fabryki. Po drodze do domu zaopatrzę się w kilka piwek, a o 20.45 United w Lidze Mistrzów. Plan na zresetowanie łba wydaje się być idealny. Kończę pisać kolejna notkę kiedy do pokoju wpada zastępca naczelnika dochodzeniówki. Spoglądam w jego stronę, wiem, że widok jego osoby w moim pokoju o tej porze nie wróży raczej nic dobrego. Moja wizja mile spędzonego popołudnia i wieczoru jest mocno zagrożona.
– Co robisz? – pyta.
– Kwity przewalam. – Nawet nie patrzę na niego.
– Słuchaj, kryminalni zaraz przywiozą kolesia z hotelu. Podobno w żołądku miał kilogram kokainy.
Zamieram na sekundę.
– W żołądku?
– Tak. Za chwile kryminalni przywiozą z hotelu jakiegoś kolesia, który podobno przewoził w żołądku kilogram kokainy. Dokładnie nie wiem o co chodzi. Podobno czegoś się debil wystraszył, zadzwonił do swojej matki, opowiedział jej jakąś historię. Jego stara spanikowała i zadzwoniła na 997. Za chwile typ tu będzie. Trzeba z nim pogadać. Podobno chce o tym opowiedzieć. Generalnie jakaś pojebana sprawa. Jak już będzie na miejscu to ogarniesz go i będziemy wiedzieć o co tak naprawdę chodzi. Póki co wszystko jest w chuj dziwne. Przesłuchasz go jak coś. W razie „wojny” powiem Ci jak to zrobić.
Patrzę na niego. Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę.
Trzask drzwi. Zostaję sam. Patrzę na zegarek. Czas jakby przyspieszył, ale tylko po to, żeby zniweczyć mi resztę dnia. Wizja popołudniowej siłowni i meczu United właśnie odjeżdża.
Jedyne co przychodzi mi teraz do głowy to to, że kurwa nie mam dyżuru i zajebany jestem papierologią. Dlaczego ja? Dlaczego to spotyka akurat mnie? Z całej kurwa komendy on akurat przylazł do mnie, dlaczego? Cóż zostawiam to i biorę się za spis akt jakieś zakończonej sprawy o znęty. Łudzę się, że orły z kryminalnego może sami będą chcieli ogarnąć typa. Może to będzie krótki temat. 15 minut rozmowy, koleś powie, że to nieporozumienie takie i będzie po sprawie. Biorę głęboki oddech, zaparzam kubek gorącej kawy, stawiam go na biurku i wracam do tego co tygrysy lubią najbardziej czyli numerowania stron akt.
Mija może pół godziny, kawa zdążyła już wystygnąć. Wiele jej nie upiłem. W tej sytuacji chodzi raczej o pewien rytuał. Dobrze kiedy kubek z kofeiną stoi na biurku. Jak człowiek ma chwile to łyknie, jeśli jest robota to nie zawsze jest czas na takie przyjemności. Inaczej sytuacja wygląda kiedy rano zjawiam się w robocie. Cała komenda pachnie kawą. Nie ważne jaki wydział, jaki pokój, kto jakie ma stanowisko. Rano dzień w pracy obowiązkowo rozpoczyna się od kawy.
W pewnym monecie do pokoju ponownie wpada zastępca. Patrzę na jego twarz i widzę, że jest podniecony jak nastolatek przed dotknięciem cycka koleżanki. W tym momencie już wiem, że bankowo mam po siłowni. Teraz gra będzie szła o wieczorną ligę mistrzów.
– Jarek chłopaki zwieźli tego farfocla. Podobno jest ustawiony i chce gadać, tylko trzeba go słuchać.
– Jasne tylko jak, o co chodzi?
– Spoko, spoko, jak coś to powiem Ci jak to zrobić.
Wybiega z pokoju jak poparzony.
Takie akcje zawsze rozpierdalają mi system.
Zabieram się za uporządkowanie biurka, ledwo co zamykam akta kiedy do pokoju jak przeciąg wpadają kryminalni z jeńcem zakutym w kajdanki. Patrzę na kolesia, jest tak naspidowany jak by wciągnął porządną kreskę koksu razem z banknotem. Koledzy rzucają na środek pokoju rozbebeszoną , podróżną walizkę, i wychodzą. Zostaje z typem sam na sam. Przyglądam się człowiekowi jeszcze uważniej wiem, że nie będzie to łatwy, ani szybki temat. Pokazuje mu krzesło
– Siadaj
Typ opada na stare, zdezelowane drewniane krzesełko pamiętające pewnie czasy „matki Milicji”. Jeszcze raz patrzę na jego dobytek leżący na środku mojego pokoju i na niego. Facet jest ewidentnie naćpany, jeszcze chwila i zacznie mi biegać po suficie.
– Jak masz na imię?
– Sebastian.
-Cześć Sebastian. Nazywam się Jarek. W czym mogę Ci pomóc? Chcesz zapalić, może zrobić Ci kawę?
Kiedy starsi koledzy uczyli mnie roboty powtarzali często, że trzeba człowieka „wybadać”, dać sobie chwile czasu, żeby zorientować się w jakim kierunku może pójść gadka. Po kilku chwilach z Sebastianem „na pokładzie” wiem, że to będzie droga przez mękę. Zdecydowanie chłopak będzie pretendował co najmniej do mojej Golgoty półrocza.
– Możesz zrobić mi kawę?
– Jasne
Wstaje, robię kilka kroków w kierunku szafki, żeby ogarnąć mojemu gościowi kubek. Jeszcze raz rzucam oko na te nieszczęsną walizkę, zauważam książkę. Z okładki spogląda na mnie Dawid Beckham. Zagaduje Sebastiana, który przebiera nogami jak by jechał na kolarzówce.
– Dobra książka?
Chłopak nagle zbystrzał. Odnoszę wrażenie, że przełączył się na inny kanał nadawania.
– Jestem fanem Manchesteru United! Odparł z dumą w głosie.
Nic nie odpowiadam, podchodzę do wieszaka, z rękawa bluzy wyciągam szalik United. Pokazuje mu. Na jego twarzy dostrzegam grymas, cień radości ukryty w jego zaćpanym spojrzeniu. Zdaje sobie sprawę, że z taktycznego punktu widzenia właśnie zdobyłem przyczółek.
Seba odpala fajkę, którą go poczęstowałem. Mimo, że nie jaram to zawsze w szufladzie mam paczkę. Od starszych kolegów po fachu wiem, że przy kawie i papierosie szybciej pękają bariery.
Chwile pierodolimy o niczym, trochę o futbolu i angielskiej lidze. Kiedy jestem przekonany, że jest już „urobiony” delikatnie przechodzę do konkretów.
– Słuchaj to jak ty znalazłeś się w moim mieście? Jak mogę Ci pomóc?
Kiedy kończę to zdanie widzę, że mój rozmówca, któremu jeszcze przed momentem jadaka się nie zamykała najzwyczajniej w świecie się zacina. Aaaaa myślę, nie wygląda to tak jak miało. Koleś miał być już ustawiony, skory do rozmowy a tu „chuj w kawie”. W pokoju nastaje taka cisza, że słyszę jak tryby w jego głowie dosłownie zgrzytają. Nagle ni stąd ni z owąd chłopak zaczyna mi przewijać o jakieś mafii, narkobiznesie, że grozi mu niebezpieczeństwo, że chcą go odpalić. Z jego ust wypływa taki potok słów, chaotycznych zdań, że ciężko jest się w czymkolwiek połapać. Patrzę na niego, słucham i zdaje sobie sprawę, że to będzie bardzo długi dzień w robocie. W pewnym momencie koleś zaczyna mi krzyczeć.
– No i chuj, w dupie mam wszystko, więcej nic już nie powiem.
Ciągnę go za język tak, że już mnie od tego ręce bolą. Staram się zapanować nad tym wszystkim. Cała ta sytuacja zdaje się być mocno surrealistyczna. Jestem policjantem pracującym w małym, 30-tysięcznym mieście, a petent mi tu o narkobiznesach, przemytach, kokainie – obłęd jakiś. Poza tym ewidentnie odczuwam brak „skrzydłowego”. Generalnie jest tak, że w takich sytuacjach „słucha się ludzi”, będąc we dwóch w pokoju. Po pierwsze względy bezpieczeństwa, po drugie – co dwie głowy, to nie jedna, a po trzecie – najzwyczajniej w świecie można chociażby wyjść do kibla się odlać. Ja jestem sam z gościem, który jest naćpany jak meserszmit i zaczyna mi się nakręcać. Dyskretnie sięgam po komórkę, piszę wiadomość do Jacka: „Dawaj do mnie, bo się przycina”. Naciskam zieloną słuchawkę, dosłownie po minucie do pokoju wchodzi Jacek. Spoglądamy na siebie przez moment. Kiedyś siedzieliśmy w jednym pokoju, pracowaliśmy razem przy rozbojach. Ten czas był dla mnie dobrą nauką policyjnego rzemiosła. Jacek uczył mnie roboty. Znamy się jak łyse konie. Wystarcza nam spojrzenie i wiadomo, w co gramy, kto jaką rolę będzie odgrywał. Rozumiemy się praktycznie bez słów.
Dopóki Seba jest w stanie, żeby z nim sensownie porozmawiać, to trzeba to wykorzystać. Musimy go złamać i pociągnąć w odpowiednią stronę, zadbać o to, żeby opowiedział nam całą swoją historię. Przez kilkanaście minut pracujemy z Jackiem nad Sebastianem. Na przemian wbijamy mu do głowy, że ktoś go wystawił, że bandyci, którzy, jak się okazało, przejęli go z towarem na miejskim dworcu autobusowym, wiedzą, gdzie mieszka, że doskonale się orientują, gdzie mieszkają jego najbliżsi, że w zasadzie to tylko Policja może mu w tej gównianej sytuacji, w jakiej się znalazł, pomóc. Jak pójdzie na współpracę, to my mu oczywiście pomożemy, zadbamy o jego bezpieczeństwo. W pewnym momencie proszę Jacka, żeby został w pokoju. Idę się wylać i najzwyczajniej złapać oddech. Zatrzaskuję za sobą drzwi, od razu trafiam na korytarzową debatę. Nie wiem, jaka jest geneza tego zjawiska, kiedy ono powstało, ale odkąd jestem w fabryce, to zauważyłem, że kiedy dzieją się jakieś ważne sprawy, to często omawiane są na korytarzu. Nawet kiedyś zastanawiałem się, dlaczego tak to wygląda, ale dałem sobie z tym spokój. Po prostu w tej Komendzie na piętrze tak już jest. Idę w kierunku kibla, widzę zgromadzenie trójcy świętej. Pod ścianą stoi naczelnik dochodzeniówki. Jeśli chodzi o proces, to najbardziej kumaty i kompetentny facet w tym cyrku. Obok, oparty o drzwi kancelarii tajnej, stoi jego zastępca, który trzyma w ryzach harty z operacyjnego. Razem z nim jest zastępca komendanta, który w jednostce nadzoruje pion kryminalny. Kiedy się do nich zbliżam, pada pytanie:
– Gada?
– Gada, gada. Sprawa jak z filmów sensacyjnych. Takiej chyba u nas jeszcze nie było. Tylko zastanawiam się, jak teraz to wszystko przełożyć na proces? Jak zrobić, żeby było dobrze? – Nastaje konsternacja, zaczyna się ożywiona debata.
– Naczelniku, ja idę do kibla, bo zaraz się w gacie zleję.
– Jasne. My coś tu zaraz wymyślimy. Kiedy zatrzaskuję za sobą drzwi toalety, nastaje błoga cisza. Mam chwilę, żeby w spokoju się odlać. Spoglądam na zegarek. Jest już po 17. Kurwa, nawet nie wiem, kiedy ten czas tak poleciał. Kiedy kończę lać, myślę, że dziś jeszcze chyba nic nie jadłem. Wychodzę z klopa. Podchodzę do korytarzowego towarzystwa.
– Co dalej, Naczelniku, jak ogarnąć ten temat?
– Słuchaj, musisz od niego przyjąć zawiadomienie o przestępstwie.
– Jakim?
– Musisz od niego przyjąć samopodpierdolenie o tym, że z Brazylii do Polski przemycił kilogram kokainy. Z tobą rozmawia, ty go zaciąłeś, to musisz pociągnąć temat do końca. Zrób to bardzo krótko. Jak najprościej się da. Za chwilę napiszemy ci zarzuty. Po przyjęciu od niego zawiadomienia przesłuchasz go w 183 KPK z zarzutem do protokołu. Zaraz mają przyjechać orły z CBŚ-u, może oni coś nam podpowiedzą. Tyle w tym momencie wymyśliliśmy.
– Dobra, zrobię, jak Naczelnik mówi. Tylko mam pytanie. Jak ten głąb przewiózł kilogram koksu? Jak mówi, że w żołądku, to czy nie powinniśmy z nim najpierw jechać do lekarza, żeby mu bebechy prześwietlili? Jak coś jeszcze ma? – Zapada cisza. Widzę konsternację na twarzach moich przełożonych. Patrzą jeden na drugiego.
– Najpierw zrobisz go procesowo. Chłopaki z operacyjnego mówili, że kiedy go zawijali, to wysprzęglił się im, że wszystko zrzucił. Po skończeniu protokołów Adrian, który ma dziś dyżur aresztowy, pojedzie z tobą i tym idiotą do lekarza.
Dostrzegam ulgę na twarzach naczelników, że to nie oni podjęli taką decyzję. Jak dla mnie, to najpierw powinniśmy z nim jechać do doktora, ale cóż.
– Rozkaz, komendancie – odpowiadam.
CDN…
