Wskakujemy do metra, jedziemy prosto na naszą dzielnice. Kiedy wchodzimy do pokoju zdajemy sobie sprawę, że od wyjazdu z Londynu dzielą nas dosłownie godziny. Pakujemy nasze plecaki i walizkę, żeby nie robić tego w nocy. Ala dostaje wiadomość, że mamy się spotkać z jej znajomym na stacji metra South Kensington. Zarzucamy temat wspólnego wyjścia naszej młodzieży. Oni nawet nie myślą o jakichkolwiek ruchach.
Wychodzimy z hotelu spiąć klamrą nasz pobyt w stolicy królestwa. Wysiadamy na umówionej stacji. Do spotkania mamy jeszcze trochę czasu. Postanawiamy się pokręcić po okolicy. Dzielnica, na której jesteśmy słynie z tego, że uchodzi za ekskluzywną. Mnóstwo tu muzeów, galerii, teatrów, kin. Spacerując ulicami faktycznie czuć taki mógłbym to nazwać „elegancki klimat”.
Same zabudowania robią wrażenie. W pewnym momencie telefon Ali daje znać. Okazuje się, że dzwoni jej kumpel. Sugeruje, że możemy się spotkać za kilkanaście minut w polskiej restauracji, która nazywa się „Ognisko”. Słysząc nazwę mam nadzieje, że będzie to ciekawe „swojskie” miejsce. Ognisko kojarzę z dobrym klimatem, młodymi ludźmi, którzy się spotykają, piją piwo, rozmawiają ze sobą w ojczystym języku i mogą zjeść jak u mamy. Wklepujemy nazwę w google. Od tego miejsca dzieli nas dosłownie kilka minut spaceru. Idziemy powoli, nie spieszymy się. Chyba obydwoje czujemy, że są to nasze ostatnie chwile w Londynie. Instynktownie chcemy, żeby trwały jak najdłużej.
Wreszcie docieramy na miejsce. Dostrzegam wejście do lokalu, które mieście się w bardzo eleganckiej kamienicy.
Jestem przekonany, że pewnie trzeba zejść do piwnicy, żeby trafić do młodzieżowego pubu. Jedyne co mi nie pasuje to fakt, że przed lokalem nie widzę żadnych młodych ludzi. W zasadzie to na ulicy nie ma nikogo. Gdzie są te tłumy amatorów piwa i luźnych klimatów? Pewnie w środku ????
Przekraczamy próg. Z ciekawością rozglądam się i zdaje sobie sprawę, że jesteśmy w bardzo gustownym wnętrzu. Moje wyobrażenie o studenckim klubie pryska jak bańka mydlana. „Ognisko” okazuje się być bardzo elegancką restauracją.
Klientela lokalu jest w starszym wieku. Panie ubrane w suknie, panowie w marynarki. Obsługa w białych nienagannie wyprasowanych koszulach. Za barem stoi młody chłopak, który mimo, że uwija się jak w ukropie robi to z klasą, elegancją. Słowem pełen barmański profesjonalizm. Przez moment czuje się tu co najmniej dziwnie i niestosownie. Wszystko przez to, że towarzystwo siedzące przy stolikach jest mocno dystyngowane. Natomiast my z Alą „look” mamy totalnie turystyczny (trampki, bluzy z kapturem 😉 ) .
W pewnym momencie podchodzi do nas młoda kobieta, która z zatroskaną miną zwraca się do nas po polsku. Miło jest po kilku dniach usłyszeć ojczysty język. Mówi nam, że w tej chwili nie ma szans na stolik, ale jeśli chcemy to możemy usiąść na korytarzu. Kiedy tylko się coś zwolni da nam znać. Faktycznie restauracja jest nabita jak strzelba. Wszystko pozajmowane zero szans na jakiekolwiek miejsce. Siadamy w holu na wygodnej kanapie i czekamy.
Po kilku minutach okazuje się, że mamy fart, bo właśnie zwolnił się stolik. Nie zdążyliśmy się porządnie rozsiąść, kiedy pojawia się facet, z którym mamy spędzić nasz ostatni wieczór w Londynie. Wiem, że był sąsiadem Ali i razem chodzili do podstawówki. Nie widzieli się szmat czasu. Okazuje się, że jej kumpel z dzieciństwa to bardzo sympatycznym gość. Mimo, że widzę go pierwszy raz to kupuje w całości. Tomek zaraz po wejściu serdecznie wita się z pracownikami restauracji. Zauważam, że czuje się tu jak w domu. Dalsza część wieczoru upływa nam standardowo na rozmowach, wspomnieniach i śmiechach. Jest też trochę życiowych tematów. Słowem atmosfera bardzo sympatyczna. W tym, żeby humory dopisywały nam jeszcze bardziej dba obsługa 😉 . Mimo, że restauracja jest wytworna a klientele stanowi „stara” polonia i zamożni Anglicy to po chwili czuje się tu swobodnie i chyba o to chodzi. Przecież jesteśmy w Londynie. W pewnym momencie Tomek uświadamia nam, że jest to restauracja, w której nie leci żadna muzyka. Faktycznie dopiero teraz to zauważam. Do tej pory nie zwróciłem na ten detal mojej uwagi. Filozofia tego miejsca jest taka, że ludzie mają tu miło spędzać czas, móc dobrze zjeść, napić się i spokojnie ze sobą porozmawiać.
Niestety czas mija nam nieubłaganie. Musimy się zbierać. Żegnamy się z obsługą i wychodzimy. Jeszcze po drodze na metro, gdzie się rozstaniemy Tomek pokazuje nam bardzo interesujący lokal, który nazywa się Daquise.
Mówi, że była to pierwsza polska restauracja w Londynie. Miejsce o tyle ciekawe i historyczne, gdyż było nieformalną siedzibą prezydenta polski na uchodźctwie Edwarda Raczyńskiego. Poza tym w Daquise jadał sam generał Anders. Żałuję, że nie mamy czasu, żeby tu posiedzieć jednak nie odmawiam sobie wejścia do środka. Wnętrze nie robi jakiegoś dużego wrażenia, ale ewidentnie czuć tu ducha historii 😉 . Daquise jest wisienką na torcie wieńczącą nasz dzisiejszy dzień. Poza tym jestem pod wrażeniem spotkania z Tomkiem. Takie akcje są wartością dodaną do zmysłowych wojaży. Możliwość spotkania i porozmawiania z człowiekiem, który w Londynie mieszka już kilka lat jest niezwykle interesująca. Thomas obiecał nam, że jeśli jeszcze kiedyś wpadniemy do Londynu to on pokaże nam to miasto swoimi oczami. Jestem przekonany, że taka akcja będzie petardą turystyczną 😉 .
Żegnamy się na stacji metra. Wskakujemy do pociągu by po chwili wysiąść na Fulham. Po drodze do hotelu z daleka dostrzegamy nasz ulubiony pub skąpany w kolorowych światłach. Postanawiamy, że dosłownie na moment tam zajdziemy. Kiedy podchodzimy bliżej okazuje się, że dziś w Old Oak trwa w najlepsze impreza taneczna. Kiedy Ala obiera kurs na toaletę siadam przy wolnym stoliku. Spoglądam w stronę baru. W tym momencie barman łapie mnie wzrokiem, uśmiecha się i przekonującym gestem pokazuje dwa palce. Nic nie mówię, bo muzyka gra tak głośno, że nie ma to sensu, natomiast wykonuje głową gest aprobaty. Po chwili na blacie lądują dwa czarne jak smoła guinnessy. Oczywiście dla Ali z sokiem porzeczkowym.
Takie to jest porozumienie bez słów. Kiedy Alka pojawia się przy stoliku na jej twarzy dostrzegam spore zdziwienie ???? . Chcemy czy nie browar trzeba wypić. W tym momencie uświadamiam sobie jakim miastem jest Londyn. Wciąga, zasysa, wystarczy kilka dni a już czujesz się tu jak u siebie. Poznajesz dzielnice, ogarniasz komunikację, a kiedy wchodzisz do pubu barman bez słowa wie czego Ci potrzeba, fantastyczne miejsce 😉 . Niestety my musimy uciekać. Nawet nie dopijamy piwa do końca tylko się ewakuujemy. Kiedy wchodzimy do pokoju młodzież nie śpi. Najważniejsze, że prawie wszystko spakowane. Mamy przed sobą 3 godziny snu.
CDN…