Po tak pysznym obiedzie postanawiamy ruszyć tyłki. Kolejnym etapem naszej dzisiejszej eskapady jest plażowanie nad oceanem. Promenadą idziemy w kierunku plaży. Po drodze mijamy marinę, gdzie cumują łódki i jachty. Trasa spacerowa genialna, bo z widokiem na wodę i drugi brzeg miasta.
Oprócz nas na promenadzie żywego ducha, zero turysty. Wszystko wokół mamy dla siebie. Bezcenne uczucie, kiedy możesz swobodnie spacerować bez tłumów, kolejek i podziwiać niesamowite widoki.
Po kilku minutach mijamy miejscową suszarnię na wolnym powietrzu. Na niewielkim placu porozstawiane są wysokie kije, których końce połączone są ze sobą linkami. Gdyby nie te sznurki zapewne zastanawiałbym się, o co chodzi z tą konstrukcją i do czego służy. Kiedy widzę to z daleka obstawiam, że być może rybacy na tym suszą sieci, jednak kiedy podchodzimy bliżej, widzę jak kobieta rozwiesza na tych sznurkach nie sieci, a swoje pranie. Suszarnia na wolnym powietrzu, ekologiczna i co najważniejsze przy takiej pogodzie i grzejącym słońcu pranie schnie ekspresowo 😉 .
Krocząc nad ocean mijamy pierwszą plażą, na której opalają się miejscowi. Mimo pokusy „rozłożenia” się już teraz, nie ulegamy jej i idziemy dalej. Chcemy dalej zobaczyć wielki, nieograniczony błękit. Idąc mijamy cypel, który jest ogrodzony siatką. Okazuje się, że jest to teren chroniony, przeznaczony do obserwacji ptactwa.
Pokonując delikatne wzniesienie wreszcie docieramy na miejsce. Widok zapiera dech piersiach. Kapitalna, szeroka, piaszczysta plaża. Błękitne niebo i ocean. Kładziemy się na się na piasku i w zasadzie więcej już nic do szczęścia nam nie potrzeba. No może tylko parawanu, bo wiatr wieje dość mocno. Mimo to klimat pierwsza klasa. Czas spędzamy na spacerach i pogaduchach.
Leżąc na piasku w pewnym momencie łapie się na tym, że szum fal praktycznie mnie usypia. Moje powieki stają się ciężkie i opadają niczym gilotyna na głowę skazańca. Na chwilę goszczę w objęciach Morfeusza. Po czasie z uwagi na późną porę i planowaną wieczorną kolację na naszym balkonie, postanawiamy się zbierać do domu. Idąc zdajemy sobie sprawę, że czeka nas spory kawałek do przejścia. Monika w pewnym momencie mówi, że boli ją noga. Biorąc pod uwagę kilka kilometrów jakie mamy do przejścia, to nie jest to dobra wiadomość. Postanawiamy, że jak tylko dojdziemy do wioski rybackiej to złapiemy jakiś transport, którym dojedziemy na kwaterę. Na miejscu kombinujemy z autobusem, ale niestety nie możemy się połapać z tutejszym rozkładem jazdy. Wreszcie zamawiamy ubera, którym śmigamy prosto na kwaterę. Po drodze przejeżdżamy przez wielki betonowy most, który mogliśmy podziwiać dziś rano z pokładu łodzi. Konstrukcja w obu przypadkach robi na nas duże wrażenie. W mieszkaniu meldujemy się już naprawdę wieczorową porą. Szybka kolacja i kładziemy się do łóżek. W trakcie balkonowej biesiady, bez, której obyć się nie może Marek z Moniką decydują, że jutro skoro świt jadą do Sanktuarium Maryjnego w Fatimie. Ala i ja nie mamy w planach tego typu atrakcji, za to objawia nam się perspektywa szlajania się po Porto tylko we dwoje. Umawiamy się, że jak tylko „Marki” wrócą z tego świętego miejsca, będziemy łapać się telefonicznie. I tu w zasadzie mógłbym zakończyć, ale nie sposób nie wspomnieć o moich i Ali nocnych bojach z komarami. Tak, one też zamieszkują Porto, są upierdliwe i żarłoczne. Bzyczą nad uchem i żrą niemiłosiernie. Ta noc była kolejną z cyklu wojny między gatunkami. Dopiero po nocnej pacyfikacji kilku sztuk mogliśmy spokojnie zasnąć. Taka rada z mojej strony. Kiedy macie zamiar wybrać się do Porto latem weźcie pod uwagę to, że są tam te bzycząco – żądlące komarowe bestie.
CDN…




