Nasze greckie wakacje. Skiathos oczami Ali – Prolog

Podróże to Dawid. To on planuje nasze koleje kierunki, bukuje bilety, wynajduje miejsca w których możemy się zatrzymać. Ja tylko ostatecznie się zgadzam. Lubię to. Podróże ewidentnie są domeną Dawida. Reszta rodziny tylko czeka na wyjazd. Kiedy wreszcie przyjdzie ten czas pakujemy się i  w drogę.
Z Grecją, a konkretnie ze Skiathos też tak było.  Dawid zainspirował się czymś i stwierdził, że musi tam być. A my tj, ja i dzieci z nim. Cóż, z przyjemnością! Tym bardziej, że w Grecji to nas jeszcze nie było. Trochę to zaskakujące, bo Grecja to taki popularny polski kierunek. 
Skiathos to mała wyspa, z małym lotniskiem i krótkim pasem startowym. Zresztą jest tylko jeden pas startowy dla samolotów i pełni on jednocześnie funkcję lądowiska.
Skiathos stało się bardzo popularne przez filmiki zamieszczane w Internecie, na których duże latające maszyny podchodzą do lądowania dosłownie nad ludzkimi głowami . Dawid  chciał zobaczyć to na własne oczy. I tak oto w lipcu rozpoczęliśmy nasze małe, bo tygodniowe greckie wakacje.
Obawiałam się trochę tego wyjazdu, bo nie tylko kierunek  był dla nas nowy. Poza tym nasze podróże przeważnie wiążą się z intensywnym zwiedzaniem. Jednak mała grecka wysepka, która liczy sobie w granicach  od 6 do 7 tys. rdzennych mieszkańców, nie oferuje wielu atrakcji do zwiedzania poza lotniskiem no i… plażami. Zapowiadał nam się zatem tygodniowy „plażing.” Byłam zadowolona. Dawid też. Martwiliśmy się jednak o dzieciaki. Jak Hubert z Martą wytrzymają tydzień na plaży? No właśnie!
No i tutaj chwila na krótkie wyjaśnienie. Z jakiego powodu wzięłam się do opisywania naszego wyjazdu? Zwykle robi to Dawid. I robi to dobrze, co widać po rosnącej liczbie osób śledzących jego stronę na fb i czytelników bloga. Lubią ten jego surowy, prosty i taki męski sposób relacjonowania tego, gdzie byliśmy i co robiliśmy.  Sama esencja – bez zbędnych emocji i głębszych przemyśleń.
No a ja piszę z tymi wszystkim ochami i echami.  Nie mogę pominąć tematu Grecji,  bo Grecja otworzyła mi coś ważnego. I to na tyle, że na pewno na Skiathos jeszcze wrócę, chociażby przejazdem, a raczej przelotem.
Ale po kolei. Skiathos miało być moim nic nie robieniem. Nie ukrywam z utęsknieniem czekałam na to, by nie planować kolejnego dnia, bo co tu planować? Codziennie plaża. Przed wylotem trochę poczytałam o naszym nowym kierunku, ale niewiele, bo ileż można się rozpisywać o pięknym złotym piasku i turkusowym morzu? Do walizki spakowałam dwa stroje kąpielowe, dużo przewiewnych sukienek. Na głowę założyłam kapelusz, który przywiozłam z Porto. Do tego krem  z dużym filtrem i okulary przeciwsłoneczne. Na Grecję byłam przygotowana. Aaaaa… Przepraszam. Wzięłam ze sobą jeszcze matę do jogi, bo joga stała się moim dobrym codziennym nawykiem. Z jogą rozpoczynam swój każdy kolejny dzień. Nie chciałam z tego rezygnować nawet podczas swoich greckich wakacji.

Skiathos przywitało nas piękną, ciepłą pogodą. Lądowanie na lotnisku było spektakularne. Mocno dynamiczne i wbijające w fotel. Jak tylko zebrałam myśli, że jesteśmy już w Grecji i oto mamy nasze wakacje, pojawił się u mnie lekki niepokój. A jak dostaniemy się na naszą kwaterę? Dawid wcześniej wyjaśniał, że nasz gospodarz zaoferował, że po nas przyjedzie. Ponoć u niego to zwykła procedura. Odbiera swoich gości z lotniska. Następnie obwozi po wyspie pokazując restauracje, które poleca, a na końcu wprowadza do swojego małego, greckiego domku, który wynajmuje.  Brzmiało to pięknie, zbyt pięknie pomyślałam. Pewnie będziemy czekać i się denerwować. Rozejrzałam się jednak po lotnisku, zastanawiając  się w jaki sposób odnajdziemy naszego Greka aż tu… Dostrzegłam rozglądającego się faceta, trzymającego kartkę z napisem: „Kazik Kowalski”. Szybko złapałam, że chodziło o Dawida pseudo, które funkcjonuje na FB. Uśmiechnęłam się. Wyglądało na to, że nasz Grek to porządna firma. Skinieniem ręki zagarnęłam swoją rodzinę i podeszłam bliżej aby przywitać się z naszym gospodarzem. Dogadaliśmy się po angielsku. Mężczyzna nie miał problemu, by mówić dużo. Szybko złapaliśmy porozumienie. Zaprezentował się jako otwarty i sympatyczny człowiek. Zaprowadził nas do swojego samochodu, do którego zapakowaliśmy nasze bagaże, po czym zajęliśmy miejsca w środku.  Zgodnie z naszą wcześniejszą wiedzą, gospodarz zaczął naszą obwózkę po wyspie, pokazując restauracje godne polecenia, sklepy i inne przydatne lokalizacje.
W końcu zabrał nas  na uroczą dzielnicę, gdzie zaczęła się stara, klimatyczna Grecja. Naszym oczom ukazały się same małe, białe budynki poprzecinane wąskimi i bardzo klimatycznymi uliczkami. Szybko zachwyciłam się nowym miejscem.
Mężczyzna szeroko otworzył drzwi kwatery i wprowadził nas do środka. Następnie oprowadził po każdym pomieszczeniu, wyczerpująco udzielając wszelkich instrukcji. Siłą rzeczy najwięcej mówił do mnie. Starałam się odnajdywać w swojej głowie angielskie słownictwo ale nie byłam aż tak wygadana jak nasz Grek. W końcu zostaliśmy sami. Nasz gospodarz oddał nam klucze, pożegnał się z nami serdecznie i wyszedł.
To był mój pierwszy bliżej poznany Grek. Bo Grecja to dla mnie przede wszystkim ludzie. Nasz gospodarz okazał się bardzo słownym i uporządkowanym człowiekiem. Otwierając szafki w jego domu szybko zorientowaliśmy się, że ma bardzo wysokie standardy czystości. Poza tym zostawił nam w lodówce dwie butelki schłodzonej wody, abyśmy mogli od razu po przybyciu na miejsce się napić. W zamrażalniku znaleźliśmy dwa zmrożone kufle do piwa, tak by napój do nich wlany utrzymał swoją niską temperaturę. W łazience natomiast było pełno kosmetyków, które mogliśmy używać.  Przyznam, że z rodziną trochę jeździmy po świecie. Nigdy jednak nie spotkałam się z takim przygotowaniem. W duchu postanowiłam, że osobiście dopilnuję porządku w naszym nowym domu. Chciałam uszanować wartości, które miał nasz gospodarz.
Grecja to ludzie! Postanowiłam, że będę poznawać lokalnych mieszkańców ile się da. Pewnie miejscowi mają dosyć turystów, bo przecież tyle ich tu co sezon zjeżdża. Poza tym przyjeżdżają,  odjeżdżają. Po co się bliżej poznawać? To mogła być grecka perspektywa. Moja była inna. Chciałam poznawać i… tak też robiłam.
Następnego dnia zadeklarowałam, że to ja robię zakupy na śniadanie. Wstałam wcześnie rano. Poćwiczyłam jogę, wzięłam siatki i poszłam szukać sklepu, gdzie kupię pieczywo. Znalazłam i tak oto poznałam właściciela piekarni. Przy okazji kupiłam u niego kawę, którą wypiłam, zajmując miejsce przy stoliku na zewnątrz. Z lekkim skrępowaniem usiadłam przy długowłosym mężczyźnie ubranym w roboczy kombinezon. I zagadnęłam. Tak dowiedziałam się, że w Grecji w sobotę też się pracuje, ale pracuje się powoli. Mój kolejny nowo poznany Grek ewidentnie szykował się do pracy , ale przed pracą zdecydował się wypić kawę i porozmawiać z sąsiadami. Zresztą z minuty na minutę przed piekarnią przybywało lokalsów. Byli to głownie mężczyźni, którzy zajmowali kolejne miejsca i powoli pili swoje napoje. Towarzyszyły im przy tym rozmowy i dużo uśmiechu.  Cóż to był za poranek!
Na drugi lub trzeci dzień gdzieś na mieście przypadkowo spotkałam Greka, poznanego w piekarni. Wymieniliśmy się skinieniem głowy i uśmiechem.
Kolejna miła znajomość  to starszy właściciel małego, pobliskiego sklepiku, do którego często zachodziliśmy po wodę i inne drobne produkty spożywcze. Od pierwszego spotkania mężczyzna złapał ze mną dobry kontakt. Mało mówił po angielsku. Ja nie znałam greckiego. W niczym to jednak nie przeszkadzało, bo dogadywaliśmy się poprzez mowę ciała, uśmiechy.
Było w tym dużo gestykulacji, domysłów i uczenia się greckich słówek. Grek chyba wziął sobie za punkt honoru, że nauczy mnie swojego ojczystego języka. Za każdym razem kiedy przychodziłam do sklepiku pojawiało się jakieś nowe słówko. Ależ to była zabawa! Dużo śmiechu i serdeczności.
Jeśli chodzi o poznawanie ludzi to przysłowiową kropką nad i było spotkanie Polki, która mieszka na Skiathos od 17 lat. Wyznała, że lata temu przyleciała na wyspę na wakacje i tak już została. Przez kolejne lata dorobiła się męża i dzieci. Dziś ze swoją grecką rodziną prowadzi restaurację.
Na koniec dodam, że poszłam również do pobliskiego kościoła na nabożeństwo. Chciałam doświadczyć greckiej duchowości. Nakłoniły mnie do tego dochodzące codziennie rano ze świątyni do naszego domku odgłosy modlitw. Leżąc jeszcze w łóżku wsłuchiwaliśmy się z Dawidem w greckie, klimatyczne śpiewy. Początkowo było to mocno zaskakujące. Z każdym kolejnym dniem takie poranki dodawały naszym wakacjom kolorytu, a nawet stawały się normą.
W dzień wyjazdu było mi ciężko. Siłą rzeczy przez kolejne dni pobytu zaznajamiałam się z wyspą i z jej mieszkańcami coraz bardziej.  Moje małe greckie wakacje kończyłam mając swoją ulubioną piekarnię, pobliski sklepik z szalenie miłym właścicielem, który uczył mnie słówek. Do tego odkryłam wspaniałe miejsce na poranną jogę.
Był to cypel malowniczo wychodzący w morze, zamieszkiwany przez uroczego rudego kota, którego dokarmiałam. Nie do końca wiedziałam dokładnie  jak i kiedy to się stało, że poczułam się na Skiathos jak u siebie. I zrobiły to nie piękne widoki, choć były bajkowe. Nie greckie jedzenie, cudowne plaże czy też piękne morze. Byli to ludzie!
Żegnając się z wyspą uwieczniłam mój ulubiony sklepik na zdjęciu. Pożegnałam się z jego właścicielem. Na lotnisku uściskałam się z naszym gospodarzem obiecując sobie, że naszym greckim przyjaciołom wyślę pocztówkę z Polski.  Postanowiłam również, że od tej pory tak właśnie będę zwiedzać. Starając  się poznawać nowe miejsca poprzez kontakt z miejscowymi. Bo to, co najgłębiej zapada w pamięć i w serce to ludzie a nie widoki.
Są historie które trzeba opowiedzieć, które trzeb opisać. Inaczej za tobą chodzą i nienapisane odbijają się jak czkawka. Jak przeoczysz, nie posłuchasz historia w końcu odchodzi zawiedziona, że musi umrzeć zapomniana. Ta musiała być napisana i została. Jest druga w nocy. Dobranoc!!

 

KONIEC…

Jeśli moja twórczość przypadła Ci do gustu, To będzie mi niezmiernie miło gdy zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej działalności. Wystarczy kliknąć poniższy link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję.