Muxia – epizod II

 

Po przybyciu do domu młodzież zalega przed TV. Nawet klimatyzacja w metrze nie zdołała postawić ich na nogi.  My natomiast postanawiamy, że tematu kolacji w Muxi nie odpuszczamy. Ten lokal naprawdę przypadł nam do gustu.
 Jeśli chodzi o kulinarne specjały to   wiemy co chcemy. Oczywiście mam na myśli męską część. Generalnie od momentu wyjścia z domu jesteśmy nastawieni na jedzenie. Dziewczyny nie za bardzo wiedzą co będą jadły. Zostawiają sobie tę kwestię do momentu otrzymania karty dań. Osobiście chcę spróbować paeli. Marek celuje w mięso. Z uwagi, iż jest to nasz drugi raz w tym lokalu, to wchodzimy już jak do siebie. Ten sam kelner, który obsługiwał nas dzień wcześniej od razu wyłapuje nas wzrokiem. Podchodzi z uśmiechem na ustach i wskazuje nam stolik. Dziś jest jakby trochę mniej ludzi. W samej restauracji panuje spokój. Nie ma takiego gwaru jak poprzednio mimo, że w TV leci mecz
Barcelony. Przed szklanym ekranem siedzi kilku kibiców, którzy ekscytują się każdym udanym zagraniem ich ulubieńców, obgryzają paznokcie i coś mamroczą pod nosem kiedy drużynie nie idzie. Korzystając z okazji zajmujemy strategiczne pozycje i szykujemy się do złożenia zamówienia. Marek zamawia baraninę. My z Alą bierzemy paelę, natomiast Monika prosi o  tortille. Po kilkunastu minutach oczekiwania przy lampce wina na stół trafiają nasze zamówienia. Paela, którą nam zaserwowano… No, po prostu niebo w gębie.
Porcja  tak duża, że oboje  najadamy się jak mopsy 😉 . Marka baranina też wygląda  zacnie i z jego relacji odnośnie smaku mięsa ( a jest on ekspertem )  również jest pyszna.  Natomiast tortilla Moniki okazuje się rozczarowaniem. Nie chodzi o to, że danie było niesmaczne czy źle przyrządzone. Po prostu katalońska tortilla ni jak ma się do naszego wyobrażenia o tej potrawie. Jest to raczej opcja śniadaniowej przekąski, co nie za bardzo pasuje do późno wieczornej posiadówy. Siedząc w restauracji intryguje nas pewna sytuacja – mianowicie sposób podania gościom wołowiny. Do klientów siedzących przy stoliku za nami podchodzi kelner, przynosi im rozgrzane kamienie w kształcie sporych prostokątów. Posypuje je solą i wykłada z metalowego półmiska każdemu z gości na ten rozgrzany kamień  po kawałku wołowiny. Po knajpie rozchodzi się zapach grillowanego mięsa. Widok jest bardzo interesujący. Pierwszy raz widzę w ten sposób podawane mięso. Obserwując naszych sąsiadów i to z jakim zapałem pochłaniają kawałki wołowiny wnioskujemy, że jest to specjalność tej knajpy. Ciekawe jest to, że te sztuki mięsa znajdujące się w półmisku każdy gość może sobie na tym kamieniu wysmażyć jak chce i jak tylko mu pasuje.

Barcelona  wygrywa spotkanie rozbijając Real Betis 5:2. My zjadamy pyszną kolację za którą płacimy 73,90€. Uzmysławiamy sobie, że do końca naszych wakacji w Barcelonie zostają już tylko dwa dni, a w zasadzie jeden jutrzejszy poniedziałek, bo wtorek to już tylko rano zakupy, lotnisko i powrót do domu. Generalnie poniedziałek mamy już zaplanowany. Jeszcze przed wylotem dziewczyny kupiły przez Internet bilety na wejście do Sagrady Familii. Tak miał wyglądać nasz przedostatni dzień w stolicy Katalonii.
 Zadowoleni wychodzimy z Muxi i powolutku spacerkiem wracamy do domu. W mieszkaniu zimny prysznic. Dziatwę katująca  „Dom z papieru” układamy do wyrek. Dziewczyny standardowo też idą spać. Natomiast  Marek i ja, no wiecie balkonik, San Miguel z lodóweczki i…..
CDN…