Brno wypada nam tak awaryjnie. Mieliśmy lecieć do Rzymu jednak korona krzyżuje nam plany. Cała ta nasza wyprawa na Morawy jest trochę dziwna. Dlaczego? A dlatego, że podchodzimy do niej bardzo, że tak powiem frywolnie. Do tej pory przed każdym naszym wyjazdem generalnie się jakoś przygotowywaliśmy. Czytaliśmy opinie o miejscu docelowym, recenzje, szukaliśmy w necie miejsc, które warto odwiedzić i jak do nich dotrzeć. Przy okazji wyjazdu do Brna idziemy na żywioł. O miejscu, do którego jedziemy wiemy bardzo niewiele. Kwestią organizacyjną zajmuje się Ala. Ona decyduje, że dwa dni spędzimy w Brnie, a na kolejne dwa pojedziemy do Mikulowa. Pierwotnie mieliśmy zaszyć się na cały urlop w Mikulowie, ale decyzja jest taka a nie inna i jak się okazuje jest ona bardzo dobra. Nowością jest to, że po raz pierwszy na nasz wypad zabieramy rowery.
Zapakowani pod sufit wyjeżdżamy z Kopańca. Droga do stolicy Moraw mija nam bez wydarzeń nadzwyczajnych, nie licząc w pewnym momencie braku netu w telefonie, co znowu skutkuje brakiem nawigacji, a co wprowadza trochę nerwowości. Na szczęście wszystko udaje się pozytywnie ogarnąć. Nocleg mamy zaplanowany w Brnie praktycznie na skraju ogromnego parku przy ulicy Pisarecka 7, skąd do centrum miasta jest jakieś 20 minut pieszo. W stolicy Moraw meldujemy się już wieczorową porą. Prowadzeni przez mapy Googola skręcamy z głównej drogi i zajeżdżamy w miejsce, gdzie po obu stronach ulicy widzimy skupisko baraków. Wyglądają one jak dzielnica z cyklu „tu się nie wchodzi”. Obraz niezbyt zachęcający do noclegu i to tak delikatnie mówiąc. Widzę przerażenie i niedowierzanie w oczach Ali. To nie może być tu. Pada nawet hasło, że z noclegiem zrobiono nas w przysłowiowego „konia”. Stajemy autem i jeszcze raz sprawdzamy czy adres się zgadza z tym co pokazują mapy Googola. Okazuje się, że nie do końca tak jest. Jak to często u nas bywa, zawsze przy okazji podróży „kręcimy się” i tradycji staje się zadość 😉 . Orientujemy się, że zjechaliśmy o jeden zakręt za późno. Na szczęście od miejsca docelowego dzieli nas tylko kilkadziesiąt metrów. Przejeżdżamy autem przez jezdnię i parkujemy przed przepięknym starym budynkiem, który wygląda jak dwór.
Część tego budynku jest zdewastowana, natomiast część jest odnowiona. Na dole znajduje się knajpa o wdzięcznej nazwie „Zahradka na Strelaku”. Na zewnątrz stoją stoliki, przy których siedzą Czesi pijący piwo i prowadzący żywe dyskusje. Na pierwszy rzut oka klientela lokalu to studenci i starsze towarzystwo.
Rozglądamy się dookoła, bo w tym budynku powinien znajdować się nasz pokój. Niestety nie możemy go namierzyć. Jedyne wejście do środka to albo do baru, albo do toalety, z której korzystają lokalowi goście. Dziwna sytuacja, bo niby jesteśmy na miejscu, niby adres się zgadza, a nie wiemy za cholerę jak dostać się do naszego pokoju. Mało tego, barman w knajpie też nam nie jest w stanie pomóc. Ala odpala jeszcze raz stronę ze zdjęciami naszej kwatery i wszystko się zgadza. Jesteśmy na miejscu tylko do cholery jak tam wejść? Czyżby wejście było przez toaletę knajpy.
Postanawiam to sprawdzić. Wchodzę do środka, mijam kibelki i idę do góry. Po drodze nie ma żadnych pokoi tylko na piętrze są drzwi. Wyglądają tak jakby były drzwiami wejściowymi do prywatnego mieszkania. Wracam na dół i mówię Ali, że po kibelkach jest korytarz, potem drzwi ale ich nie otwierałem, bo nie chcę się nikomu ładować na chatę. Konsternacja trwa. Rozglądamy się i stwierdzamy, że na bank jesteśmy na adresie. Idziemy jeszcze raz sprawdzić te drzwi na piętrze. Przechodzimy przez toalety, potem piętro, następnie drzwi. Ala łapie za klamkę i bingo. Drzwi się otwierają. Za nimi jest dość długi korytarz, w którym mieszczą się drzwi wejściowe do kolejnych pokoi.
Zaraz za drzwiami stoi stolik z płynem dezynfekującym i kosmetykami przeznaczonymi do kąpieli. Wyjęty ze skrzynki klucz pasuje do zamka. Uff wreszcie! Wchodzimy do środka. Jesteśmy na miejscu. To najdziwniejsze wejście na kwaterę jakie do tej pory nas spotkało. Schodzimy do auta, zabieramy walizki i meldujemy się na naszym „kwadracie”. Pokój nie odbiega od tego jak jest przedstawiony w ofercie wynajmującego. Jest mały, ale przytulny z wielkim łóżkiem i co najważniejsze z wygodnym materacem. W pokoju jest też szafa, telewizor, którego przez cały pobyt nie dane nam było odpalić, kuchnia ze zmywarką i mikrofalówką. Wyposażenie ok. Nie ma się do czego przyczepić. Czysto i schludnie. Natomiast łazienka z toaletą, to już jest inna historia. Od pokoju dzieli je szyba, która do końca się nie domyka. Pomimo tego łazienka i jej szklana ściana przylegająca do naszej sypialni jest ciekawym rozwiązaniem. Widać, że całość kwatery została zaprojektowana dla pary, która nie ma przed sobą wiele do ukrycia. Natomiast jeśli potrzebujesz intymności przebywając w łazience- toalecie możesz się zasłonić zasuwając zasłony.
Po wypakowaniu naszych manatków postanawiamy coś zjeść. Schodzimy na dół do „naszego” lokalu. Ala rozmawia z barmanem i dowiaduje się, że oni nam niczego na ciepło nie są w stanie zaoferować, bo jest to bar typowo nastawiony na sprzedaż alkoholi i kuchni jako takiej oni nie prowadzą. Natomiast na pytanie gdzie możemy teraz zjeść coś typowo czeskiego, chłopak podaje nam nazwę restauracji mówiąc przy tym, że on sam tam się stołuje i że lokal jest ok. Nie myśląc wiele odpalamy mapę i lokalizujemy naszą jadłodajnie na dzisiejszy wieczór. Pora jest już dość późna a my głodni, więc zbytnio nie analizujemy. Obieramy kurs na restaurację o biblijnej nazwie ARKA.
CDN…


