Mikulowskie KUK – Bistro

Na zewnątrz przy stolikach siedzi całkiem sporo osób. Wchodzimy do środka i pytamy kelnera, czy możemy usiąść, złożyć zamówienie. Następuje chwila napięcia, ale kiedy młody chłopak odpowiada nam, że owszem, nie ma problemu, uśmiechy pojawiają się na naszych twarzach.  Ulga, że w końcu uda nam się zjeść i w dodatku w miłej oraz oryginalnej atmosferze. Dlaczego oryginalnej? W środku lokalu nie ma zbyt wiele miejsca. Stoliki są małe i gęsto poustawiane. O intymności nie ma mowy, za to do integracji klientów warunki idealne 😉 .
W KUK BISTRO zdecydowanie  nie bierze się  pod uwagę kwestii pandemicznych. W Mikulovie podobnie, jak w Brnie, nikt tym tematem się nie przejmuje. Poza samym bistro w środku funkcjonuje też mini piekarnia, która na bieżąco wypieka pieczywo i słodkie specjały. Z głośników sączy się miła muzyka. Podchodzi do nas kelner, żeby przyjąć zamówienie. Oczywiście karta po czesku. Ala zaczyna z chłopakiem rozmawiać po angielsku, na co on z rozbrajającym uśmiechem oświadcza w naszym języku ojczystym, że bez problemu możemy mówić po polsku. Szczęki nam opadają. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że spotka nas taka sytuacja. Uzmysławia nam to jednak, że będąc za granicą, nawet tyle kilometrów od kraju, trzeba zawsze liczyć się z tym, że rozmawiając między sobą, komentując pewne rzeczy, możemy być doskonale zrozumiani. Składamy zamówienie, na które nie czekamy zbyt długo. Chłopak przynosi jedzenie. Przy okazji zamienimy z nim kilka zdań. Okazuje się, że mieszka w Brnie. Do Mikulova dojeżdża do pracy. Na pytanie, skąd tak dobrze zna język polski, mówi, że klika lat pracował w Łodzi. To nas nieco dziwi, bo z reguły, jeśli obcokrajowcy pracują w naszym kraju, to najczęściej są to goście ze wschodu. Osobiście nie spotkałem się z Czechami, którzy by u nas pracowali. Bliżej im chociażby do Niemiec, gdzie zarobki są dużo większe. A tu proszę, Czech pracujący w Polsce 😉 .
Posiłek, który zamówiliśmy jest smaczny, zrobiony ze świeżych produktów. Do tego kieliszek wina, i robi się bardzo miła atmosfera. Szczerze mówiąc, nie chce się nam stąd wychodzić. Jednak pora jest już dość późna, a i my, po tym intensywnym dniu, jesteśmy już nieco zmęczeni. Postanawiamy się zbierać. Regulujemy rachunek, żegnamy się z naszym nowym znajomym, mówiąc, że jutro też tu wpadniemy po czym idziemy do domu.  Spacer do naszego pensjonatu trwa kilka minut. Po drodze zachodzimy do sklepu spożywczego, gdzie robimy zakupy, a potem już prosto do pokoju. Jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Otwieram wino i przy kieliszku debatujemy nad tym, jak spędzimy jutrzejszy dzień. Plan jest następujący: na pierwszy ogień idzie zamek, chcemy też zobaczyć synagogę, a gdzie zawędrujemy później, to się okaże. Jest tu naprawdę wiele możliwości.

 

 

CDN…