Mikulov – zaczynamy

Do Mikulova mkniemy naszą Toyką prosto z Brna. Jadąc, rozmawiamy o tym, że chcielibyśmy jeszcze wrócić do stolicy Moraw, bo jesteśmy pod wrażeniem miasta, i tego, co nas tam spotkało. Mamy nadzieję, że przy najbliższej, nadarzającej się okazji, nam się to uda.
Podróż przebiega bez żadnych niespodzianek. Około 20 minut przed osiągnięciem celu za oknem zauważamy po obu stronach drogi  pierwsze winnice. Przejeżdżamy przez malownicze wioski. Mijamy mnóstwo rowerzystów. Jedyne na co trzeba uważać prowadząc auto to setki tirów. Szosa, którą jedziemy, jest drogą tranzytową, prowadzącą do Wiednia. Możecie sobie wyobrazić, jaki tam był ruch. Co ciekawe, większość poruszających się  po tej drodze „tirów” ma polskie numery rejestracyjne. Dopiero ten widok uzmysławia nam, że, jeśli chodzi o tego typu transport, to w Europie wymiatamy.

 Mikulov wita nas widokiem zamku, który stoi na sporym wzniesieniu. Z daleka budowla ta robi na nas duże wrażenie. Stwierdzamy, że nie ma innej możliwości – musimy ją zwiedzić. Zamek wyglądał naprawdę imponująco. Nocleg mamy zabukowany w uroczym pensjonacie  Na Kapucinskie. Oczywiście po wjeździe do samego miasteczka nie od razu możemy namierzyć miejsce naszego zakwaterowania. Mimo, że mamy odpalone mapy Googla, to nie za bardzo się orientujemy. Niby jesteśmy przy właściwej ulicy, ale pensjonatu nie widać. I w tym momencie chcę Was przestrzec. Jeśli kiedykolwiek przyjedziecie do Mikulova samochodem, parkujcie tylko w miejscach do tego przeznaczonych. Nie zostawiajcie aut na zakazach. Jeżeli stawiacie samochód na parkingu płatnym, to od razu regulujcie należność. Ichnia straż miejska pojawia się praktycznie natychmiast i wlepia mandaty. Są jak duchy. Pojawiają się znikąd, w najmniej spodziewanym momencie, i są bezlitośni. Nam udaje się zaparkować na takim małym placyku, kupujemy bilet parkingowy za kilka koron i na piechotę idziemy poszukać naszej kwatery. Okazuje się, że jest oddalona od miejsca, w którym zostawiliśmy samochód jakieś 200m.
Kiedy już udaje nam się zlokalizować budynek, wchodzimy do środka. W wejściu zastajemy młodego chłopaka, który, jak nam się wydaje, pracuje w pensjonacie. Kiedy zagadujemy do niego i mówimy, że mamy tu zarezerwowany nocleg i właśnie przyjechaliśmy, on wita nas serdecznie. Ustalamy, że wrócimy po auto i zaraz podjedziemy. Jeszcze przed naszym wyjściem chłopak pokazuje nam miejsce parkingowe przynależące do pensjonatu, na którym bezpiecznie możemy zostawić auto.  Wracamy zadowoleni do samochodu i już bez problemu podjeżdżamy pod kwaterę. Dalej – już standardowo. Wypakowanie walizek, obejrzenie pokoju, w którym będziemy spali dwie kolejne noce, szybki instruktaż, z czego i jak możemy korzystać będąc tutejszymi gośćmi.  Jeśli chodzi o nocleg to okazuje się, że trafiliśmy do małego przytulnego pensjonatu, który jest rodzinnym interesem. Wejście do środka prowadzi przez stylowe drzwi, przed którymi pnie się winorośl. Roślina ta króluje na Morawach. Jej widok uzmysławia nam, że faktycznie jesteśmy w czeskim centrum produkcji wina 😉 .
Za drzwiami znajduje pomieszczenie, które jest jednocześnie biurem osób prowadzących ten biznes, kuchnią i miejscem na to, by rano móc się tam spotkać i napić kawy. Wszystko urządzone ze smakiem. Nas najbardziej cieszy obecność ekspresu do kawy. Na jego widok uśmiechamy się do siebie. Jest to zawsze pierwsza rzecz, na którą zwracamy uwagę. Poza tym, jeśli chodzi o wyposażenie kuchni czy raczej aneksu kuchennego, to jest on bez zarzutu. Lodówka, kuchenka, naczynia jakich tylko można było sobie zażyczyć. Słowem, warunki do bezproblemowego przygotowania sobie posiłku.

Nam w oczy rzuca się jeszcze piękna witryna, na której stoją naczynia oraz, co ciekawe, butelki wina pochodzące z jednej z miejscowych winnic. Nasz gospodarz mówi nam, że jeśli będziemy mieli ochotę spróbować wina to nie ma problemu. Po prostu możemy sobie wziąć butelkę, a należność za nią pozostawić w kuchni na ladzie. Dodam, że ceny nie były jakoś mocno wygórowane. Od 150 koron w górę. A wybór całkiem spory. Sądzę, że każdy smakosz znajdzie tam coś dla siebie 😉 . Chwilę rozmawiamy z naszym gospodarzem, który okazuje się być synem właścicielki. Pytamy oczywiście o jakąś restaurację, którą może nam polecić. Chłopak pokazuje nam kilka kart menu z miejscowych knajp i mówi, że te lokale poleca z czystym sumieniem. Bardzo mnie to zaskoczyło, oczywiście in plus. Fajnie, że na miejscu, na spokojnie można sobie przejrzeć, co dana restauracja oferuje oraz w jakich cenach. Można dzięki temu zaoszczędzić sporo czasu na wyborze dań 😉 .  Po chwili rozmowy idziemy się zakwaterować. Do naszego pokoju prowadzą schody, które rozpoczynają się na takim mini dziedzińcu, na którym są stojaki na rowery.
Wchodzimy po schodach. Na piętrze są drzwi do czterech pokoi. Nam przypada apartament o nazwie Szampański. Pokój urządzony jest w stylu, hmm… takim trochę barokowym, co totalnie nie jest w naszym guście. Najważniejsze, że jest lodówka, duże wygodne łóżko i to, co mnie najbardziej zachwyciło, wielka wanna w łazience. Kiedy ją zobaczyłem, już wiedziałem, że nie odmówię sobie w niej kąpieli 😉 . Wiem, że nie jest to zbyt ekologiczne, ale nie mając takiego luksusu na co dzień, raz w roku można sobie na taką rozpustę pozwolić 😉 . Żegnamy się z naszym gospodarzem, który zresztą na koniec mówi nam, że gdybyśmy czegokolwiek potrzebowali, mieli jakikolwiek problem to on jest do naszej dyspozycji – wystarczy telefon.
Po jego wyjściu zalegamy na wyrku. Pora się rozpakować i postanowić, co robimy z tak pięknie rozpoczętym dniem. W mojej głowie pojawia się myśl, że faktycznie podróże są niesamowite. Jeszcze dziś przed południem piliśmy kawę w Brnie, zajadając przepyszne kanapki w miejscowej piekarni, a kilka godzin później znajdujemy się w całkiem innym, ale jakże uroczym miejscu. Za chwilę zejdziemy na dół, napijemy się kawy i postanowimy, co dalej.
CDN…