Lufa i kartki pocztowe, czyli ostatni dzień w Porto

Siedząc na balkonie i wcinając śniadanie zdajemy sobie sprawę, że dziś tak naprawdę jest ostatni dzień naszego pobytu w Porto. Czas na urlopie leci zdecydowanie za szybko. Mamy jeszcze tyle rzeczy do zobaczenia, tyle ulic do zdeptania, tyle wina do wypicia, że pada na nas blady strach. Nie zdążymy!!! Podziwiając z Alą niesamowity widok z naszego balkonu, szybko stwierdzamy,  że nie jest to nasza ostatnia wizyta w tym mieście. Jeśli tylko będzie okazja na bank tu wrócimy, bo jest genialnie. Popijając herbatę układamy dzisiejszy dzień. Jest kilka spraw, które trzeba koniecznie załatwić. Najważniejsza to prezenty dla naszych najbliższych. Z tym raczej nie powinno być problemu. Sklepów z pamiątkami jest sporo i każdy może znaleźć coś dla siebie. Jeśli chodzi o mnie, to nie mam żadnego ciśnienia i chętnie poszlajam się z ekipą po ulicach w pogoni za suvenirami. Za to Marek ma dziś dwa cele, na których mu zależy. Pierwszy to zajrzeć do sklepu z instrumentami, a ściślej mówiąc z gitarami.  Od kumpla dostał namiar na miejscówkę, gdzie sprzedaje się instrumenty wykonane ręcznie przez portugalskich lutników. Chętnie z nim tam zajrzę. Kolejny cel na dziś i to fundamentalny to zmierzyć się z francuzeczką.
Wychodzimy z mieszkania i kierujemy się prosto do sklepu z gitarami. Nawigacja doprowadza nas bezbłędnie pod drzwi, ale okazuje się, że jest jeszcze zamknięte. W takiej sytuacji postanawiamy, że na pierwszy ogień idą zakupy pamiątek. Jak „gitary się otworzą”, to wrócimy.
Punktów, gdzie w Porto sprzedaje się pamiątki jest mnóstwo. Z tym nie ma większego problemu. Problem jest w tym, co komu kupić? To jest odwieczny dylemat jeśli chodzi o zakup prezentów z wakacji. Spacerując ulicami dziewczyny zwracają uwagę na jeden z licznych sklepów. Intryguje je nazwa, która brzmi „LUFA”. Mam dwa skojarzenia na temat towaru, który może się tam znajdować. Pierwsze to broń i inne gadżety związane z militariami. Drugie to sklep z alkoholem prowadzony przez Polaków ;).  Jak się okazuje w „Lufie” można kupić t-shirty z ciekawymi nadrukami. Ala z Moniką przekraczają progi sklepiku i zaczynają rozmawiać ze sprzedawczynią. Dowiadują się, że wszystkie grafiki na koszulkach są jej autorstwa. Projektuje wzory, następnie umieszcza je na ubraniach i tak tworzy swoją ciekawą i niepowtarzalną kolekcję. Przyznam , że kilka grafik jest naprawdę interesujących. W zasadzie ten sklep rozwiązuje problem z prezentami dla dzieciaków.
Koszulka dla Marty, koszulka dla Hubiego i po sprawie. To co w tym sklepiku robi na mnie duże wrażenie, to sposób pakowania towaru. Każdy zakup ląduje misternie złożony w kartonowym pudełku idealnie nadającym się na prezent. Rozwiązanie bardzo estetyczne, oryginalne i co najważniejsze ekologiczne. Monika widząc jak szybkim wyjściem jest zakup prezentów w LUFIE szybko się na taką opcję decyduje. Po udanych zakupach wychodzimy ze sklepu. Wszyscy odczuwamy ulgę. Zakup pamiątek i prezentów jest zawsze najbardziej stresującym momentem każdego naszego wyjazdu. Mamy to już za sobą. Oczywiście zostaje jeszcze kwestia zakupu drobnych upominków. Wiecie: kartki pocztowe, magnesy i inne takie turystyczne cuda z Porto. Jednak to już nie niesie ze sobą takiego napięcia 😉 . Poza tym w Porto nie ma z tym  najmniejszego problemu. Właśnie znajdujemy się w takiej dzielnicy, gdzie idąc ulicą co chwila mijamy sklepy z takim towarem.

W pewnym momencie zatrzymujemy się przy jednym z takich lokali. Ja na zewnątrz oglądam kartki pocztowe, które umieszczone są na okrągłym stojaku. Stoję przed nim i obracam usiłując znaleźć te najbardziej ciekawe. Nawet się nie obejrzałem, a Ala już jest w środku i z błyskiem w oku oddaje się zakupowym szaleństwom. Mamy w budżecie na ten cel kilka euro więc jest za co poszaleć 😉 Namierzyłem kilka ciekawych kartek w dobrych cenach 1€ i tryumfalnym krokiem mistrza shopingu wchodzę do środka zrealizować moje zakupowe szaleństwa.
Kiedy przekraczam próg tego pamiątkowego turystycznego raju szczęka mi opada. Słyszę Alę jak rozmawia ze sprzedawczynią. Nie byłoby w tym nic dziwnego poza tym, że dialog prowadzą po polsku. Okazuje się, że kobieta tam sprzedająca kilka lat mieszkała w naszym kraju. Jej epizod z Polską rozgrywał się w mieście Łodzi. Język polski dla obcokrajowców jest dużym wyzwaniem. Opanowanie podstaw wymaga sporo wysiłku a sprzedawczyni względnie dobrze sobie w tej materii radzi. Korzystając z takiego obrotu sprawy zaczynamy z nią rozmawiać o tym, jak jej się żyło w naszym kraju nad Wisłą. Jak się okazuje kobieta jest Polską zachwycona. Mało tego, od jakiegoś czasu mocno się zastanawia nad powrotem. Portugalia nie jest zamożnym krajem. Orientując się trochę w kwestiach ekonomicznych można powiedzieć, że wręcz biednym. Na pewno stopa zamożności jest tu zdecydowanie mniejsza niż u nas. Ludziom na co dzień nie żyje się lekko. Sytuację ratuje słońce, dużo uśmiechu, muzyka i wino 😉 .
Po zaopatrzeniu się w magnesy i kartki pocztowe żegnamy się i „lecimy” dalej. Uwielbiam  spacerować ulicami Porto bez żadnego ciśnienia. Nie wiem czy to rozumiecie. Dla mnie jest to stan, kiedy nic nie muszę i nigdzie się nie spieszę. W takich momentach można przyjrzeć się ludziom i temu jak na co dzień funkcjonuje miasto.
W Porto podobnie jak w Lizbonie jest mnóstwo opuszczonych kamienic. Nie mieści mi się w głowie jak można zostawić swoją nieruchomość i pozwolić jej na degradację. Zawsze interesowało mnie dlaczego się tak dzieje. Kiedy spotkaliśmy się z Dorotą wytłumaczyła nam tą prawidłowość. Okazuje się, że są trzy przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwsza jest taka, że z Portugalii z przyczyn ekonomicznych wyjechało mnóstwo ludzi. Wyjeżdżając pozostawiali swoje domy. Dlaczego ich nie sprzedali? Głównie dlatego, że były to najczęściej nieruchomości, których stan prawny był niezwykle skomplikowany. Zazwyczaj są to domy wielopokoleniowe i prawa ich własności może mieć nawet kilkanaście osób. W takim przypadku jeśli chcielibyśmy z takim domem cokolwiek zrobić, robi się duży problem. W innych przypadkach część Portugalczyków po prostu liczy na to, że wrócą do kraju jak się dorobią. Natomiast jeszcze inni czekają żeby ceny nieruchomości poszybowały w górę, by móc sprzedać dom z większym zyskiem. Osobiście serce mi krwawi, kiedy spacerując ulicami czy to Lizbony, czy Porto widzę przepiękne, stylowe, kamienice w atrakcyjnym położeniu, które stoją i niszczeją. Bardzo często takie domy zasiedlają bezdomni, znajdując w nich schronienie i namiastkę normalnego życia. Przechodząc obok jednej z takich kamienic, nagle dostrzegam mężczyznę, który podchodzi do ściany takiego opuszczonego budynku. Na jej elewacji jest namalowane graffiti z wizerunkiem bohatera z kreskówek. Pod nim wybity jest otwór w ścianie zasłonięty płytą. Scena odgrywająca się przed moimi oczami jest  trochę jak z filmu. Odnoszę wrażenie, że oprócz mnie nikt inny mimo wielu ludzi na ulicy tej sytuacji nie dostrzega, albo zupełnie nie zwraca na to uwagi.
Mężczyzna klęka przy ścianie, przesuwa płytę, wchodzi do środka, zasłania płytą wejście i znika. Wszystko trwa dosłownie sekundy. Widać, że ten schemat ma opracowany do perfekcji. Domyślam się, że to dziki lokator. Jestem ciekawy jak mieszkają tacy ludzie. Może przy okazji kiedyś pokuszę się na odwiedzenie takiego miejsca.
Jesteśmy głodni i postanawiamy, że idziemy do sprawdzonej już restauracji Casa de Guedes na bułę z wieprzowiną. Obkupieni i nieco już zmęczeni docieramy do restauracji. Fundujemy sobie „bułkowo-mięsną” ucztę.
Lokal trzyma poziom. Wszystko pycha, do tego miejscowe wino i obiad jest praktycznie kompletny.
Kończymy posiłek i mając na uwadze, że jest to nasza ostatnia tu wizyta, z rozrzewnieniem żegnamy się z restauracją.

Spacerem docieramy do „Markowego” sklepu z gitarami. Wchodzimy do środka. Wewnątrz oprócz właściciela i sprzedawczyni nikogo nie ma. Jesteśmy tylko my i instrumenty. Kiedy Marek przekracza próg, dostrzegam błysk w jego oku. Robi szybki rekonesans po asortymencie i już siedzi na krzesełku, wygrywając gitarowe akordy.
Jeżeli jesteście muzykami grającymi na gitarach i tym podobnych instrumentach, to obowiązkowo trzeba ten sklepik odwiedzić. Porto uwielbia muzykę. Podczas naszego pobytu zauważyłem, że takich sklepów z instrumentami jest tutaj sporo. W sklepiku spędzamy bardzo miły czas. Po pierwsze słuchamy wygrywanych gitarowych klasyków, po drugie lokal jest klimatyzowany, co przy dzisiejszej upalnej pogodzie jest chwilą wytchnienia.

Wisienką na tym muzycznym torcie jest zagranie na instrumencie wyprodukowanym ręcznie przez portugalskiego lutnika. Takie instrumenty są jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne, a co za tym idzie bardzo drogie. Koszt to kilkanaście tysięcy euro. Jak twierdzi Marek, brzmienie takiej gitary, warte jest tych dużych pieniędzy. Po dłuższej chwili wychodzimy ze sklepu i w zasadzie do całkowitego spełnienia Markowi brakuje już tylko jednej rzeczy. Jesteście ciekawi jakiej? Otóż odkąd jesteśmy w Porto, mój przyjaciel bardzo chce spróbować tutejszego specjału, czyli kanapki o wdzięcznej nazwie „francesinhas”. Jest to kanapka składająca się z chleba tostowego, w której jest kiełbasa, boczek, szynka i wołowina w postaci steka. To wszystko oblane jest serem z jajkiem na górze. Podaje się to cudo z frytkami i sosem. Istna bomba kaloryczna.
O ile ja miałem już wcześniej okazję zapoznać się kulinarnie z tą kanapką, tak Marek jeszcze nie. Przed dzisiejszym wyjściem znalazł top restaurację, w której podaje się ten przysmak w najlepszym wydaniu. Mimo, że niedawno biesiadowaliśmy w Casa de Guedes, to zdecydowanym krokiem zmierzamy w stronę lokalu Cafe Santiago. Mimo, że nazwa może sugerować, że to kawiarnia, zdecydowanie tak jednak nie jest. Miejsce to jest kultowe i słynie z serwowania „francuzeczek” o najwyższej jakości i w prestiżowym wydaniu. Czy tak jest faktycznie przekonamy się już niebawem.
Cdn…