Lizbońskie smaki część I

Gdzie dobrze i tanio zjeść w Lizbonie ? Jeśli chodzi o jedzenie to jest to temat bardzo drażliwy. Nienawidzę, kiedy właściciele lokali gastronomicznych najzwyczajniej w świecie oszukują swoich klientów. Podają jedzenie  kiepskiej jakości, drogie, a w lokalu panuje fatalna atmosfera. Nie znoszę kiedy klientów takich lokali traktuje się jak przysłowiowe bankomaty służące tylko do wyjęcia z nich kasy.
 Szykując się do zwiedzania Lizbony „rozglądałem się w sieci” za namiarami na jakieś dobre sprawdzone lokale żeby, jak to się potocznie mówi, nie wtopić i rozczarowania nie przeżyć, a jednocześnie zjeść dobrze za rozsądną cenę. Temat jedzenia jest dla nas tematem strategicznym, bo ja lubię zjeść i próbować nowych smaków. Natomiast Ala…, no Ona jeść uwielbia ;). Po przejrzeniu wielu forów i portali wytypowałem sobie kilka polecanych przez Was lokali. Po spacerze wybór padł na Crisfame. Mały lokal  na uboczu z dala od głównych szlaków komunikacji turystycznej. Wybieramy się tam całym składem spacerującym wcześniej z Magdą czyli w cztery osoby. Fakt jest taki, ze z punktu widokowego, na którym się z Magdą rozstaliśmy, czyli z Santo Estevao do Crisfamy jest jakiś kilometr spacerem. Restaurację znajdziecie pod adresem Rua da Cruz de Santa Apolónia 56. Idąc na obiad raczej już nie zwiedzaliśmy. Szybkim krokiem zmierzaliśmy do restauracji, żeby zaspokoić głód i zasmakować  Lizbońskiej kuchni, bo z tego co zdążyliśmy się zorientować Portugalczycy uwielbiają jeść. Kierowani przez nawigację Googla trafiliśmy do małego i przytulnego lokalu.
Tak na marginesie da się zauważyć, że papierowe mapy są wypierane przez smartfony z aplikacjami służącymi do nawigowania, mapami i innymi podobnymi wynalazkami. Mam sentyment do papierowych map, ale postępu nie da się zatrzymać. My też często posiłkowaliśmy się „wujaszkiem google”. Byliśmy częścią smartfonowych zombii wpatrujących się w ekran telefonu. Tak z cyklu porad praktycznych. Warto mieć przy sobie powerbank gdzieś schowany w plecaku, by podładować swój telefon kiedy, jak zawsze w najmniej odpowiedniej chwili, się rozładuje. Na szczęście w Portugalii nie ma co się martwić rachunkami za rozmowy telefoniczne i transfer danych. Jest tak jak u nas w kraju u rodzinnego operatora. Rachunki nie powinny być wyższe niż zazwyczaj. Dlaczego o tym wspominam? Miałem przygodę dość bolesną dla mojej „kieszeni” z rachunkiem telefonicznym po pobycie w Egipcie i od tamtego momentu jestem przewrażliwiony jeśli chodzi o tą kwestię. Wracajmy jednak do obiadu, bo pora była idealna żeby coś zjeść.
Weszliśmy do środka. Lokal mały, przytulny. Praktycznie nie było ludzi. Przyjazny zapach jedzenia roznosił się już przed wejściem. Za ladą stał mocno starszy mężczyzna. Wydawało nam się, że to właściciel. Przywitał nas serdecznie z uśmiechem. Podał kartę,        z której nie za wiele można było zrozumieć. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że menu było również w języku angielskim. Ala zamówiła danie, w którym główną rolę grała ryba. Jaka ? To tylko wie sam właściciel 😉 . Dla mnie zaserwowano ryż z owocami morza. Natomiast nasze towarzyszki zamówiły łososia. W oczekiwaniu na jedzenie gospodarz nalał dziewczynom w kieliszki słuszną porcję białego wina. Ja natomiast gasiłem pragnienie zimnym piwem. Smakowało wybornie. Idąc do lokalu marzyłem o tej chwili 😉 . Tym bardziej, że na zewnątrz było bardzo ciepło a my byliśmy po długim spacerze. Po koło 15 minutach oczekiwania,  na stół „wjechały” nasze zamówienia. Jedzenie pyszne, świeże, ładnie podane. Ali ryba na talerzu prezentowała się imponująco. Baaa i była bardzo smaczna – nie omieszkałem spróbować. Mój ryż też wymiatał kulinarnie z tym, że hmmm gdyby porcja była większa to już całkiem bym był kontent. Dziewczyny też zachwycały się łososiem więc kulinarnie można powiedzieć, że na tamtą chwilę byliśmy wszyscy spełnieni.  Lokal obronił swoje dobre recenzje, które można przeczytać w sieci na jego temat. Co ciekawe, bo była to pierwsza  nasza restauracja w Lizbonie, wszystko co tam się odbywało chodzi mi o złożenie zamówienia, obsługa klienta atmosfera, była zdecydowanie inna od dotychczasowych moich doświadczeń. Wszystko działo się powoli, bez pośpiechu, z uśmiechem i dobrą energią. Czuliśmy się jak byśmy byli na obiedzie u przyjaciół.
Wracając do samych dań, nie będziemy wystawiać ocen w rozumieniu skali czy to gwiazdek, czy innego typu oznaczeń świadczących o jakości dań i restauracji. Podchodzimy do tematu jak zwyczajni ludzie, tj. czy nam smakowało, jaka była atmosfera i czy danie było warte swojej ceny. Do tematu podchodzimy praktycznie kierując się naszymi wrażeniami, a przede wszystkim naszymi smakami. Jeśli nasze spostrzeżenia Wam w czymś pomogą, to będzie to dla nas wartość dodana. Pamiętajcie jednocześnie, że będą to nasze subiektywne odczucia. Najlepiej o wszystkim przekonać się samemu, chociaż to czasem „boli”. Poza tym nie czujemy się ekspertami w pewnych dziedzinach. Ja nie jestem szefem Amaro a Ala nie jest  ( na szczęście) Magdą Gessler. Jeśli coś nas zachwyci, zasmakuje podzielimy się tym  z Wami. Jeśli nie, zrobimy to samo.
Po opłaceniu rachunku zapewne jesteście ciekawi w jakiej wysokości? Bo ja też zawsze jestem tego ciekawy. Za dwie osoby zapłaciliśmy  koło 31€.  W tym dwa dania, dwa piwa, dwa kieliszki wina i wspaniała atmosfera. Rachunek również można było uregulować  kartą. W tym momencie pozdrawiamy nasze towarzyszki spaceru i dziękujemy jeszcze raz za wspólnie spędzony czas.
Po obiedzie rozstaliśmy się z dziewczynami i w naszych głowach pojawiło się pytanie. Co teraz? Co robimy? Gdzie idziemy ? I to co w Lizbonie pokochałem i to czego mnie to miasto nauczyło.  Na pytanie co teraz? Padła odpowiedź – Nie wiemy. Na pytanie co robimy ? Padła odpowiedź nie wiemy. Gdzie idziemy ???

CDN…

No właśnie po raz pierwszy dla Was mały quiz !!! Pytanie – gdzie się udaliśmy po obiedzie ? Piszcie wasze typy w komentarzach. Osoba, która trafnie wytypuje, otrzyma od „zmysłamiprzezświat.pl” niespodziankę 😉 .