Lizboński dzień dziecka – Nad oceanem

Pamiętając o rekomendacji kelnerki z kawiarni postanawiamy, że jedziemy na plażę do miejscowości Parede. Do Cais do Sodre idziemy piechotą. Tam wsiadamy do podmiejskiego pociągu i naprzód.  Kolej żelazna jedzie wzdłuż wybrzeża i dzięki temu za szybą możemy podziwiać błękit oceanu. Jestem ciekawy jak będzie wyglądała plaża w Parede.  Podróż nie trwa długo. Razem z nami w pociągu jadą ludzie, ale nie jest ich wielu. W większości miejscowi. Turystów jak na lekarstwo. Po kilkunastu minutach wysiadamy na peronie. Wychodzimy z dworca i kierujemy się w stronę oceanu. Idziemy wzdłuż przepięknej Platanowej alei.
Po krótkim spacerze docieramy do jezdni. Za nią widać już ocean. Dzieciaki całe zajarane. My zresztą też, bo mamy wielką ochotę wreszcie rozłożyć się na piasku i po prostu złapać oddech. Przechodzimy przez ulicę, podchodzimy bliżej  brzegu. Okazuje się, że do plaży mamy jakieś 600m. Kiedy dzieciaki patrzą się w jej kierunku, na w ich oczach widać rozczarowanie. Ja zresztą też nie jestem zadowolony z widoku.
Plaża jest i owszem, ale bardzo mała i na pewno nie jest to atrakcja dla dzieci. Oczywiście dla dorosłych miejsce naprawdę może być fajne, ale dzieciaki tam raczej nie czułyby się dobrze. Stoimy tak chwilę rozczarowani. W porównaniu do plaży w Estoril to Parede wypada blado. Totalnie inny klimat. Myślę, że kelnerka, która nam poleciła to miejsce nie wzięła pod uwagę tego, że jesteśmy z naszymi pociechami. W tej sytuacji zapada jedynie słuszna decyzja. Jedziemy do Estorill. Zaraz po dotarciu do dworca podjeżdża nasz pociąg, a że Parede jest blisko Estoril to dosłownie po chwili skład zatrzymuje się na właściwej stacji. Wysiadamy z pociągu. Ala i ja czujemy się tutaj jak w domu. Uwielbiamy to miejsce.
Na tę plażę wysiada się wprost z kolejowego wagonu. Monika i Marek też są zachwyceni. Dzieciaki z uśmiechami lecą zająć miejscówkę. Plażowiczów sporo, ale tłoku nie ma. Ręczniki lądują na ciepłym piasku i  zaczyna się smarowanie olejkami, robienie fotek i oczywiście próby wejścia do oceanu. Woda zimna jak diabli. Mnie tam, by nikt nie zaciągnął ale młodzi to co innego. Leżąc na piasku gapię się w słońce. Różne myśli kłębią mi się w głowie. Jedna dominuje: „Fajnie jest tu znowu być!” Dzieciaki chcą wejść do wody, ale jak się okazuje nie ma takiej możliwości. Fale są tak wielkie, że ratownicy odradzają pływanie. Widząc co się dzieje mówimy dzieciom, że z kąpieli nic nie wyjdzie, bo najzwyczajniej w świecie przy tak wzburzonym oceanie jest to bardzo niebezpieczne.
Myślałem, że będzie rozpacz, ale nic z tego! Cała zabawa rozkręca się na brzegu. Monika, Ala i Marek również dołączają, natomiast ja ze swoją kocią naturą wolę trzymać się od wody z daleka. Jeśli już kąpiele w takich okolicznościach, to tylko słoneczne. Co ciekawe, kiedy tak leżąc obserwuję ich zabawę zauważam, że z minuty na minutę fale stają się coraz większe. W pewnym momencie są tak duże, że zalewają ręczniki ludzi, którzy są „rozbici” bliżej brzegu. Na początku jest to nawet zabawne, kiedy plażowicze z krzykiem ratują swój dobytek. My z uwagi na fakt, że leżymy daleko od wody czujemy się bezpiecznie. Ten stan jednak nie trwa długo. Ocean wzbiera dosłownie na naszych oczach. Fale są większe i większe – za każdym razem głębiej wdzierają się w ląd. W pewnym momencie nasze rzeczy również zostają zalane. Generalnie cała plaża jest już w zasięgu oceanu. Ludzie leżący do tej pory na piasku muszą uciekać, bo woda zalewa ich plażowe miejsca razem z całym dobytkiem. Ciuchy, ręczniki, torby, torebki damskie, buty, klapki.
Wszystko to jest pochłaniane przez ocean. Widzę coś takiego pierwszy raz w życiu. Po około godzinie plaża praktycznie przestaje istnieć. Tak jakby matka natura oświadczyła: „ Koniec plażowania, ludzie wracają do domu” Szok !!! Dla nas to trochę niekomfortowa sytuacja, bo przecież to dzieci wykombinowały tą atrakcję. W zasadzie na samej plaży byliśmy może dwie godziny i co do domu? No nie! Tym bardziej, że pogoda przepiękna. Błękitne niebo, słońce w pełni, szum oceanicznych fal. Czego chcieć więcej?! Stojąc na promenadzie gapimy się na ten cały spektakl jaki przygotowała nam dziś przyroda i postanawiamy, że do domu jeszcze się nie wybieramy. Tuż przy promenadzie są dwie restauracje z widokiem na ocean.
Jesteśmy głodni więc postanawiamy, że dziś obiadokolację zjemy w Reverse Restaurante Tamariz. Z zewnątrz wygląda dość wytwornie co sprawia, że pojawia się u wszystkich refleksja, że może być tam mega drogo. W lokalu w takim stylu nad Bałtykiem byłoby gigantycznie drogo.  Chwile stoimy wahając się czy wchodzimy, czy szukamy innej opcji. Zapada decyzja, że wchodzimy – zobaczymy jak jest. Jak coś nie będzie nam pasowało to wychodzimy. Ładujemy się do środka całą ósemką. Obsługa oczywiście uśmiechnięta. Od razu łączy nam stoły i podaje kartę dań.  Patrzymy co lokal oferuje i oczywiście interesują nas ceny. Jeśli chodzi o jedzenie to jest kilka ciekawych propozycji, ale króluje pizza. Ceny na spokojnie do przyjęcia, piwo zimne z beczki, widok przepiękny. Przez myśl nam nawet nie przechodzi żeby się stamtąd ruszać.
Co ciekawe zaraz przy tej restauracji jest basen, w którym pluskają się jakieś dzieci. Nasza młodzież widząc to od razu zgłasza nam ogromną chęć wskoczenia do wody. Okazuje się jednak, że basen nie przynależy do „naszej” restauracji a jest obiektem pobliskiego hotelu i z tej opcji mogą korzystać tylko goście hotelowi. Ta informacja powoduje grymas rozczarowania na twarzach dzieciaków. Na szczęście znika on wraz z pojawieniem się na stołach pizzy. Marek zamawia burgera, ja delektuję się zimnym Sagresem. Odkryciem kulinarnym tego miejsca jest zamówiona przez Monikę zupa arbuzowa. No mistrzostwo świata! Jeśli będziecie kiedyś na plaży w Estoril warto zajść do Reverse właśnie na arbuzową.

Klimat robi się iście wakacyjny. Dzieciaki uśmiechnięte, najedzone a jak najedzone to zadowolone. Szczęśliwe dzieci to spokojni rodzice! Młodzi wychodzą z restauracji, by z bliska poczuć potęgę fal rozbijających się o ściany promenady, które są jednocześnie falochronem. Przy tej okazji mają naprawdę dobrą zabawę. Z Markiem raczymy się poobiednim browarkiem natomiast Ala z Moniką delektują się lampką białego wina. Żyć nie umierać. Klimat rewelacyjny. Razem stwierdzamy, że moglibyśmy tak siedzieć i siedzieć, jednak czas nieubłaganie mija nawet w Estorill. Postanawiamy się zbierać. Regulujemy rachunek, żegnamy się z obsługą, wychodzimy i … No właśnie mimo, że pora robi się późna postanawiamy, że bulwarem przejdziemy się w stronę Cascais. Spacer dobrze nam zrobi, a poza tym chyba podświadomie chcemy przedłużyć sobie te wakacyjne chwile. Idziemy leniwie podziwiając piękno natury. W oddali widzimy surferów latających na grzbietach spienionego oceanu. Dzisiejszy dzień dla plażowiczów nie jest dobry, natomiast do uprawiania surfingu jest znakomity. Widać to po frekwencji w wodzie. Postanawiamy, że podejdziemy bliżej, by lepiej przyjrzeć się popisom młodych Portugalczyków. Przy brzegu stoi spora widownia podziwiająca wyczyny w znacznej mierze młodych ludzi. Pstrykają aparaty w telefonach, ludzie z zachwytem obserwują spektakl jaki odgrywają surferzy i ocean. Kiedy czasami zdarzy mi się zobaczyć tą dyscyplinę sportu w TV nie robi ona na mnie wrażenia. Natomiast stojąc nad brzegiem oceanu i podziwiając ludzi na deskach mam wrażenie, że przyglądam się czemuś magicznemu.
Łapię się na tym, że zaczyna mnie to wciągać. Chętnie bym tam został do samego zmierzchu jednak pora wracać. Stację kolejową mamy tuż pod nosem. Po chwili jesteśmy już na peronie Monte Estorill przy którym stoi mini dworzec kolejowy. Co ciekawe przy tym dworcu, z boku zauważam typowo barowy parasol pod którym stoją dwa krzesła i stolik. Zaintrygowany widokiem idę w tym kierunku. Knajpa na dworcu?  Hm, nie do pomyślenia. Podchodzę bliżej i faktycznie. Mały lokalik, w którym starszy mężczyzna stoi za ladą. Widzę, że przy kilku stolikach na zewnątrz siedzą sami lokalsi i to raczej starsze towarzystwo. Popijają piwo, dyskutują, zajadają tapas. To wszystko na dworcu kolejowym z przepięknym widokiem na ocean. Lokal mistrzostwo świata. Korzystając z chwili i faktu, że naszego pociągu do Lizbony jeszcze nie widzę na horyzoncie zapraszam Marka na małego browarka, którym zwieńczamy nasz dzisiejszy  pobyt w Estorill. Siadamy pod parasolem, popijamy zimne piwo i gapimy się na bezmiar oceanu. Chwilo trwaj. Co ciekawe, nie czuje się tam obco. Może na początku opalone, poorane zmarszczkami twarze miejscowych przyglądają się nam uważnie. Turysta w na ich terenie to chyba rzadkość. Jednak  kiedy zamawiam dla nas po piwku czuję, że razem z Markiem wśród siedzącego tam towarzystwa, zyskujemy aprobatę 😉 . Naszą męską idyllę przerywa wjeżdżający na peron skład osobowy do Lizbony. Szybko się zbieramy i wsiadamy do wagonu. Później już z górki. Wysiadamy w Cais do Sodre, gdzie w Hali Ribeira robimy sobie przerwę na lody, które doładowują dzieciaki energią. Następnie  metro i jazda do domu. Wysiadka, pięć minut spacerem i meldujemy się na kwaterze.
Dzień dziecka był super. Nasze pociechy zorganizowały  go sobie a przy okazji nam na medal. Powiem szczerze, że byłem pod wrażeniem. Najpierw zrobiły zakupy, potem śniadanie. „Urwały” się na Baixa wpadając w wir shopingu. Później przejazd do Estorill i plażowanie, powrót do domu. Tak jak miałem o nich lekkie  obawy czy sobie poradzą i jak to zorganizują, tak okazały się one całkowicie bezpodstawne. Wieczór spędzamy w domu omawiając plan jutrzejszego dnia. Staje na tym, że Monika, Marek, Julia i Natalka idą z samego rano do oceanarium. Mimo, że Hubert z Marta już byli tam razem z nami to również wyrażają chęć odwiedzenia twego niesamowitego miejsca. Taki stan rzeczy oznacza jedno. Mamy z Ala całe przedpołudnie tylko dla siebie. Ostatecznie umawiamy się tak, że po pobycie w Oceanarium ekipa pójdzie pod muzeum najbardziej nostalgicznej muzyki świata. My tam dojdziemy i  zajmiemy się młodzieżą. W tym czasie Monika z Markiem zagłębią się w historii Fado. Kiedy tak siedzimy i debatujemy nad kolejnym dniem zdajemy sobie sprawę, że niestety nasz czas w Lizbonie się kurczy a jest jeszcze tyle do zobaczenia.  W pewnym momencie któreś z nas po raz kolejny zwraca uwagę na „skrzynie umarlaka” kusi nas okropnie żeby zajrzeć do środka. Nawet już prawie to robimy jednak w ostatniej chwili przychodzi opamiętanie. Mimo, że jesteśmy cholernie ciekawi co jest w środku zostawiamy tą chwilę na dzień naszego wyjazdu.
CDN…