Lizbono do zobaczenia …

Rano pobudka, szybkie śniadanie i pakowanie. Pogoda za oknem jak to w Lizbonie – słońce i błękitne niebo. Na szczęście podróżujemy tylko z bagażem podręcznym więc nie ma z tym większego problemu. Kwaterę musimy opuścić do godziny 11.00. Samolot do Berlina jest w godzinach popołudniowych, a nawet z tego co kojarzę wczesnym wieczorem. Dogadujemy się z Hugo, że po śniadaniu zostawimy u niego nasze walizki i tylko z plecakami polecimy na miasto zrobić ostatnie zakupy, bo pamiątki to rzecz święta 😉 . Mimo, że najważniejsze to co zostaje w głowie to wspomnienia i przeżycia, to temat pamiątek z podróży jest u nas zawsze przerabiany. Jest z tym trochę zachodu, bo to taki czas, że biega się od sklepu do sklepu, od straganu do straganu, wybiera, przebiera.  Czy to się spodoba, a może nie? Może tak? No sami wiecie 😉 .
Postanawiamy, że wyskoczymy sobie jeszcze na spacer do Alfamy (najstarsza dzielnica Lizbony).  Tam kupimy jakieś upominki i koniecznie pasteis. Ciastka zamierzamy kupić w takiej małej piekarni odkrytej dzięki „Sekretom”. Po ogarnięciu naszego dobytku i śniadania ruszamy na naszą ostatnią przechadzkę. Mimo, że uliczki kręte, to do piekarni trafiamy w miarę bez problemu z małą pomocą map Googola. Po drodze robimy jeszcze inne zakupy w małych sklepikach wciśniętych we wnętrza kamienic. Prezenty kupione, ciastka też. Na dodatek ładnie zapakowane –  tak odpowiednio do transportu. Wracając jeszcze do piekarni zrobiło się nam bardzo miło bo Pan, który sprzedawał przywitał nas serdecznie. Skojarzył nas właśnie ze spaceru z Magdą z „Sekretów”. Po zakupach postanawiamy, że zajdziemy jeszcze na mój ulubiony punkt widokowy Santo Estevao. Krętymi uliczkami bez pośpiechu idziemy pożegnać się   z Lizboną. W pewnym momencie kiedy jesteśmy już dość blisko dobiegają nas dźwięki gitary i śpiew mężczyzny. Kiedy wchodzimy na punk widokowy widzimy jak pod drzewem stoi facet w starej marynarce, kapeluszu – takim już znoszonym. Oprócz nas nie ma nikogo. Dosłownie tylko my i muzyka. Gość gra na gitarze i śpiewa tak pięknie, że ja z wrażenia przysiadam. To była taka magiczna chwila – wisienka na torcie, którym był nasz pierwszy raz w Lizbonie. Dla mnie osobiście magia w czystej postaci. Ta muzyka i widok przed naszymi oczami. Nie za bardzo rozumiałem o czym jest pieśń, ale miałem ciary na ciele, a jednocześnie poczułem spokój jaki mnie ogarnął. Pomyślałem sobie wtedy, że właśnie taka jest Lizbona. Po kilku piosenkach na punkt zaczęli schodzić się turyści. Były to pojedyncze osoby, które przystawały na chwilę i szły w swoją stronę. Facet przed sobą miał rozłożony futerał od gitary. Oczywiście w środku pieniądze, których jeszcze wiele nie było i płyty na sprzedaż. Bez namysłu postanowiliśmy, że kupimy płytę tego gościa i zabierzemy tą muzykę do domu razem ze wspomnieniami tamtego momentu. Ala podeszła, kupiła CD i zagadała. Okazało się, że „gość” był w Polsce na jakimś festiwalu w Katowicach, że bardzo mu się podobało. Taka miła rozmowa w pięknych okolicznościach przyrody i tak niepowtarzalnych. Chwilę jeszcze siedzieliśmy i słuchaliśmy kolejnej pieśni. Nas gonił niestety już czas. Serdecznie się pożegnaliśmy i postanowiliśmy wracać do Hugo po nasze walizki. Facet, który tak mnie oczarował swoją muzyką nazywał się Nicolás Farruggia. Polecam! Warto posłuchać. Jednocześnie powiem szczerze, że najlepiej na punkcie widokowym Santo Estevao.

     widok na Tag         widok na Lizbone z Santo Estevao

Pora była odpowiednia żeby się pożegnać z Lizboną. Bez problemu zabraliśmy nasze walizki od Hugo, którego oczywiście w domu jak zwykle nie było ;). Klucz od mieszkania schowaliśmy do sejfu na korytarzu klatki schodowej. Powolnym krokiem, słuchając stukotu kółek walizkowych o lizbońską kostkę, kończyliśmy nasz kilkudniowy pobyt. Po drodze na metro wstąpiliśmy jeszcze do cukierni na kawę i ciacho. Na miejscu też ogarnęliśmy sobie prowiant na drogę. Potem już tylko metro, lotnisko, kilka godzin w powietrzu, lądowanie w Berlinie, kolejka na parking, auto i wczesnym rankiem meldujemy się w Pile. Tak kończymy naszą pierwszą wizytę w stolicy Portugalii. Budząc się popołudniu w domu już czekają na nas dzieciaki, babcia, która się nimi opiekowała i oczywiście nasz kot Maniek. Padają pytania jak było? Jak wrażenia? A czy coś im przywieźliśmy? Wracamy do rzeczywistości i już planujemy powrót z tym, że obiecujemy sobie, że zabieramy ze sobą dzieciaki. Chcemy im pokazać chociaż namiastkę tego wspaniałego miejsca na ziemi.

Widok na Tag z Santo Estevao

Prezent urodzinowy dla Ali wypalił. Spędziliśmy kilka fantastycznych dni. Widzieliśmy mnóstwo ciekawych miejsc, poznaliśmy interesujących  ludzi, spróbowaliśmy kilku portugalskich przysmaków, posłuchaliśmy na żywo fantastycznej muzyki. Słowem zmysłami przez świat.
Zabukowaliśmy bilety lotnicze dla naszej czwórki na 17 września i już nie możemy się doczekać.
 Jak jest w Lizbonie z dzieciakami? Co tym razem udało się nam zobaczyć? Gdzie dotrzeć?  O tym już niebawem.
CDN…