Postanawiamy, że wyskoczymy sobie jeszcze na spacer do Alfamy (najstarsza dzielnica Lizbony). Tam kupimy jakieś upominki i koniecznie pasteis. Ciastka zamierzamy kupić w takiej małej piekarni odkrytej dzięki „Sekretom”. Po ogarnięciu naszego dobytku i śniadania ruszamy na naszą ostatnią przechadzkę. Mimo, że uliczki kręte, to do piekarni trafiamy w miarę bez problemu z małą pomocą map Googola. Po drodze robimy jeszcze inne zakupy w małych sklepikach wciśniętych we wnętrza kamienic. Prezenty kupione, ciastka też. Na dodatek ładnie zapakowane – tak odpowiednio do transportu. Wracając jeszcze do piekarni zrobiło się nam bardzo miło bo Pan, który sprzedawał przywitał nas serdecznie. Skojarzył nas właśnie ze spaceru z Magdą z „Sekretów”. Po zakupach postanawiamy, że zajdziemy jeszcze na mój ulubiony punkt widokowy Santo Estevao. Krętymi uliczkami bez pośpiechu idziemy pożegnać się z Lizboną. W pewnym momencie kiedy jesteśmy już dość blisko dobiegają nas dźwięki gitary i śpiew mężczyzny. Kiedy wchodzimy na punk widokowy widzimy jak pod drzewem stoi facet w starej marynarce, kapeluszu – takim już znoszonym. Oprócz nas nie ma nikogo. Dosłownie tylko my i muzyka. Gość gra na gitarze i śpiewa tak pięknie, że ja z wrażenia przysiadam. To była taka magiczna chwila – wisienka na torcie, którym był nasz pierwszy raz w Lizbonie. Dla mnie osobiście magia w czystej postaci. Ta muzyka i widok przed naszymi oczami. Nie za bardzo rozumiałem o czym jest pieśń, ale miałem ciary na ciele, a jednocześnie poczułem spokój jaki mnie ogarnął. Pomyślałem sobie wtedy, że właśnie taka jest Lizbona. Po kilku piosenkach na punkt zaczęli schodzić się turyści. Były to pojedyncze osoby, które przystawały na chwilę i szły w swoją stronę. Facet przed sobą miał rozłożony futerał od gitary. Oczywiście w środku pieniądze, których jeszcze wiele nie było i płyty na sprzedaż. Bez namysłu postanowiliśmy, że kupimy płytę tego gościa i zabierzemy tą muzykę do domu razem ze wspomnieniami tamtego momentu. Ala podeszła, kupiła CD i zagadała. Okazało się, że „gość” był w Polsce na jakimś festiwalu w Katowicach, że bardzo mu się podobało. Taka miła rozmowa w pięknych okolicznościach przyrody i tak niepowtarzalnych. Chwilę jeszcze siedzieliśmy i słuchaliśmy kolejnej pieśni. Nas gonił niestety już czas. Serdecznie się pożegnaliśmy i postanowiliśmy wracać do Hugo po nasze walizki. Facet, który tak mnie oczarował swoją muzyką nazywał się Nicolás Farruggia. Polecam! Warto posłuchać. Jednocześnie powiem szczerze, że najlepiej na punkcie widokowym Santo Estevao.