„Kawa, mewy i śmieciowe drzewa – dzień na wyspie”

 

Kiedy tylko wchodzimy na pokład, statek odbija od brzegu. Co za wyczucie czasu! Podróż na wyspę układa się idealnie. Znajdujemy sobie miejscówkę na pokładzie i podziwiamy widoki. Statek płynie dość szybko. Rozglądam się dookoła – jest sporo pasażerów, praktycznie sami turyści. Mimo wielu ludzi i różnych języków, jakie słyszę, polskiego nie udaje mi się wychwycić. Czyżby nasi rodacy dziś tu nie dotarli?
Statek zmierza do celu, a ja gapię się w morze. Mam cichą nadzieję, że może uda mi się zobaczyć delfiny. Wczorajsze spotkanie z tymi majestatycznymi ssakami zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Niestety, dziś ich nie dostrzegam. Za to przez większość drogi towarzyszą nam mewy, które krążą nad promem. Przez chwilę zastanawiam się, o co chodzi z tymi ptakami. Po chwili orientuję się, że mają zapewniony darmowy posiłek – widzę, jak ludzie na pokładzie dokarmiają je, rzucając kawałki chleba i bułek. No tak, to się można ustawić: kilka kursów i wyżerka na cały dzień. 😉
Docieramy do brzegu. Ledwo wysiadamy z promu, a już wpadają na nas naganiacze proponujący wynajem rowerów. Mimo że nie jesteśmy w Stambule długo, już nauczyliśmy się, że nie warto od razu korzystać z tego, co oferują. Może to trochę przykre, ale uczymy się na błędach – wiemy, że nie wszyscy są tu życzliwie nastawieni do turystów. Dla wielu lokalsów człowiek o jasnej karnacji to po prostu bankomat, z którego trzeba wyciągnąć ile się da.
Postanawiamy najpierw znaleźć jakąś spokojną miejscówkę i napić się kawy – brak kofeiny zaczyna być trudny do zniesienia. Przebijamy się przez ulicę pełną kawiarni, sklepów z pamiątkami i restauracji. Wchodzimy w boczną uliczkę, z dala od zgiełku. Zauważam ogródek przed budynkiem, w którym kilka osób konsumuje śniadanie. Piją kawę – więc czemu nie?
Wchodzimy do środka i zajmujemy stolik. Podchodzi do nas uśmiechnięty chłopak i tłumaczy, że to hotel, ale bez problemu nas obsłuży. Proponuje śniadanie, ale niedawno już jedno zjedliśmy, więc prosimy o kawę. O dziwo, Alicja zamawia dla siebie tylko herbatę. Po chwili przynosi nam „turkish coffee” i herbatę – oczywiście w ich stylu. Korzystamy z darmowego Wi-Fi i ustalamy, że pójdziemy na wzgórze zobaczyć prawosławny kościół Aya Yorgi. Plan wydaje się idealny.
Kawa wypita, chcemy zapłacić – ale nie mamy komu. Nikt z obsługi nie kwapi się, żeby do nas podejść. Oprócz tej dziwnej sytuacji jeszcze jedno nie daje nam spokoju – ile to wszystko będzie kosztować? Oczywiście nie dostaliśmy żadnego menu z cenami. Ale ile może kosztować kawa i herbata? No bez przesady.
Po 15 minutach podchodzi do nas pracownica, która wygląda na niezbyt zorientowaną w sytuacji. Ala mówi jej, że chcemy uregulować rachunek. Kobieta spogląda na nas, coś mamrocze pod nosem i rzuca taką ceną, że prawie spadamy z krzeseł. Dziesięć razy drożej niż standardowo w restauracjach! W oczach Alicji widzę błyskawice – jak te z letnich burz na Mazurach. Mówi stanowczo, że tyle nie zapłacimy. Wyciąga banknot, wręcza kobiecie i oznajmia, że tyle uważamy za uczciwą cenę. Dziękujemy. O dziwo, kobieta nawet nie protestuje – wkłada kasę do kieszeni i odchodzi.
Zadowoleni, choć trochę niepewni, wychodzimy z hotelowej kawiarni. Po raz pierwszy mamy poczucie małego zwycięstwa – jedna bitwa z tureckim naciągactwem wygrana.
Obieramy kurs na wzgórze. Początkowo droga wiedzie między zabudowaniami, ale po kilku minutach osiedle się kończy. Pniemy się asfaltową drogą wśród drzew. Mijamy ludzi, którzy zasapani pchają wypożyczone rowery – najwyraźniej dali się namówić miejscowym i pewnie jeszcze sporo za to zapłacili. Zwiedzanie wyspy na rowerze ma sens, o ile nie próbuje się wjeżdżać nimi na szczyt.

Pogoda dopisuje. Mimo że słońce świeci mocno, w cieniu drzew jest całkiem przyjemnie. Rozmawiamy, podziwiamy krajobraz. Po drodze mijamy ruiny ogromnego domu – kiedyś był ośrodkiem dla trudnej młodzieży. Dziś wygląda, jakby groził zawaleniem. Robimy krótką przerwę, siadamy na trawie, uzupełniamy płyny. Nie tylko my – wielu turystów w tym miejscu robi pauzę. Obiecuję sobie, że później doczytam coś więcej o historii tego budynku. Łapiemy oddech i dźwigamy nasze cztery litery.

Idziemy spokojnym, spacerowym tempem. Wychodzimy z cienia drzew. Po jakimś czasie mijamy drzewa, których gałęzie są obwieszone plastikowymi wstążkami, kokardami, śmieciami… Wygląda to dramatycznie. Nie wiem, czemu ma to służyć. Turyści podchodzą i zawieszają kolejne „ozdoby”. Dla mnie wygląda to po prostu fatalnie. Ludzie mają naprawdę dziwne pomysły.

Mijamy „śmieciowe drzewa” i po kilku minutach docieramy na szczyt, gdzie stoi mała świątynia grekokatolicka. Wchodzimy do środka – panuje przyjemny chłód. Ala zapala świecę, oglądamy ikony, chwila zadumy. Ciekawe miejsce, zupełnie inne od otaczających nas meczetów. Czuję się trochę, jakbyśmy byli na wyspie pośrodku oceanu.

Wychodzimy ze świątyni i kierujemy się do restauracji, która stoi tuż obok monastyru.
Jestem mile zaskoczony – przy produktach są ceny, i to bardzo przyjazne! 😊 Zamawiamy butelkę białego wina i półmisek arbuza. Siadamy przy stoliku z kapitalnym widokiem.
Wznosimy toast za naszą wycieczkę. Klimat tego miejsca jest niesamowity. Co ciekawe, mimo że na wzgórze wspinały się tłumy, przy restauracyjnych stolikach panuje luz. Nie wiem, gdzie podziali się ci wszyscy turyści, którzy wędrowali tu razem z nami.
CDN…

Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  

Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 

Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży

Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !