Przechodząc alejami Denisowego Sadu, w pewnym momencie spostrzegamy, że jesteśmy pod murami katedry. Sama świątynia stoi na szczycie wzgórza Petrov i jest zbudowana w stylu neogotyckim. Pierwotnie wzniesiono ją w stylu romańskim, jednak na przestrzeni dziejów była ona przebudowywana, a efekt tych akcji widoczny jest w czasach obecnych i klasyfikowany jest właśnie jako styl neogotycki.
Świątynia posiada dwie 84 metrowe wieże, z których widać praktycznie całe miasto. Dla turystów dostępne jest wnętrze katedry wykonane w stylu barokowym oraz skarbiec i krypta. My dajemy sobie luzu ze zwiedzaniem kościoła, ale wejścia na wieżę nie możemy sobie odmówić.
Kupujemy bilet i naprzód po schodach na samą górę. Po drodze na szczyt mijamy wielki dzwon. W głębi duszy mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, żeby go w tej chwili uruchomić, bo utrata słuchu byłaby murowana 😉 . Miasto z wieży widokowej prezentuje się genialnie. Spędzamy tam kilka minut, robimy pamiątkowe zdjęcia i upajajmy się ciszą. To niesamowite wrażenie, że na dole miasto żyje, a tu na górze panuje absolutna cisza. Schodząc schodami w dół, mijamy kobietę z małym chłopcem. Domyślamy się, że jest to mama z synem. Chłopiec ma 6 może 7 lat i z zafascynowaniem na twarzy śmiga po wąskich schodach zwinnie jak koziołek. Natomiast z mamą jest gorzej. Kobieta cała się trzęsie i widać przerażenie w jej oczach. Ewidentnie przebywanie na takiej wysokości jej nie służy. Odwracam się, bo chcę zobaczyć, jak dalej kobieta będzie się zachowywała i czy nie będzie potrzeba udzielić jej pomocy. Gołym okiem widać, że strach ją mocno paraliżuje. Kiedy obydwoje podchodzą do okna, młody robi to z uśmiechem na ustach, a mama kurczowo trzyma się ściany. Mimo jej kiepskiego stanu psychofizycznego dochodzę do wniosku, że moja pomoc będzie zbędna.Ta sytuacja utwierdza mnie w przekonaniu, że rodzice dla dzieci są w stanie zrobić dosłownie wszystko! Jeśli kiedyś zawitacie do Brna to warto odwiedzić katedrę i spojrzeć na miasto z góry. Co ciekawe ta świątynia jest na tyle ważna dla Czechów, że widnieje ona na monecie o nominale 10 koron.
Mimo że nie mamy ciśnienia związanego z czasem, to nasze żołądki przypominają nam, że pora obiadowa zbliża się wielkimi krokami. Generalnie nie mieliśmy wcześniej żadnego rozpoznania odnośnie restauracji. W tej kwestii postanawiamy pójść na żywioł. Fajne wrażenie zrobiła na nas restauracja, w której rano piliśmy kawę, no i te zapachy, które temu towarzyszyły. W zasadzie to one zrobiły całą robotę i tak naprawdę uprościły nam wybór . Tak wiem, że będąc w Czechach należałoby uderzyć w typową kuchnię czeską, ale po naszej wizycie w Arce jakoś nie jesteśmy przekonani, czy dziś też chcemy pójść w czeskie smaki. Nasi południowi sąsiedzi mają dobrą kuchnię ale jest ona, co by tu nie mówić, ciężka. Postanawiamy, że zejdziemy ze wzgórza Petrov i pójdziemy do Jean Pauls zjeść coś włoskiego. Jak zostało postanowione, tak też czynimy. Po drodze zachodzimy jeszcze na Targ Zielny, sprawdzić czy nasze rowery nadal stoją w miejscu, w którym je zostawiliśmy. Bicykle stały tam, gdzie stać powinny.
Natomiast na samym Targu stoisk o tej porze było zdecydowanie mniej i ludzi generalnie też już niezbyt wielu. Ot, pora dość późna jak na handel. Jestem ciekawy, czy ten Targ odbywa się codziennie, czy tylko w wybrane dni. Idąc do restauracji, postanawiamy jeszcze wejść do Domu Panów z Lipy. Rano nie udało nam się dostać do baru, więc postanawiamy zrobić to teraz. Po porannym rozpoznaniu śmiało wchodzimy do środka, wsiadamy do windy i wio na samą górę. Tam przekraczamy drzwi wejściowe do lokalu, który znajduje się na dachu tej kamienicy. Wnętrze raczej klaustrofobiczne. Nie ma zbyt wiele miejsca, jest kilka stolików, zminiaturyzowany barek z „bogatym wyposażeniem”. W środku praktycznie pusto. Oprócz nas przy jednym ze stolików siedzi kilka osób pijących piwo. Po ich rozmowie orientujemy się, że są to Anglicy. Przynajmniej takim językiem się porozumiewali. Siadamy przy stoliku. Momentalnie przy nas pojawia się barman i podaje nam „spis treści”. Ala zamawia lampkę wina, a ja nie mogę się oprzeć piwku 0,3l z lokalnego browaru.
Czekając na zamówienie zauważam, że po naszej prawej stronie są schody, które prowadzą jeszcze wyżej. Tam, gdzie siedzimy, jest dość gorąco. Słońce nam przygrzewa w iście południowym stylu. Wdrapuję się po tych schodach na górę, trafiając na taras. Pod ścianami stoją ławki. Przy nich stoliki wykonane z palet euro. Widok, jaki rozpościerał się naokoło, był… no, mega 😉 . Wychylam się za barierkę i wołam Alę, żeby weszła na górę. Było tu o wiele przyjemniej i widok super. Oprócz naszej dwójki na tarasie siedzą dwie dziewczyny i w zasadzie to wszystko. Generalnie lokal prawie cały dla nas. Starobrno w takich okolicznościach smakuje no, „miodzio”.
Siedząc tak i gapiąc się w słońce, zgodnie stwierdzamy, że miejscówka naprawdę warta zobaczenia. W naszych przedobiadowych rozważaniach dochodzimy do wniosku, że Brno ma w sobie coś interesującego i pociągającego. Obydwoje czujemy się tu jak u siebie. Atmosfera troszkę przypomina tę lizbońską, mimo że są to dwa całkowicie różne miasta. Po około godzinie z tarasu wypędza nas głód. Na szczęście restauracja, w której zamierzamy zjeść, jest praktycznie po sąsiedzku.