Jest ciemno. Pierwsze co robię po wyjściu z auta, to spoglądam w niebo. Dawno nie widziałem tylu gwiazd. Przed budynkiem stoi kilka stolików. Przy jednym z nich siedzi para, popijając sobie piwko. Dzieciaki wyskakują z samochodu. Zaraz po nas na parking wjeżdża Marek. Jesteśmy w komplecie. Udało się nam dojechać cało i zdrowo. Fakt, podroż trwała wieczność, ale wreszcie docieramy. W pewnym momencie na balkonie budynku pojawia się kobieta, która wita nas serdecznie i wysyła na dół swojego syna z kluczami do naszej kwatery. Młodzian ma za zadanie pokazać nam nasz nowy dom. Po chwili na parkingu pojawia się chłopak, za którym wszyscy idziemy, dosłownie kilka metrów, do naszego miejsca noclegowego. Spędzimy tu 5 kolejnych dni. Młodzieniec otwiera drzwi, daje nam klucze, odwraca się na pięcie i wychodzi. Śmiejemy się, że z komunikatywnością nie jest najlepiej, ale może tu są takie zwyczaje? Mimo że jest ciemno, to po drodze przyglądamy się otoczeniu. Przed domkiem w oczy rzuca się nam duży taras, na którym stoi wielki stół. W tym momencie już wiemy, gdzie będziemy jedli śniadania i kolacje. Pierwsze co robimy po wejściu do środka, to oczywiście szybkie rozpoznanie topografii wnętrza. Chata piętrowa. Na dole pokój, można powiedzieć gościnny, z wielką rogówką. Przy pokoju jest aneks kuchenny i oczywiście łazienka z toaletą. W zasadzie to na dole są dwie toalety. Młodzież nie traci czasu i schodami galopuje na piętro. Tam czekają na nas dwa pokoje. W każdym z nich są cztery łóżka. Jeden z pokoi ma spory balkon. Zastanawiamy się wszyscy, jak będziemy spali? Czy rodzinami? Czy dorośli razem, a młodzi razem? Wreszcie ustalamy, że śpimy w rodzinnym gronie 😉 . Po wstępnym zapoznaniu się z wnętrzami, idziemy do aut po bagaże. Po drodze zauważam, że praktycznie zaraz przy naszym domku stoi murowany grill. W zasadzie to obok naszego domu znajduje się jeszcze kilka niemal takich samych budynków. Wszystkie należą do pensjonatu.
Pensjonat, który nas gości, nazywa się Jeleni Skok. To miejsce „wyczaiła” Monika. Z rezerwacją noclegu czekaliśmy bardzo długo, baliśmy się trochę obostrzeń epidemiologicznych. Kiedy zapadła decyzja o tym, że jedziemy, ciężko było już znaleźć jakiekolwiek „spanie”, tym bardziej dla 8 osób. Pierwotnie Marek wynalazł wieś na końcu świata, która nazywa się Kwaszenina. Jednak, jak się okazało, tam już nie było szansy na znalezienie noclegu i tak oto trafiliśmy do Jeleniego Skoku w Cisnej. Rozpakowując swoje bagaże, zauważamy, że w domu jest bardzo czysto. Widać, że ktoś naprawdę solidnie wysprzątał wszystkie pomieszczenia przed naszym przybyciem. Cała nasz ekipa zasiada do szybkiej kolacji. Przy stole, mimo że zmęczenie jest duże, jak zawsze jest sporo śmiechu. Jesteśmy pod wrażeniem naszej dwunastogodzinnej podróży. Marek sprawdza prognozę pogody na jutro.
Ma być słonecznie, bez deszczu. Nie będę ukrywał, że pogoda jest największą niewiadomą tego wyjazdu. Jeśli nam dopisze, może być fajnie, ale jak ma padać, to nie pozostanie nam nic innego, jak planszówki w domu 😉 . Kiedy wcinamy późną kolację, jeszcze raz studiujemy prognozy. Robimy to chyba na wszystkich możliwych portalach pogodowych. Wychodzi na to, że jutro będzie pięknie, natomiast pojutrze przez Bieszczady ma przejść porządny deszcz. Przy stole postanawiamy, że wstajemy rano i zmierzymy się z najwyższym szczytem Bieszczad – Tarnicą. Osobiście mam ochotę na inną trasę, ale Monika stwierdza, że póki nasza młodzież nie jest zmęczona i zniechęcona to warto zaliczyć ten szczyt tak z zaskoczenia. Rozkładamy mapę i postanawiamy, że górę zaatakujemy najprostszą i chyba najmniej wymagającą drogą. Chcemy jak najszybciej dostać się na Tarnicę, a później się zobaczy, co dalej. Plan zacny. Osobiście nie jestem do końca przekonany co do Tarnicy. Obawiam się dzikich tłumów na szlaku. Nie wiem dlaczego, ale mnie ciągnie na szlak wychodzący z Cisnej, który prowadzi na Duże Jasło i Okrąglik, jednak decyzja zapadła –jutro atakujemy Tarnicę.
CDN…
