Hotel, kolacja i wino za miliony

Nasz hotel stoi w spokojnej okolicy, oczywiście w sąsiedztwie meczetu. Przed budynkiem biega multum kotów, praktycznie wszystkie zadbane i dobrze wykarmione. Po drodze do Wonder Wood orientujemy się, że w mieście tych przesympatycznych zwierzaków jest mnóstwo. Praktycznie na każdym kroku trafiamy na sierściucha. Koty zdecydowanie są królami tego miasta.
Wchodzimy do hotelu. W progu wita nas sympatyczny młody mężczyzna. Zaraz po wejściu musimy zdjąć buty i zostawić je na półeczce stojącej pod ścianą. Koleś daje nam kapcie i tłumaczy, że jedną z zasad w tym domu jest to, że nie chodzimy w butach. Jestem tym trochę zdziwiony — taka sytuacja zdarza mi się pierwszy raz, ale cóż, co kraj to obyczaj ???? Mężczyzna rozpoczyna procedurę naszego zameldowania, wypełnia papierki i prowadzi do pokoju. Kiedy schodzi schodami na dół, myślę sobie, że nie jest dobrze. W trakcie bookowania noclegu nigdzie nie znalazłem informacji o tym, że nasze lokum będzie w piwnicy. Jestem jeszcze bardziej zdziwiony, kiedy okazuje się, że do naszej komnaty wchodzi się przez kuchnię, gdzie co rano wydają śniadania. W tym momencie, gdy się tam pojawiamy, w bębnie stojącej przy ścianie pralki trwa wirowanie. Taki obrót sprawy nie wróży nic dobrego. Facet otwiera nam drzwi do pokoju. Okazuje się, że będziemy spać w piwnicy bezpośrednio przy hotelowej kuchni. No nie wierzę. Uspokaja mnie tylko fakt, że w środku jest bardzo czysto. Wnętrze łazienki jest bez zarzutu. Widzę duże łóżko i małą lodówkę. Spoglądam na Alicję i z jej miny wnioskuję, że nie jest do końca zadowolona. Recepcjonista zostawia nam klucze, kartę do drzwi wejściowych i wychodzi. Nastaje chwila konsternacji. Niby nocleg jest ok, bo czysto i generalnie nie ma się do czego doczepić, jednak do końca zadowoleni nie jesteśmy.
Rozpakowujemy rzeczy, zastanawiamy się, co robić. Postanawiamy, że jak się ogarniemy, to idziemy coś zjeść, a następnie zrobimy sobie wieczorny spacer po okolicy. Co do zakwaterowania, Alicja podejmuje jeszcze próbę zamiany naszego lokum. Z bojową miną idzie do recepcji i po chwili wraca. Mówi mi, że koleś z zatroskaną miną powiedział jej, że taka była opcja na bookingu i taki pokój zarezerwowaliśmy. Jedyne, co może dla nas zrobić, to ewentualnie po weekendzie, jeśli ktoś zrezygnuje z rezerwacji, przeniesie nas na górę. Tak kończą się nasze lokalowe pertraktacje. Zostajemy w kuchni i śmiejemy się, że będziemy mieć blisko na śniadanie ????.
Dzień spędzony w podróży sprawia, że jesteśmy bardzo głodni. Wklepuję w Google Maps restaurację i szukam takiej, która jest blisko nas i ma dobre recenzje. Okazuje się, że dosłownie rzut kamieniem jest coś godnego i dobrego na zapoznanie się z miejscowymi smakami. Lokal nazywa się Yedikardes Balik Ve.
Wychodzimy z hotelu, przechodzimy kilkanaście metrów ulicą, wychodzimy zza rogu i naszym oczom ukazuje się gwarna i kolorowa od świateł ulica z mnóstwem knajpek i sklepików. To nasz pierwszy spacer po Stambule i od razu trafiamy na naganiaczy. Dosłownie przed każdym lokalem gastronomicznym stoją kolesie, którzy zachwalają restaurację i zapraszają do środka. Robią to z takim zaangażowaniem, jakby od tego, czy pozyskają klienta, zależał pokój na świecie ???? Ci z Was, którzy bywali w Turcji i Egipcie, wiedzą, o czym piszę. Osobiście nie lubię takiego zachowania, ale wiem, że przez najbliższe kilka dni tak właśnie będzie. Niektórzy są tak zdesperowani, że potrafią iść za nami kilka metrów i raczej trudno im jest przyjąć naszą odmowę. Oczywiście wszyscy biorą nas za Rosjan. Kiedy mówimy, że nie jesteśmy Rosjanami, patrzą na nas z niedowierzaniem.
Docieramy do miejsca naszej dzisiejszej kolacji. Kiedy przystajemy przed wejściem, restauracyjny naganiacz przypuszcza na nas szturm. Jakie jest jego zdziwienie, kiedy bez żadnej zbędnej gadki siadamy na zewnątrz przy stoliku. Facet od razu podaje nam kartę i zagaduje po rosyjsku. Szybko orientuje się, że spudłował, i dopytuje, skąd jesteśmy. Jest przy tym bardzo uprzejmy i sympatyczny. Składamy zamówienie.
Ala prosi o paletę warzyw, natomiast ja zamawiam klasyk, czyli Adana Kebab. Być w Turcji i nie spróbować kebaba w takim wydaniu to grzech. Oczywiście kelner, który do nas podszedł, pyta się, czy chcemy coś do picia. Mówię, że tak. Magia miejsca, fakt, że właśnie rozpoczynamy tak długo wyczekiwany odpoczynek, sprawia, że oczywiście chcemy to uczcić i miło rozpocząć nasz pobyt. Decydujemy się na wino. Pada pytanie: „Lampka?” Spoglądamy na siebie i stanowczo decydujemy, że nie! Bierzemy butelkę! O ile w menu przy propozycjach potraw są podane ceny, to karty win nie dostajemy. Ala prosi o butelkę domowego tureckiego wina.
Jedzenie, które nam podano, jest po prostu pyszne. Pierwszy raz w życiu konsumuję tak podaną baraninę.
Mięso jest soczyste i delikatne, genialnie doprawione. Alicja bierze ode mnie gryz i stanowczo stwierdza, że moje danie smakuje lepiej niż te, które jadła w tureckiej restauracji w Londynie. Jasne, że musi lepiej smakować — w końcu jesteśmy u źródła tureckiej kuchni. Jej warzywom też niczego nie brakuje, smakują rewelacyjnie. Na stole pojawia się białe wino. Obsługujący z pietyzmem otwiera butelkę. Przechodzimy przez cały rytuał serwowania trunku i po chwili wznosimy toast za nasz pobyt w Stambule.
Wcinamy jedzenie, popijamy białym pysznym winem i obserwujemy ulice, po której przemieszczają się turyści. Naganiacz z naszego lokalu dwoi się i troi. Jest naprawdę dobry w swoim fachu. Koleś zna chyba wszystkie języki świata. Oczywiście, kiedy orientuje się, że jesteśmy Polakami, bez problemu rzuca wyuczonymi formułkami w naszym języku. Kiedy obok restauracji przechodzą Rosjanie, mówi po rosyjsku. Jak tylko na jego radarze pojawiają się Francuzi, to z języka rosyjskiego przechodzi płynnie na francuski. No, mistrz poliglota.
Przy naszym stoliku co chwilę pojawia się kelner i dba o to, żeby kieliszki nie były puste. Powiem wam, że obsługa pierwsza klasa. W trakcie jedzenia przez moment zastanawiamy się, ile zapłacimy za wino. Obstawiamy, że może 1000 lir i to będzie max. Na takie szaleństwo nas jeszcze stać ????.
W lokalu, przy pysznym jedzeniu i winie, czas mija błyskawicznie. Szczerze mówiąc, powoli dopada nas zmęczenie. W znakomitym humorze kończymy biesiadę i prosimy o rachunek. Nasz dobry nastrój zostaje totalnie zmasakrowany w momencie, kiedy kelner przynosi paragon. O ile cena jedzenia nie jest dla nas żadną niespodzianką, to kwota za butelkę wina jest wręcz szokująca. Na moment odbiera mi mowę. Z prędkością błyskawicy przeliczam cenę butelki na złotówki i jak nic wychodzi mi kwota 230 zł. Za sam posiłek płacimy coś koło 60 zł. To najdroższe wino, jakie przyszło mi pić. Trochę jesteśmy tym faktem skonsternowani, ale w sumie to nasze gapiostwo. Zdaliśmy się na obsługę, nie podejrzewając, że butelka, jaką nam zaproponują, będzie tak droga. Wiele podróżujemy i generalnie, prosząc w lokalu o domowe wino, dostajemy to, którego cena nie jest wygórowana. Tak jak kelner był bardzo miły, tak z uśmiechem na ustach zaserwował nam najdroższe wino na dzielnicy. Dobry nastrój i wrażenia, jakie mieliśmy, kiedy przestępowaliśmy progi tej restauracji, pryska. Czujemy się po prostu naciągnięci bez żadnych skrupułów. Cała ta sytuacja uświadamia nam, że w lokalach owszem możemy się stołować, ale alkohol raczej odpada, a jeśli już, to tylko po wcześniejszym zapoznaniu się z cenami. Przypływ adrenaliny związany z rachunkiem sprawia, że zmęczenie mija jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki. Musimy się trochę wyciszyć. Postanawiamy, że zanim wrócimy do hotelu, pospacerujemy po dzielnicy.
Nasza ulica wieczorową porą okazuje się być bardzo urokliwa i klimatyczna. Pięknie oświetlone knajpki, sklepiki i stragany miejscowych handlarzy. Mimo kwaśnej sytuacji z winem stwierdzamy, że nasz urlop będzie wyjątkowy. Jednocześnie wiemy już, że to miasto jest niepodobne do innych i będziemy się musieli go nauczyć ????.
Wracamy do hotelu. Schodami schodzimy do kuchni i ładujemy się do pokoju. Przed pójściem spać postanawiamy, że jutro robimy klasyki stambulskie, czyli Błękitny Meczet, Hagia Sofia, a później to już się zobaczy. Przykładam głowę do poduszki i zasypiam jak dzieciak.
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !