Ala prosi o paletę warzyw, natomiast ja zamawiam klasyk, czyli Adana Kebab. Być w Turcji i nie spróbować kebaba w takim wydaniu to grzech. Oczywiście kelner, który do nas podszedł, pyta się, czy chcemy coś do picia. Mówię, że tak. Magia miejsca, fakt, że właśnie rozpoczynamy tak długo wyczekiwany odpoczynek, sprawia, że oczywiście chcemy to uczcić i miło rozpocząć nasz pobyt. Decydujemy się na wino. Pada pytanie: „Lampka?” Spoglądamy na siebie i stanowczo decydujemy, że nie! Bierzemy butelkę! O ile w menu przy propozycjach potraw są podane ceny, to karty win nie dostajemy. Ala prosi o butelkę domowego tureckiego wina.
Mięso jest soczyste i delikatne, genialnie doprawione. Alicja bierze ode mnie gryz i stanowczo stwierdza, że moje danie smakuje lepiej niż te, które jadła w tureckiej restauracji w Londynie. Jasne, że musi lepiej smakować — w końcu jesteśmy u źródła tureckiej kuchni. Jej warzywom też niczego nie brakuje, smakują rewelacyjnie. Na stole pojawia się białe wino. Obsługujący z pietyzmem otwiera butelkę. Przechodzimy przez cały rytuał serwowania trunku i po chwili wznosimy toast za nasz pobyt w Stambule.
Wcinamy jedzenie, popijamy białym pysznym winem i obserwujemy ulice, po której przemieszczają się turyści. Naganiacz z naszego lokalu dwoi się i troi. Jest naprawdę dobry w swoim fachu. Koleś zna chyba wszystkie języki świata. Oczywiście, kiedy orientuje się, że jesteśmy Polakami, bez problemu rzuca wyuczonymi formułkami w naszym języku. Kiedy obok restauracji przechodzą Rosjanie, mówi po rosyjsku. Jak tylko na jego radarze pojawiają się Francuzi, to z języka rosyjskiego przechodzi płynnie na francuski. No, mistrz poliglota.
Wracamy do hotelu. Schodami schodzimy do kuchni i ładujemy się do pokoju. Przed pójściem spać postanawiamy, że jutro robimy klasyki stambulskie, czyli Błękitny Meczet, Hagia Sofia, a później to już się zobaczy. Przykładam głowę do poduszki i zasypiam jak dzieciak.