Grand Cafe Orient i czeska kulinarna klasyka

Wychodzimy ze sklepu i postanawiamy, że zrobimy młodym lekcję o kubizmie. Zabieramy ich do najsłynniejszej restauracji zbudowanej w tym stylu, czyli do Grand Cafe Orient. To obowiązkowy przystanek wszystkich fanów tego nurtu.
Kilka lat temu byliśmy z Alą w Pradze i trafiliśmy na tę perełkę całkowicie przypadkowo. Bardzo nam się to miejsce spodobało, dlatego myślimy, że warto je pokazać naszej młodzieży. Zawsze przecież dobrze, gdy podczas wyjazdu pojawia się aspekt dydaktyczny 😉. Wklepujemy w mapy adres i naprzód. Dojście do celu zajmuje nam zaledwie kilka minut.
Przed restauracją, która mieści się w gustownej kamienicy, stoją złożone parasole i stoliki – efekt deszczu i chmur, które wiszą nad stolicą Czech. Wchodzimy do środka i po schodach wędrujemy na piętro. Wewnątrz lokalu nie ma wielu osób. Nie wiem dlaczego, ale mimo że nie jestem fanem kubizmu, lubię to miejsce. Klimat kawiarni to typowy przykład stylu kubistycznego. Zachowane kanony i dbałość o detale robią imponujące wrażenie.
Podchodzi do nas kelner, wskazując stolik, przy którym możemy się rozgościć. Składamy zamówienie. Młodzi wybierają sałatkę owocową. Alicja, za namową kelnera, decyduje się na spritza. Ja natomiast wybieram klasykę – zamawiam zimny kufel pilsnera.
Największe wrażenie w Orient robi na mnie… toaleta. Jest tak usytuowana, że kiedy się do niej wchodzi, odnosi się wrażenie, jakbyśmy wchodzili do baru. Taka iluzja 😉.
Kiedy kelner pojawia się przy naszym stoliku, pyta nas po polsku, czy wszystko w porządku. Jesteśmy trochę zdziwieni, bo facet mówi praktycznie biegle w naszym ojczystym języku. Na pytanie, skąd zna polski, odpowiada z uśmiechem, że dawno temu, będąc na studiach, oglądał namiętnie polskie filmy w nocnym paśmie filmowym „Kino nocne”. Jestem pod ogromnym wrażeniem – jego zdolności lingwistyczne są imponujące!
Czas w Orient mija nam bardzo miło, niestety też szybko. Pora się zbierać, bo Praga czeka. Kiedy zamierzamy uregulować rachunek, okazuje się, że można zapłacić tylko gotówką. Na szczęście oprócz „plastiku” mamy w portfelu jeszcze kilka koron.
Wychodzimy z lokalu. Razem z Alą jesteśmy zachwyceni klimatem Grand Cafe Orient, natomiast nasza młodzież jest – jakby to powiedzieć dyplomatycznie – obojętna. Stoimy przed kawiarnią i zastanawiamy się, co dalej. Cóż, nie mamy konkretnego planu, więc idziemy przed siebie. Po kilkunastu krokach wychodzimy na plac, gdzie znajduje się jeden z najsłynniejszych zabytków Pragi – praski zegar.
Ludzi jest tu naprawdę mnóstwo. Dominują zorganizowane grupy i wycieczki. Wszyscy z aparatami w dłoniach robią zdjęcia na lewo i prawo. Stoimy w tym tłumie chwilę i mówimy naszej młodzieży, że jeśli poczekamy kilkanaście minut, będą mogli zobaczyć, jak figury zegara zaczną się poruszać.
Marta i Hubert jednogłośnie stwierdzają, że nie ma opcji, żeby tu stać i czekać na ten spektakl. Twierdzą, że już widzieli trykające się koziołki na wieży ratuszowej w Poznaniu i to im wystarczy. Trochę mnie to dziwi, bo są tacy ludzie, którzy nie wyjeżdżają z Pragi, nie widząc tego widowiska. Marta i Hubert jednak mają to całkowicie w poważaniu 😉. Cóż, nic na siłę. Zwijamy się z zatłoczonego placu.
Pora robi się późna. Kluczymy uliczkami, kierując się w stronę Mostu Karola.
Powoli wracamy do domu. Po drodze chcemy jednak zajrzeć w jedno bardzo klimatyczne miejsce. Mamy nadzieję, że może to ich zainteresuje. Lata temu, kiedy razem z Alą tu trafiliśmy, byliśmy zachwyceni. Mamy nadzieję, że ten klimat przetrwał i choć trochę zachwyci Martę i Huberta.
Przechodzimy przez most i na jego końcu schodzimy schodkami w dół. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle tłumy turystów znikają. Jesteśmy na praskiej Małej Stronie. Trochę na pamięć kierujemy się w stronę muru poświęconego Johnowi Lennonowi.
Po kilkudziesięciu krokach jesteśmy pod kilkunastometrową ścianą. Cała jest pokryta kolorowym graffiti. Obrazy ulicznych artystów nakładają się na siebie, a na całej długości widać mnóstwo podpisów pozostawionych przez turystów. Mur, który pamiętaliśmy, wygląda teraz zupełnie inaczej – ten mur „żyje” i ciągle się zmienia.
W środkową część muru wkomponowane jest koło wykonane chyba ze szkła.
Wygląda jak lustro, na którego powierzchni naklejono setki wlepek. Przyglądam się im i stwierdzam, że w tych naklejkach widać cały świat.
Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć i na moment się wyciszamy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego miejsca, bo zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej panuje turystyczne szaleństwo, a tutaj, mimo że stoimy przed jednym z ciekawszych punktów w Pradze, jest cisza i spokój. To coś niesamowitego.
Domyślam się, że taki stan rzeczy może mieć związek z pogodą i dopiero co zaczynającym się sezonem turystycznym. Jeszcze bardziej doceniam ten moment. Cóż, nic nie trwa wiecznie – pora wracać do domu. Kierując się w stronę Mostu Karola, mijamy słynny pub, również poświęcony pamięci Johna Lennona.
Wyczuwając nastroje młodzieży, decydujemy się jednak tam nie wchodzić. Lokal zostawiamy za sobą z mocnym postanowieniem, że odwiedzimy go przy następnej wizycie w Pradze.
Od naszej kwatery dzieli nas około 25-minutowy spacer. Idziemy spokojnie, bez pośpiechu, w stronę domu. Po drodze mijamy knajpę, która dosłownie przeniosła się na ulicę. Klienci zajęli wszystkie miejsca pod parasolami, a ci, którzy się tam nie zmieścili, usiedli na krawężnikach. Z kuflami piwa ustawionymi na kostce brukowej toczą ożywione rozmowy. Widać, że Czesi lubią taki klimat.
To widok, którego raczej nie spotka się w naszym kraju. Tutaj pełen luz, zero stresu i spiny. Nie ma policji, straży miejskiej ani zawistnych spojrzeń pełnych niezrozumienia. 150 kilometrów od naszej granicy, a jakże inne podejście do życia.
Pnąc się pod górę, zostawiamy za plecami Hradczany. Po drodze podziwiamy przepiękną panoramę miasta. Dzieciaki już wyraźnie idą na rezerwie – dzisiejszy dzień dał im się we znaki kondycyjnie. Zresztą, ja też jestem zmęczony. Przez kilka godzin zrobiliśmy naprawdę sporo kilometrów.
Na naszej dzielnicy meldujemy się już wieczorową porą. Kiedy przekraczamy próg kwatery, Hubert i Marta nie chcą słyszeć o żadnym wyjściu. Natomiast my zdecydowanie mamy zamiar wycisnąć z tego dnia, ile się da. Szybko się ogarniamy i wychodzimy z domu, żeby zjeść czeską kolację i napić się pilsnera z beczki. Po drodze mijaliśmy restaurację, w której przy stolikach na zewnątrz siedziało mnóstwo lokalsów. Postanawiamy tam właśnie zakończyć nasz dzień.
Knajpa znajduje się dosłownie pięć minut od naszego hostelu. Kiedy tam docieramy, wszystkie stoliki na zewnątrz są zajęte. W środku siedzi kilka osób. Oprócz nas i dwójki turystów z Azji są tu sami Prażanie. Jestem trochę zawiedziony, że nie możemy usiąść przed lokalem, ale kiedy Ala składa zamówienie, jeden ze stolików na zewnątrz się zwalnia. Zajmujemy miejscówkę.
Na późną kolację zamawiamy klasykę. Po kilku minutach barman, który pełni też rolę kelnera, stawia nam na stole czeską flagową potrawę. Smażony na głębokim oleju ser, frytki i sos. Do kompletu kufel zimnego jasnego. To danie idealnie uzupełnia kalorie po całodniowej eksploracji Pragi.

Kolacja mija nam w sielankowym nastroju. Kiedy kończę kufel, czuję, jak bardzo jestem zmęczony. Nie dziwię się dzieciakom, że nie miały już ochoty ruszyć się z kwatery. Jesteśmy wypompowani, a jutro czeka nas kolejny dzień. Siedząc przy stoliku, obserwujemy, jak Czesi spędzają wieczór – grupki znajomych spotykają się po pracy, żeby przy piwie porozmawiać, pośmiać się i spędzić razem czas.
Jedno, co nam przeszkadza i czego nie możemy przeskoczyć, to temat palenia papierosów w lokalu. Przez te kilkanaście lat, odkąd w Polsce obowiązuje zakaz, całkowicie odzwyczailiśmy się od tego śmierdzącego procederu. Może zostalibyśmy przy stoliku trochę dłużej, gdyby nie zapalony papieros jednego z gości. Nie dało się wytrzymać. Wracając do domu, wspominamy, jaki to był straszny czas, kiedy w lokalach palono papierosy na potęgę. Człowiek wracał do domu śmierdzący dymem tytoniowym i budził się z potwornym kacem spowodowanym nie tyle alkoholem, co właśnie papierosowym dymem.
Docieramy do kwatery. Po drodze zastanawiamy się, co zaproponować młodym jutro. Na razie nie mamy zbyt wielu pomysłów, więc zostawiamy tę kwestię na jutrzejszy poranek.

CDN…

Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 

Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży 😉 

Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !