Francuzeczka w Porto

Odkąd tylko zawitaliśmy w Porto Marek bardzo chciał spróbować tutejszego specjału, o wdzięcznej nazwie „francesinhas”, tłumacząc na język polski, „francuzeczka”. Cóż to takiego? To kanapka składająca się z chleba tostowego, kiełbasy, boczku, szynki i steku wołowego. Wszystko oblane jest serem. Zwieńczenie tego kulinarnego cudu stanowi jajko wylane na ser. Podaje się to z frytkami i sosem. Istna bomba kaloryczna. O ile moje kubki smakowe już się z tym daniem zetknęły, to Marecki jeszcze takiej okazji nie miał. Dziś jest świetny dzień żeby to zrobić 😉 . Przed naszym wyjściem do miasta Marek pieczołowicie przeglądał internet. Jego starania zaowocowały zlokalizowaniem top restauracji, w której serwuje się ten przysmak.
Mimo, że niedawno jedliśmy posiłek to zmierzamy właśnie w stronę Cafe Santiago. Nazwa może sugerować, że to kawiarnia. Nic bardziej mylnego. Miejsce to słynie z serwowania „francuzeczek” najwyższej jakości i w najlepszym wydaniu. Za chwilę będziemy mogli się o tym sami przekonać.
Docieramy do Rua de Passos Manuel 226. To właśnie tu znajduje się świątynia tej kanapki. Wejście do lokalu jest bardzo niepozorne. Na zewnątrz stoi kilka stolików, przy, których siedzą ludzie i wcinają legendarną kanapkę.
W momencie, w którym my tu jesteśmy nikt nie konsumuje niczego  innego. Na stołach królują  francuzeczki. Taki widok utwierdza nas w tym, że dotarliśmy w odpowiednie miejsce. Niestety kelnerka obsługująca ogródek uświadamia nas, że nie ma stolika dla czterech osób. Oferuję nam tylko dwuosobowy. Monika i Ala patrzą na siebie i  jednogłośnie twierdzą, że nie są głodne. Zostawiają nas, a same idą na kawę. Umowiamy się, że jak się tu ogarniemy z tematem, to będziemy łapać się „na telefon” i gdzies się spotkamy. Mimo, że też głodny raczej nie jestem, to chętnie potowarzyszę Markowi w jego kulinarnych doświadczeniach. Rozsiadamy się przy stoliku. Pani z obsługi przynosi nam kartę dań. Królowa w tej karcie jest tylko jedna 😉 .
Marek zamawia kanapkę ze wszystkimi dodatkami, do tego obowiązkowo zimne piwo. Po kilku minutach kelnerka stawia nam na stoliku dzieło sztuki. Piękna „wypasiona” kanapeczka oblana złocistym serem, skąpana w sosie. U jej „stóp” jak poddani leżą na talerzu chrupiące frytki. Całość wygląda jak zdjęcie z żurnala.

Mina Marka w tym momencie jest bezcenna. Patrzę na niego i widzę twarz człowieka szczęśliwego. Jestem ciekawy czy danie smakuje tak samo dobrze jak wygląda. Kelnerka przynosi nam oczywiście dwa komplety talerzy, więc możemy tym cudem bez problemu się podzielić. Wznosimy toast za nasze kulinarne, „zmysłowe” odkrycia. Marek bierze pierwszy kęs. Jest zachwycony. Też próbuję i faktycznie mogę powiedzieć jedno: to, co jadłem wcześnie do tego, co mam w tej chwili na talerzu nie ma startu. Wszystko się ze sobą wspaniale komponuje. Smaki się przenikają, ale żaden nie jest dominujący. Genialną robotę robi wołowina, która jest idealnie wysmażona. 
Wcinając zastanawiamy się czy da się to odwzorować w naszym kraju i samemu taką kanapkę zrobić. Po głębszej analizie i ożywionej dyskusji dochodzimy do wniosku, że nie. Trzeba koniecznie przyjechać do Porto, wpaść do Santiago i spróbować jej tu na miejscu. Myślę, że nigdzie indziej nie będzie ona tak smakować. Jeśli kiedyś zawędrujecie w pobliżu tego lokalu to naprawdę warto tam zajrzeć.  Na „francesinhe” tylko do Cafe Santiago.
Oprócz jedzenia nasza uwagę przykuwa kelnerka, która sama ogarnia cały ogródek. Przyjmuję zamówienia, dba o czystość, roznosi posiłki, odbiera rachunki. Kiedy my siedzimy przy stoliku i raczymy się daniem, ona dba o klientów. Młoda kobieta robi genialną robotę. Uwija się jak pszczółka. Dawno nie widziałem tak ciężko i z takim zaangażowaniem pracującej obsługi. Do tego wszystkiego cały czas jest uśmiechnięta. Osobiście jestem autentycznie pod wrażeniem, tym bardziej, że ten uśmiech nie jest sztuczny. Po jej zachowaniu widać, że mimo iż ciężko pracuje, to chyba lubi to co robi. Przynajmniej ja tak to widzę.
Jeśli chodzi o kulinarne „zmysłowe” cele, to na liście dań, które zamierzaliśmy spróbować w Porto były jeszcze falki. Niestety z uwagi na intensywny i często nieprzewidywalny program naszego pobytu nie udało się nam skosztować tego specjału. Razem z Markiem postanawiamy, że jeśli odwiedzimy to miasto kolejny raz, to flaki będą obowiązkiem 😉 .  
Kończymy nasze spotkanie z legendarną kanapką z Porto. Regulujemy rachunek, zostawiamy napiwek. Wyciągam telefon i „łapie” się z dziewczynami. Okazuje się, że są one w pobliskiej kawiarni, gdzie raczą się lodami i kawą. Po kilku minutach spotykamy się na mieście. Z uwagi na fakt, że pora robi się wieczorowa postanawiamy, że idziemy do domu. Zostawimy wszystkie zakupione pamiątki, złapiemy oddech, uzupełnimy braki Porto w krwioobiegu i zastanowimy się, co dalej.
Do mieszkania docieramy po kilkunastominutowym spacerze. Robimy szybkie przepakowanie i wychodzimy na nasz ostatni wieczorny spacerek. Idziemy na pobliski punkt widokowy Miradour das Virtudes, z zamiarem wypicia kawy, a że jest to praktycznie po sąsiedzku to po chwili meldujemy się w tym klimatycznym miejscu. Siadamy przy stoliku, zamawiamy „małą czarną”. Płaszcząc tyłki zdajemy sobie sprawę, że nasz pobyt w Porto nieubłaganie zbliża się do końca niestety wielkimi krokami. Rozmawiając o jutrzejszym wyjeździe postanawiamy, że przed odlotem przyjdziemy tu na śniadanie, napijemy się po raz ostatni kawy w tak uroczych okolicznościach przyrody. Kupimy kanapki na drogę i w ten sposób pożegnamy się z Porto. Na szczęście to dopiero jutro. Mamy jeszcze kilka godzin żeby nacieszyć się miastem. Ten czas chcemy dobrze wykorzystać 😉 . 
CDN…