Falafele pod kościołem, cukierki i chińska dzielnica

Pora dnia jest już wybitnie kawowa. Hubert dostaje zadanie znalezienia kawiarni, żebyśmy mogli siąść na spokojnie i wypić małą czarną. Musimy też pomyśleć, co dalej robimy z tak ekscytującym dniem. Młody wynajduje jakiś lokal oddalony od nas 20 minut spacerkiem. Od razu obieramy kurs na kawiarnię. Przez kilka minut idziemy wzdłuż rezydencji królowej, która otoczona jest wysokim murem „przyozdobionym” drutem kolczastym. Co kilka metrów zainstalowane są kamery monitoringu. Słowem poddani jej królewskiej mości strzegą jej naprawdę bardzo dobrze. W pewnym momencie skręcamy w prawo i wchodzimy w kolejną zieloną przestrzeń. Wygląda ona nieco inaczej niż St James Park. Tutaj dominuje część rekreacyjna w postaci ogromnego trawnika z mnóstwem leżaków zapraszających do odpoczynku.
Mamy dużą ochotę zalec na tych leżakowych łąkach, ale kawa wzywa. Wychodząc z tej zielonej enklawy orientujemy się, że właśnie „zaliczamy” drugi londyński park, czyli Green Park. Nazwa idealnie pasuje do tego miejsca. Powiem Wam szczerze, że jeśli jeszcze kiedyś będzie nam dane być tu bez dzieciaków, to bankowo zalegniemy tu na kocyku z winkiem. Genialna miejscówka, żeby odpocząć, złapać oddech i się zrelaksować. Wychodząc z parku skręcamy w prawo. Idziemy wzdłuż ruchliwej ulicy. Nagle do naszych nosów zaczyna docierać niesamowity zapach jedzenia. Z każdym krokiem jest intensywniejszy. W pewnym momencie odwracam głowę i widzę kościół.
Przed nim stoją namioty. W nich z kolei mistrzowie ulicznego jedzenia reprezentujący kuchnie z różnych zakątków świata czarują klientów swoim jedzeniem. Wymieniamy między sobą spojrzenia. Przystajemy na chwilę i bez cienia zawahania decydujemy, że ta pora jest idealna na obiad i zjemy go właśnie tutaj. Do wyboru jest stoisko z daniami kuchni afrykańskiej, amerykańskiej, koreańskiej i jeszcze kilkoma innymi z egzotycznych rejonów naszego globu. Przy każdym namiocie kolejki jak w Polsce za czasów PRL-u za papierem toaletowym.
Zapach przyrządzanych potraw sprawia, że ludzie zlatują się jak ćmy do światła. Przekrój klienteli jest różny. Od turystów takich jak my, po elegancko ubranych pracowników okolicznych biur. Decydujemy się na falafele. Za jedną płacimy coś koło 9 funtów. Siadamy na ławce przed kościołem i zaczynamy ucztę. Jedzenie jest pycha. Wszystko świeże i przygotowywane na naszych oczach. Zero kulinarnej ściemy i takie coś ja szanuję. Swoją porcję wciągam z prędkością światła. Wykorzystując fakt, że reszcie zajmuje to trochę więcej czasu postanawiam ruszyć tyłek i zajrzeć do kościoła, pod którym właśnie piknikujemy. 
Świątynia, pod którą rozbili namioty kucharze nosi imię Świętego Jakuba, podobnie jak nasz pierwszy park, przez który szliśmy zobaczyć pałac Buckingham. Po tabliczce orientuję się, że jesteśmy na dzielnicy Piccadilly. Spoglądam na załogę, która dzielnie pałaszuje swoje falafele i postanawiam, że trochę się tu rozejrzę. Wchodzę do kościoła, ale nie idę bezpośrednio do wnętrza, tylko przechodzę przez korytarz, który kończy się drzwiami. Kiedy je otwieram okazuje się, że mogę wyjść na sąsiednią ulicę. W ten sposób można sobie skrócić drogę. Zawracam i zaglądam do środka świątyni. Staram się cicho otworzyć drzwi. Kiedy je uchylam słyszę kobiecy śpiew. Wchodzę do środka i orientuję się, że przy ołtarzu trwa właśnie próba wokalna. Młoda kobieta, której towarzyszy akompaniament organów, śpiewa słowa jakieś pieśni. Chwila jest tak niesamowita, że siadam na ławce i po prostu słucham. Najlepsze jest to, że z zewnątrz, mimo że okolica tętni życiem, nie dobiegają żadne hałasy. Nie wiem, jak to jest rozwiązane, ale wnętrze wypełnia tylko niczym niezmącona muzyka. Siedzę tak przez chwilę i po prostu słucham. Czuję w tym przez moment jakąś magię. Uwielbiam takie nieoczekiwane „zmysłowe” akcje. Niestety po chwili zdaję sobie sprawę, że na zewnątrz moje głodomory pewnie już rozprawiły się z obiadem. Ewakuuję się z kościoła z dużym niedosytem. Mam małą nadzieję, że może wszyscy tu za chwile wrócimy. Spoglądam w stronę ławki i widzę, że w zasadzie jest już po obiedzie. Oczywiście opowiadam o tym co mnie spotkało, jednak moja propozycja, żeby tam wspólnie zajrzeć i posłuchać nie znajduje uznania. Za to na hasło kawa wszystkim rozbłyskują oczy. Najlepsze jest to, że zaraz przy tym kościele jest kawiarnia.
Przechodzimy dosłownie kilka kroków i jesteśmy w miejscu, gdzie można uzupełnić kofeinę. Składamy zamówienie, zajmujemy wygodne fotele i celebrujemy poobiednią małą czarną. Przez to, że jesteśmy najedzeni nie chce się nam ruszać tyłków. Przeglądamy dotychczasowe zdjęcia, buszujemy w necie.  Generalnie zaczynamy rozmawiać o tym, co robimy dalej i jaki mamy plan. Uwielbiam takie zwiedzanie, kiedy nic nie jest na sztywno zaplanowane a my możemy iść, gdzie tylko mamy ochotę. Właśnie po chwili rozmowy zapada strategiczna decyzja. Idziemy zobaczyć chińską dzielnicę. To miejsce bardzo chce pokazać nam Ala. Swego czasu, kiedy pracowała w Londynie trafiła tam totalnie przypadkiem. Widok tej dzielni ją wówczas zachwycił. Poczuła się przez chwilę tak jak by była w Pekinie. Jestem ciekawy czy też będziemy mieli podobne odczucia. Cóż, za 20 minut się o tym przekonamy.
Chinatown położona jest w Soho. Idąc tam po drodze dociera do mnie, że ponownie zanurzamy się w sam środek turystycznego tornada. Mijamy rzesze ludzi, mnóstwo sklepów, restauracji, punktów usługowych. Wszystko kolorowe, gwarne kipiące życiem. W pewnym momencie nasza młodzież komunikuje, że wczoraj widziała tu w okolicy sklep ze słodyczami. Chcą tam zajrzeć i zrobić zakupy. Oczywiście płacą za te przyjemności swoją kasą. Na początku wyobrażałem sobie zwykły mały sklepik z cukierkami. jednak kiedy stajemy pod tym przybytkiem słodkości szczęka mi opada.
To jest królestwo słodyczy i to dosłownie! Potężny sklep pełen cukierków pod każdą postacią, ciastek, żelków, batonów i czego tylko dusza łasucha zapragnie. Wszystko obrzydliwie słodkie, niezdrowe, ale za to jakie dobre 😉 . Zaglądam tam tylko na moment i wychodzę. Jakoś mnie to miejsce nie przekonuje. Zdecydowanie preferuję małe sklepiki ze swojskim klimatem. Ten jest w stu procentach nastawiony na złupienie klienta. Towar poukładany bardzo przemyślnie. Nie ma tu mowy o żadnym chaosie.
Widać, w tym wszystkim strategię i plan. Odnoszę takie wrażenie, że każdy kto tam wejdzie chcąc czy nie, coś kupić musi. Robię kilka fotek i się ewakuuję. Za to Marta z Hubertem oddają się zakupowym szaleństwom. Jestem ciekawy co kupią i ile ta przyjemność uszczupli ich stan kont bankowych?
Po dobrych 20 minutach Ala z młodzieżą wychodzą z uśmiechami na twarzach i z reklamówką w ręku. Kiedy tylko przekraczają próg sklepu rozpoczynają degustacje tego, co zakupili. Nie pytajcie mnie, ile oni tam wydali? Za takie pieniądze osobiście bym sobie życie ułożył na nowo 😉 .  W sumie takie historie są potrzebne. Kiedy już zachwyt zakupowy mija, dzieciaki dochodzą do wniosku, że kasa, którą wydali jest naprawdę ogromna. Można było te pieniążki inaczej spożytkować. Wydaje mi się, że po tych zakupach mają mieszane odczucia. Cóż kolejna lekcja życia za nimi 😉 . 
Z cukierkowego raju idziemy do chińskiej dzielnicy.
Wchodzimy na jej teren przez bramę zbudowaną w chińskim stylu. Nad ulicami wiszą czerwone lampiony. Czujemy się jak byśmy faktycznie byli w Pekinie, a to przecież Londyn. Wyjątkowe miejsce i powiem Wam, że warto tu zajrzeć choćby dla samego klimatu.
Nie wspominając już o tym, że jest tu mnóstwo knajpek z orientalną kuchnią. Słowem Chiny w pełnej krasie. Żałuję jedynie tego, że nie zatrzymujemy się tu na dłużej. Razem z Alą obiecujemy sobie, że kiedy znowu zawitamy do Londynu na bank wpadniemy tu na jedzenie.
CDN…