Moje powieki mimo uzasadnionego oporu spowodowanego wczesną porą leniwie się podnoszą. Do źrenic docierają pierwsze promienie słońca. Rozglądam się i widzę, że Moniki i Marka nie ma już w mieszkaniu. Spakowali się skoro świt i ruszyli na pielgrzymkę do Fatimy. Wstaję z wyra, wychodzę na balkon, łapię oddech. Jestem trochę niewyspany po nocnej batalii ze skrzydlatymi krwiopijcami. Przeganiam z oczu resztki snu i zastanawiam się gdzie nas dziś poniesie. Najlepsze w tej chwili jest to, że ani Ala, ani ja nie mamy żadnego ciśnienia, nic nie musimy. Siadamy na balkonie i zabieramy się za śniadanie. Z balkonu mieszkania Doroty widok jest naprawdę imponujący.
Wcinamy pyszne sery, oliwki, popijamy to białym winem i układamy luźny plan dnia. Postanawiamy, że ponownie skorzystamy z rekomendacji naszej gospodyni i pójdziemy zobaczyć opływający złotem kościół pod wezwaniem Św. Franciszka. Na pewno będziemy chcieli zjeść jakiś obiad na mieście. Zależy mi na tym, żeby spróbować typowego dla Porto przysmaku, czyli słynnej „Francuzeczki”. Przed przyjazdem do Porto gdzieś obiło mi się o uszy, że koniecznie trzeba skosztować tego przysmaku, więc czemu nie? Mimo wczesnej pory dnia na zewnątrz jest naprawdę gorąco. Smarujemy się kremem do opalania z wysokim filtrem. Zakładam plecak na ramiona i z uśmiechami na twarzach wychodzimy z mieszkania.
Kościół, do którego zmierzamy znajduje się kilka minut od naszego mieszkania. Idziemy tam bez pośpiechu, bo po co gnać? Jesteśmy przecież w Portugalii, a do tego na wakacjach 😉 . Pełni pozytywnych emocji docieramy do świątyni. Z zewnątrz nie robi wielkiego wrażenia. Gotyk wymieszany z barokiem. W myśl przysłowia, że nie ocenia się książki po okładce decydujemy, że zajrzymy do środka. Wchodzimy do pomieszczenia gdzie znajduje się kasa. Kupujemy bilet wstępu, który jednocześnie umożliwia nam zwiedzenie kościelnych katakumb. Lekko podekscytowani, ale przede wszystkim ciekawi przekraczamy próg.
Pierwsze, co rzuca się nam w oczy to złoto. Sufit i ściany wyłożone są złotem. Stojące figury świętych też pokryte są tym kruszcem. Fachowcy szacują, że na przyozdobienie tego bożego domu zużyto do 400kg złota oczywiście pochodzącego z byłych kolonii portugalskich. Choć nie jesteśmy fanami przepychu, to widok tego wszystkiego robi na nas duże wrażenie. Oczywiście w środku nie ma prawie nikogo. Pojedynczy turyści spacerują między nawami. Jest to wynik pandemii. Zazwyczaj, żeby tu wejść trzeba odstać swoje w sporej kolejce. Dziś jest tu cicho i spokojnie. Stoję na środku, rozglądam się uważnie i zastanawiam nad tym, jak bardzo człowiek kocha złoto? Na czym polega jego fenomen? Kościół katolicki z reguły uwielbia przepych i dobra materialne. Obejście świątyni zajmuje nam kilka minut. Wychodzimy na zewnątrz i podążając za kierunkowskazami schodzimy schodami do piwnicy.
Pomieszczenia, do których trafiamy ewidentnie pełnią rolę parafialnego cmentarza. Grobowce, trumny, kości, które oglądamy przez przeszklone fragmenty podłogi sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach. Po tym upiornym spacerze wśród ludzkich szczątków wychodzimy na zewnątrz. Mimo, że jesteśmy pod dużym wrażeniem tego, co widzieliśmy, to ja z radością witam się z błękitnym niebem.
Jak wspomniałem wstęp na teren świątyni jest biletowany, ale myślę, że warto jest zapłacić, żeby to wszystko zobaczyć. Rekomendacja Doroty ponownie okazała się strzałem w dziesiątkę.  
Stojąc przed kościołem zastanawiamy się co dalej, gdzie chcemy iść i co zobaczyć? Ala rzuca pomysł, że skoro już jesteśmy w klimatach „trupistycznych” to warto żebyśmy zobaczyli tutejszy cmentarz. Śmiejemy się, że ten dzień stoi pod znakiem krzyża i kościotrupów. Z Alką jesteśmy dobrze pokręceni, bo lubimy chodzić po cmentarzach. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. No tak mamy 😉 .
Do nekropoli mamy kawałek drogi. Decydujemy się przejść go spacerem tym bardziej, że nigdzie nam się nie spieszy. Przed cmentarzem chcemy coś zjeść. Mi po głowie cały czas chodzi „francuzeczka”. Jestem w Porto kolejny dzień, a jeszcze nie było okazji spróbować tej regionalnej bomby kalorycznej. Czym jest ta kanapka? To chleb tostowy przełożony kiełbasą, szynką, boczkiem, stekiem z wołu. Wszystko oblane jest serem, podawane z sosem i frytkami. Istny potwór kaloryczny. Marek ma ten przysmak na swoim kulinarnym rozkładzie. Wiem, że w tej przygodzie zapewne będę mu towarzyszył. Natomiast dziś postanawiam, że zrobię taki mały rekonesans. Na obiad trafiamy do filii restauracji: Casa de Guedes, która jak się okazuje znajduje się nieopodal naszego miejsca zamieszkania. Udaje nam się zdążyć przed sjestą. Jesteśmy z tego powodu bardzo zadowoleni. Jeśli mają tu takie standardy jak w macierzystym lokalu, to na pewno głodni nie wyjdziemy. Siadamy przy stoliku na zewnątrz. Kelner przynosi nam kartę dań.
Kanapka, którą chcę spróbować jest w menu i to w kilku opcjach. Wybieram wersję najprostszą, do tego oczywiście wino. Natomiast Ala zamawia bułkę z wieprzowiną. Po kilkunastu minutach oczekiwania i wypitych dwóch kieliszkach białego schłodzonego kelner podaje nam dania. Buła Ali pyszota, natomiast moja kanapka? Hm, nie do końca mnie satysfakcjonuje. Jest dobra, z ciekawym sosem, ale faktycznie jest to wersja zdecydowanie ekonomiczna. Siedzimy, zbierając energię na zwiedzanie cmentarza. Szczerze mówiąc mam wielką ochotę zostać przy tym stoliku, zamówić jeszcze jedną butelkę i po prostu posiedzieć. Jednak po chwili namysłu stwierdzam, że skoro już jesteśmy w Porto, to warto zdeptać to miasto. Dźwigamy cztery litery. W mapy googola wklepujemy Cemiterio de Agramonte i ruszamy. Spacer jest genialny. Pogoda sprzyja, słońce przygrzewa, ale nie ma upału. Idziemy ulicami miasta, wyłapując interesujące i nieoczywiste dla nas detale.
W pewnym momencie przechodzimy przez ulicę, przy której jest mnóstwo sklepów ze starociami. Śmiejemy się, że trafiliśmy na aleję antykwariatów. Wstępujemy do jednego z nich z czystej ciekawości. Dziwnych i starych przedmiotów jest naprawdę mnóstwo. Od figurek po meble, książki, płyty winylowe, obrazy i porcelanę. Dla zbieraczy artefaktów to raj na ziemi. Kiedy już jesteśmy w środku, czujemy specyficzny zapach staroci. Dosłownie po chwili pobytu w tym sklepie z moich oczu płyną łzy. Momentalnie pojawia się katar. Niestety klimat antykwariatu okazuje się dla mnie nie do przeskoczenia. Moja alergia daje o sobie znać. Tak jak wszedłem do sklepu tak szybko z niego wychodzę. Ala wychodzi chwilę po mnie. Rzeczy w sklepiku było naprawdę wiele i bardzo ciekawych, ale raczej dla ludzi, którzy gustują w tego typu asortymencie.
Idziemy dalej, przechodząc przez Rondo Boavista, mijamy Casa de Musica i wychodzimy na Rua de Meditacao. Z daleka widzimy bramę. Przekroczenie jej progu sprawi, że znajdziemy się w świecie zmarłych.
Co ciekawe sam cmentarz otoczony jest budynkami. Wchodzimy na jego teren i od razu jesteśmy upomniani przez pracownika nekropolii o tym, że obowiązuje tu nakaz noszenia na twarzach maseczek. Mężczyzna mówi też, że za 40 minut obiekt zostanie zamknięty. Kwestia noszenia tu maseczek jest co najmniej dziwna, bo oprócz nas na cmentarzu nie ma żywej duszy. Niby komu możemy zagrażać, albo kto może zagrażać nam? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Oczywiście zakładamy maseczki, by po chwili je zdjąć. Spacerujemy uliczkami wśród grobowców, kapliczek i mauzoleów. Dziwne uczucie. Za cmentarnymi murami tętni życie, natomiast tu jest cicho i spokojnie. Jedynymi żywymi istotami, jakie spotykamy na naszej drodze są leniwie wygrzewające się na płytach nagrobnych koty.
Same grobowce są bardzo ciekawe. Większość wykonanych jest z kamienia w stylu gotyckim. Widać też styl neoromański i neobarokowy. Podobny cmentarz widzieliśmy z Alą przy okazji naszego pobytu w Lizbonie, kiedy to przepłynęliśmy promem na drugą stronę Tagu. https://www.zmysłamiprzezświat.pl/po-drugiej-stronie-tagu-czesc-ii/ Na tamtej nekropoli podobnie jak na tej znajdowały się mauzolea do wnętrza, których prowadziły przeszklone drzwi przysłonięte firanką. Tu jest tak samo. Podchodzimy do jednego z takich mauzoleów, zaglądamy przez wybitą szybkę. W środku dostrzegamy cztery trumny ustawione pod ścianami.
Widok wydawać się by mogło makabryczny, natomiast ja czuję tylko spokój. Spacerujemy kilka minut, siadamy na ławce i jakkolwiek by to nie zabrzmiało, celebrujemy ciszę. Bardzo klimatyczne miejsce. Jeśli będziecie w Porto warto tam zajrzeć, bo wrażenia są niesamowite.
Z terenu cmentarza wychodzimy tuż przed jego zamknięciem. Idziemy na Rondo Boavista. Postanawiamy napić się kawy. Zajmujemy miejsce przy stoliku lokalu, który znajduje się tuż przy ruchliwej ulicy naprzeciwko parku. Zamawiamy kawę. Chwilę siedzimy i obserwujemy ruch na rondzie. Obok nas co jakiś czas na przystanku zatrzymuje się autobus, z którego wysiadają i do którego wsiadają ludzie. Przy stoliku obok siedzi portugalska rodzina z małą dziewczynką, która zdecydowanie ma plan na swoje życie. Obserwując jej popisy taneczne i wokalne nie ma wątpliwości, że jak dorośnie zostanie artystką. Czas mija nam leniwie. W pewnym momencie odzywa się Ali telefon. To Monika! Okazuje się, że oni wrócili już ze swojej pielgrzymki fatimskiej i właśnie zameldowali się w Porto. Mają się ogarnąć, a my na nich poczekamy w parku na przeciwko.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy i zalegamy na ławkach. Ala znajduje sobie swoją ławeczkę, natomiast ja kładę się na mojej. Pod głowę wciskam plecak. Mimo wypitej kawy nawet nie wiem kiedy zasypiam. Otwieram oczy. Okazuje się, że lada chwila mają do nas dołączyć Monika z Markiem. Po koło 20 minutach nad parkiem rozbłyska światło. To Mikulscy przybyli oświeceni, wprost z Sanktuarium Maryjnego w Fatimie. Marek siada na ławce i pierwsze, co robi to wyciąga z plecaka po małym schłodzonym piwku. No, na tego faceta zawsze mogę liczyć! Jest jak Św. Mikołaj w grudniu, zawsze ma prezenty 😉 . Otwiera butelki i wznosimy toast za spotkanie, bo przecież długo się nie widzieliśmy. Jak było w Fatimie? Jak przebiegła ich podróż? Jakie przywieźli pamiątki? Gdzie nas poniosło, kiedy ich nie było? O tym wszystkim rozmawiamy siedząc w parku. Przy okazji obserwujemy jegomościa, który z uporem maniaka ćwiczy grę w golfa. Uderza kijem w piłeczkę, idzie za nią, ustawia na nowo pieczołowicie na trawie i ponownie uderza. Powtarza taki schemat cały czas. Śmiejemy się, że to portugalski Tiger Woods na emeryturze. W pewnym momencie do starszego jegomościa podchodzi jakiś mężczyzna i poprosi o wspólne zdjęcie. To może świadczyć o tym, że faktycznie musi to być jakiś znany portugalski golfista. Starszy pan kategorycznie odmawia wspólnej fotografii i wykazuje trochę złości z tego powodu, że ktoś śmie przerywać mu jego trening.
Skoro już jesteśmy pełnym składem, a znajdujemy się rzut beretem od hali targowej Mercado Bom Sucesso, to wypada nam tam zajrzeć. Kiedy byliśmy tu kilka dni wcześniej Marecki namierzył stoisko z pieczonymi wieprzkami. Wówczas postanowił, że jeśli nadarzy się okazja, to spróbujemy tych specjałów. Okazja właśnie się nadarza.
Tak jak poprzednio, wewnątrz  prawie nikogo nie ma. Zajmujemy stolik. Marek zamawia sobie zestaw późno obiadowy, składający się z pieczonego prosiaczka pokrojonego na drobne kawałki. My z kolei pozwalamy sobie na kieliszeczek Porto.
O ile smak markowej wieprzowiny nie budzi zastrzeżeń, tak wielkość porcji pozostawia wiele do życzenia. Najzwyczajniej w świecie mięsa jest tyle, co kot napłakał. Nie pamiętam ile to kosztowało, ale na bank nie było warte takiej ceny. Duże rozczarowanie!!! Siedząc i popijając wino, zauważam, że do „prosiakowego” stoiska podchodzą lokalsi i zamawiają, owszem, ale bułkę z tą pieczoną wieprzowiną i ta bułka wygląda już bardzo zacnie.
Następnym razem, jeśli będzie okazja tam zawędrować, to zamówimy to samo co miejscowi. Oni przecież wiedzą najlepiej .
Do domu docieramy wieczorową porą. Robimy kolację i siadamy na balkonie. To już taki nasz cowieczorny rytuał. Wcinając portugalskie przysmaki, planujemy jutrzejszy dzień. Monika dzisiejszym wyjazdem do Fatimy jest zachwycona, spełniona duchowo i turystycznie. Mi do takiego spełnienia brakuje jednej akcji. Przed przylotem do Porto sporo czytałem o Dolinie rzeki Douro. To tam jest mnóstwo winnic, gdzie produkuje się portugalskie wina klasyczne i oczywiście Porto. Nie wiem dlaczego, ale bardzo chcę zobaczyć to miejsce. Będąc tu jest ku temu znakomita okazja. Jedyne co odstręcza mnie od tego pomysłu i jego realizacji to fakt, że trzeba bardzo wcześnie wstać!!!   

CDN…