Dzień Dobry Roma

Z Płocka na lotnisko Warszawa Modlin jest przysłowiowy rzut beretem. Po śniadaniu pakujemy się do „krążownika szos” Pawła i ruszamy w drogę. Pogoda kapitalna, ruch samochodowy raczej niewielki. Mimo, że lecimy z Olką na krótki urlop do Rzymu, to w trasie dominuje niezbyt wakacyjny temat – atak Ukrainy przez Rosję. Staje na tym, że gdyby coś takiego wydarzyło się u nas, to razem z Pawłem odsyłamy kobiety i dzieci w bezpieczne miejsce, a sami zostajemy. Myślę o tym ostatnio wiele i z całego serca współczuję tym wszystkim Ukraińcom, którzy muszą uciekać z własnego kraju. Jednocześnie jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy pozostali żeby go bronić.
Meldujemy się na lotniku. Modlin miło wspominam z ostatniego naszego wylotu do Porto. Bardzo kameralny i przyjemny port. Wchodzimy na terminal uśmiechnięci.  Niedowierzam, że za chwilę wsiądę do samolotu i będę mógł zobaczyć Rzym. Stajemy przed bramką, prowadzącą do odprawy. Wyciągam kartę pokładową i jestem gotowy do pierwszej kontroli. Patrzę na Olkę, która przeszukuje swoje kieszenie, rozpina plecak i nerwowo w nim grzebie. Kiedy na to patrzę już wiem, że nie wróży to nic dobrego. Na jej twarzy dostrzegam zdenerwowanie. W takiej sytuacji jedynie dwie rzeczy mogą wywołać stres. Pierwsza, to brak dokumentu pozwalającego na przekroczenie granicy, a druga to brak karty pokładowej, która pełni rolę biletu. I wiecie co? Olka zapomniała karty pokładowej. Nie wierzę! Wybierasz się samolotem do stolicy Włoch, jesteś na lotnisku i orientujesz się, że zapomniałeś biletu. W dwóch słowach „biletowa katastrofa” 😉 ! Na szczęście na pomoc przychodzi nowoczesna technologia. Nasze karty mam zapisane w aplikacji przewoźnika. Kilka kliknięć, skan zdjęcia karty i sytuacja zostaje opanowana. Przechodzimy pierwszą kontrolę, zaraz po niej odprawę. Wszystko idzie jak po sznurku. Do lotu mam jeszcze prawie półtorej godziny. Znajdujemy sobie miejscówkę i czekamy. Co chwilę zerkam na pas startowy lotniska, przyglądając się lądującym maszynom. Poza tym zabijamy czas buszując w necie. Ot, proza oczekiwania na start.
Wreszcie wyświetla się komunikat, że za chwilę drzwi, prowadzące na płytę lotniska zostaną otwarte. W tym momencie pasażerowie ustawiają się w kolejce do wejścia. Tu słów kilka o polityce firmy Ryanair, dotyczącej sprzedaży biletów. Otóż, jeśli będziecie chcieli mieć miejsca w samolocie koło siebie, musicie je zarezerwować. Oczywiście za dodatkową opłatą. Jeśli jednak chcecie żeby miejsca wyznaczył Wam komputer, wówczas na pokład samolotu teoretycznie wchodzicie na końcu. Jak dla mnie pomysł poroniony, ale cóż, biznes jest biznes. Wreszcie stajemy na płycie lotniska na końcu kolejki i spokojnie czekamy na moment, kiedy będziemy mogli zameldować się w samolocie i zająć nasze miejsca. Wszystko do pewnego momentu idzie sprawnie. No właśnie… Kiedy już dosłownie przed nami jest kilka osób, nagle wejście na pokład zostaje wstrzymane. Zaciekawiony przyglądam się temu, co się dzieje. Dlaczego tak jest? Na początku nie zauważam niczego nadzwyczajnego. Czekamy  kilka minut i okazuje się, że na pokładzie doszło do przykrego incydentu. Jeden z pasażerów usiłował lecieć będąc pod wpływem procentów. Nie wiem, co ten człowiek wywinął, ale obsługa nie chciała pozwolić mu wejść na pokład i doszło do słownych „przepychanek”. Cała akcja rozgrywa się w wejściu do samolotu. Trwa to kilka dobrych minut. Towarzystwo „procentowego turysty” negocjuje z obsługą, jednak nic to nie daje.
Wreszcie pojawia się Straż Graniczna i zabiera delikwenta. Jego ekipa wysiada razem z nim. Przykra sprawa, szczególnie dla ekipy. Z jednej strony rozumiem, że regulamin przewoźnika, ale z drugiej lekko mi hipokryzją wieje. Żeby wejść na pokład samolotu trzeba być trzeźwym, ale już w trakcie lotu można się legalnie napoić alkoholem kupionym od obsługi. No cóż, trochę to dziwne.
Po tej akcji startujemy już bez problemu. Lot do Rzymu jest o tyle przyjemnym doznaniem, że trwa tylko 120 min. Wyobraźcie sobie. Rano w Płocku jecie na śniadanie pyszne parówki. Dwie godziny lotu i możecie wypić włoskie espresso. Opcja petarda! Czas na pokładzie mija szybko i już wkrótce koła samolotu stykają się z włoską ziemią. Jestem podekscytowany. Witamy w Rzymie.
Wychodzimy z samolotu i przechodząc przez halę przylotów meldujemy się przed budynkiem lotniska. Ciampino nie jest dużym obiektem i zgubić się tam raczej nie można. Teraz w grę wchodzi nam opcja dojazdu do centrum i dotarcia na kwaterę. Nasz nocleg znajduje się przy ulicy Via Nova 5. Hotel położony jest praktycznie przy stacji kolejowej Tremini. Szczerze mówiąc nie zastanawiałem się wcześniej za bardzo jak my tam dotrzemy. Na spokojnie coś się wymyśli, tym bardziej, że jesteśmy na miejscu w dzień. Przed lotniskiem jest kilka przystanków autobusowych. Podjeżdżają tam zarówno autobusy miejskie jak i prywatnych przewoźników. Chcemy z Olą skorzystać z najtańszej opcji i wpakować się do miejskiego, ale nie możemy zlokalizować miejsca gdzie będziemy mogli kupić bilet. Tłum na przystanku już mocno zgęstniał, a my nadal bez biletu. Dostrzegam kilka automatów, jak mi się wydaje z biletami. Podchodzimy i usiłujemy stać się szczęśliwymi posiadaczami przepustki na przejazd jednak bez skutku. Coś nam ewidentnie w tych automatach nie pasuje. Po kilku minutach bezustannego klikania i rzucania „mięsem” pod nosem rezygnujemy. W tym momencie, kiedy my usiłujemy kupić bilet odjeżdża nam autobus. W zasadzie, to czuję ulgę, że do niego nie wsiedliśmy, bo jest wyładowany pasażerami pod sufit. Wygląda to jak kadr z bollywoodzkiego filmu. Co do biletów, to nie chcę dać za wygraną. Podchodzę jeszcze raz do tych nieszczęsnych lotniskowych automatów ponawiam próbę i … dupa. W pewnym momencie do biletomatu podchodzi mężczyzna. Wyciąga jakiś kartonik i wkłada go do czytnika. W tym momencie czuję iluminację. Wczytuję się w napisy na urządzeniu i śmieję się na głos. Matko, jaki ja głupi jestem. To nie jest automat, gdzie sprzedawane są bilety na autobus tylko biletomat lotniskowego parkingu. No porażka na maxa. Dawno już nie miałem takiego zaćmienia umysłu jak dziś. Wchodzimy z Olą jeszcze raz do budynku lotniska i tam za 6€ za osobę kupujemy bilety na autobus prywatnego przewoźnika Shuflle bus. Pojazd już czeka na przystanku. Przed wejściem muszę jeszcze zmienić maseczkę na taką specjalistyczną. Pani, która okazuje się być kierowcą przestrzega, że jak nie założę FFP2 mogę dostać mandat. Cóż, zakładam maskę na twarz. Robię to z dużym wstrętem, bo najzwyczajniej w świecie po dwóch godzinach lotu z maską na twarzy mam jej już serdecznie dość, ale wymóg jest wymóg. Autobus jest praktycznie pusty, klimatyzowany z wygodnymi siedzeniami. Mając w pamięci obraz wyładowanego po brzegi miejskiego mam przeświadczenie, że jest to dobrze wydane 6€.
Tak się składa, że do Rzymu trafiamy w godzinach szczytu. Widać to w ilości samochodów poruszających się po drogach, które w niektórych momentach lekko się korkują. Za oknami przesuwają się obrazy. Mimo, że podróż przebiega w komfortowych warunkach, to nie mogę się doczekać, kiedy wjedziemy do miasta. Im bliżej jesteśmy centrum, tym ruch samochodowy gęstnieje. Do tego dochodzą dziesiątki ludzi przemieszczających się skuterami i motocyklami.
Kiedy jesteśmy już w Wiecznym Mieście pierwsze, co rzuca mi się w oczy to właśnie auta. Są ich niezliczone ilości. Samochody na poboczach zaparkowane są praktycznie wszędzie. Każdy skrawek wolnej przestrzeni jest miejscem postojowym. Jeśli chodzi o miejsca parkingowe, to nie ma tu żadnej świętości. Auta stoją dosłownie sznurami zderzak w zderzak. Zastanawiamy się z Olą jak oni wyjeżdżają. Ja nie widzę fizycznej możliwości. Nie wiem, może mają na to jakiś patent? Nie mam pojęcia. Przyglądając się oceanowi samochodów, skuterów i motocykli, wiem już dlaczego Włosi tak uwielbiają sporty motorowe. Oni mają to w swoim DNA. 

CDN…