Podroż do miejscowości, w której mieliśmy pierwotnie wysiąść, przebiega nam błyskawicznie. Po ponad godzinie meldujemy się na dworcu w Pinhao. Białe wino przyswojone w Pocinho wzmaga nasze apetyty. Postanawiamy, że pierwsze co robimy, to idziemy do restauracji coś zjeść, a później się zobaczy. Namiar na lokal mamy od Doroty. Restauracja nazywa się Bar LBV79. Odpalamy nawigację i już po kilku minutach spaceru wychodzimy nad brzeg rzeki, gdzie znajduje się nasz cel.
Przed lokalem przy stolikach osłoniętych od słońca parasolami siedzi kilku klientów. Przekraczamy próg i od razu po schodach wchodzimy na piętro. Siadamy na tarasie. Oprócz nas jest tylko parę osób. O jakichkolwiek tłumach nie ma, co nawet mówić. Dziwi mnie to, bo widok z tego miejsca lokalu jest kapitalny.
Widzimy rzekę, do której opadają wzgórza porośnięte winoroślami. To wszystko skąpane w słońcu na tle błękitnego nieba. Nawet tylko dla takiego widoku warto jest tu dotrzeć. Przy naszym stoliku jak Dżin z lampy Aladyna pojawia się kelner. Za moment spełni on nasze kulinarne życzenia 😉 . Z uśmiechem na twarzy przyjmuje zamówienia.
Po około 20 minutach na stole są dania. Wszystko świeże i smaczne. Takiej dorady nie dostanie się chyba na całym świecie 😉 . Pyszne dania i kapitalny widok sprawiają, że miejscówka jest naprawdę godna polecenia. Rekomendacja Doroty znowu trafia w punkt! Można tu siedzieć i siedzieć. Mamy jednak jeszcze kilka pomysłów na wieczór.
Mimo, że pora późna to postanawiamy, że znajdziemy jakąś otwartą winnicę i ją zwiedzimy. Zbieramy się z lokalu i idziemy wzdłuż brzegów rzeki w poszukiwaniu pierwszej lepszej uprawy winorośli. Nie pamiętam, kto zostaje przewodnikiem, ale po chwili spaceru trafiamy do kolejnego baru. Cóż, z przeznaczeniem nie ma co walczyć 😉 . Nie jest to typowy lokal gastronomiczny. Wyglądem przypomina ogromną beczkę, przed którą stoją stoliki, zachęcające do odpoczynku. Jesteśmy po pysznym obiedzie, więc długo nas kusić nie muszą. Kiedy wchodzimy do środka, okazuje się, że nie jest to typowy bar, a raczej punkt z pamiątkami dla trustów. Oprócz wina Porto można tu kupić kartki pocztowe, magnesy, mapy i wiele innych gadżetów. Mimo, że obiecujemy sobie, że spędzimy tu tylko chwile, okazuje się, że jesteśmy tam dłużej niż początkowo zakładaliśmy.
Robimy to z tym większą przyjemnością, że po pierwsze jesteśmy na urlopie i nigdzie się nam nie spieszy, a po drugie pogoda kapitalna i te okoliczności przyrody, w których się znajdujemy sprawiają, że czas przestaje się liczyć. No, ale w końcu wszyscy stwierdzamy, że skoro już tu dotarliśmy z odległej Polski, to po prostu z turystycznego obowiązku wypada zajrzeć do jakieś winnicy. Na cel bierzemy pierwszą, która nam się wyświetla na mapie googla. Powoli krokiem iście spacerowym docieramy pod drzwi gospodarstwa Quinta da Foz.
Ala z Markiem wchodzą do środka, natomiast ja z Moniką czekamy na zewnątrz. Siadam na murku i gapię się na miasteczko w którym właśnie w tej chwili jest czas sjesty. Na ulicach totalne pustki. Ruch kompletnie zamarł. Zastanawiam się jak naprawdę mieszkającym tu ludziom się żyje? Widząc krajobrazy dookoła mnie dochodzę do wniosku, że mógłbym tu zamieszkać. Może kiedyś? Kto wie? Przecież życie „piszę” różne scenariusze.
Z tej chwili zadumy wyrywa mnie nasza powracająca delegacja. Niestety nie mają dobrych wieści. Na zwiedzanie samej winnicy jest już za późno. Lada chwila zamykają się dla ruchu turystycznego. Mężczyzna będący pracownikiem winnicy jest na tyle miły, że daje Ali i Markowi namiar na inną, zapewniając, że tam jeszcze mamy szanse wejść na jej teren i pozwiedzać. Taki obrót sprawy powoduje, że przyspieszamy kroku. Dosłownie w ostatniej chwili docieramy do wrót Quinta do Bomfim.
Przechodzimy przez bramę i wchodzimy do sporego pawilonu. W środku wystrój nawiązuje do tematyki winiarstwa. Podchodzi do nas uśmiechnięta kobieta, która jest pracownikiem. Za wejście płacimy po 5€ od osoby. Pani z uśmiechem na ustach znika na zapleczu, a kiedy z niego wychodzi przynosi nam słomkowe kapelusze, mapę i po firmowym bidoniku pełnym zimnej wody. Okazuje się, że te gadżety są w cenie wejścia na teren winnicy. Z uwagi na późną porę nie dostaniemy żadnego przewodnika, ale możemy sobie sami na spokojnie pospacerować po całym terenie. Trasa wędrówki jest zaznaczona w mapie, którą dostaliśmy. Żeby się nie pogubić dla turystów są specjalne drogowskazy pokazujące kierunek zwiedzania. Żegnamy się pięknie, wychodzimy z pawilonu i „pędzimy” zwiedzać. Chcemy dojść do punktu widokowego, na którym znajduje się restauracja. Tam planujemy wypić po lampce wina, podziwiając piękne widoku Doliny Duoro. Taki jest plan.
Winnica robi na nas ogromne wrażenie. Winorośle dosłownie uginają się pod naporem owoców. Uprawa wznosi się na zboczach góry. Im wyżej podchodzimy, tym widoki są piękniejsze. Przy każdym rzędzie krzewów zamieszczono tabliczkę z nazwą gatunku. Oczywiście nie obchodzi się bez skosztowania kilku odmian i powiem Wam, że te prosto z krzaka smakują genialne.
W jedzonych owocach czuje się słońce tego regionu, pasję i serce ludzi, którzy je uprawiają. Oprócz winorośli natrafiamy na drzewka pomarańczowe, których gałęzie obsypane są owoców. Mam jednak w pamięci lizbońskie pomarańcze i ich gorzkie, niejadalne owoce. Chwilę zastanawiam się czy warto ich spróbować? Mimo to zrywam owoc, obieram ze skóry.
Po dłoniach lecą strugi soku. Ekipa patrzy na mnie i czeka na wynik konsumpcji. Biorę gryz i wpadam w smakowy zachwyt. Pomarańcza jest obłędna w swoim smaku. Tak pysznego owocu jeszcze nie jadłem. Oczywiście robimy sobie dłuższy postój przy „pomarańczarni”. Śmiejemy się, że takie są plusy zwiedzania winnicy bez przewodnika 😉 . Po kilku minutach pomarańczowej uczty idziemy w kierunku degustacyjnego domu win, który już zresztą widzimy.
Stwierdzamy, że będzie to idealne miejsce na odpoczynek. Okazuje się jednak, że lokal w całości jest zarezerwowany. Szkoda wielka, bo widok z tarasu tego miejsca jest zachwycający.
Opuszczamy gościnne bramy winnicy Quinta do Bomfim. Niezwykłe miejsce z kapitalnymi widokami, pysznymi pomarańczami i winnymi gronami. Trochę szkoda, że nie było dla nas przewodnika. Myślę, że gdyby ktoś nas oprowadził po tym kawałku ziemi, wrażenia byłby jeszcze większe.
Schodzimy do miasteczka i kierujemy się na stację kolejową. Po drodze zachodzimy do sklepu spożywczego, gdzie robimy jeszcze ostatnie zakupy. Mamy chwilę czasu do odjazdu naszego pociągu, więc rozkładamy się na dworcu i umilamy sobie czas oczekiwania na transport przeglądaniem zdjęć.
Jeśli będziecie kiedyś w Porto, a mam nadzieję, że tak, to z całego serca polecam Wam udać się do Doliny rzeki Douro. Jak już tam będziecie, to koniecznie zajrzyjcie do Quinta do Bomfim tym bardziej, że winnica ta leży w zasadzie na obrzeżach miasteczka Pinhao. Nam po tej wycieczce pozostały wspomnienia, fotki, słomiane kapelusze, bidoniki, smak winogron i pomarańczy. Słowem, a nawet trzema „ miejsce warte zobaczenia” 😉 .
Po godzinie pakujemy się do pociągu i późnym wieczorem docieramy do Porto. Jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Dzień, który zaczął się nam trochę pechowo przyniósł wiele radości, uśmiechu i niesamowitych wrażeń. Kiedy w Porto wysiadamy z pociągu, czuję jakbym wrócił do domu. To mówi wiele o tym jak dobrze czuję się w tym mieście. Idąc na kwaterę, zdajemy sobie sprawę, że nasze wakacje nieubłaganie dobiegają do końca. Zostaje nam jeszcze jutrzejszy dzień i trzeba będzie wracać. Co dobre szybko……, ale szaaaaa. Mamy jeszcze jutro.
CDN...











