Zrywamy się skoro świt. Do Doliny rzeki Douro jedziemy pociągiem. Pierwotnie w planach była opcja wypożyczenia auta, w czym miała pomóc nam Dorota. Niestety jak się okazuje „obudziliśmy” się za późno i z samochodu wyszły nici. Jej znajomy, od którego mieliśmy mieć auto wszystkie wypożyczył i pozostała nam jazda pociągiem. W zasadzie z Markiem od razu znajdujemy plusy takiego obrotu sprawy, bo każdy z nas będzie mógł wziąć udział w ewentualnych degustacjach boskiego trunku 😉 . Zdajemy sobie oczywiście sprawę z tego, że będziemy zależni od ichniego „PKP”, ale cóż każdy kij ma dwa końce. Wieczorem, kiedy jeszcze planowaliśmy ten wyjazd, dostaliśmy od Doroty sms z całym instruktarzem jak i gdzie mamy jechać, żeby zobaczyć w dolinie najciekawsze miejsca. Jakoś tak się złożyło, że całą organizację tej eskapady wzięła na siebie Ala, która zaplanowała to tak: Docieramy na dworzec Sao Bento, który jest blisko naszej kwatery, można powiedzieć, że po sąsiedzku. Wsiadamy do pierwszego odjeżdżającego w dobrym kierunku pociągu i po czterech godzinach jazdy dojeżdżamy do miasteczka Pinhao. Tam wysiadamy, zwiedzamy okolice, winnice i oczywiście uczestniczymy we wszystkich degustacjach, jakie tylko nam się nadarzą 😉 Czy coś może pójść nie tak? Raczej nie.
Z mieszkania wychodzimy wczesnym rankiem. Idziemy pustymi jeszcze ulicami Porto. Miasto o tak wczesnej porze wygląda całkiem inaczej. Wschodzące słońce odgrywa fantastyczny spektakl oświetlając promieniami mijane przez nas kamienice.
Na dworzec wchodzimy dosłownie tuż przed odjazdem naszego pociągu. W zasadzie to nie mamy pojęcia, z którego peronu on rusza. Do tego wszystkiego nie kupiliśmy jeszcze biletów, a jest już naprawdę bardzo późno.
W nasze szeregi zakrada się panika. Idziemy za Alą do informacji. Tam dowiadujemy się, że nasz pociąg lada moment rusza. Jest trochę nerwowo, ale przychodzi moment, w którym stwierdzamy, że nie ma się co denerwować czy spinać. Jeśli nie zdążymy na ten, to za godzinę z kawałkiem mamy kolejny. Dolina nam nie ucieknie, a przecież jesteśmy na wakacjach. Skład, którym mamy ruszyć w podróż odjeżdża nam dosłownie sprzed nosa. Kiedy zdajemy sobie z tego sprawę już na spokojnie Ala kupuje nam bilety. Postanawiamy, że czas oczekiwania do kolejnego odjazdu spędzimy gdzieś na kawie. Wychodzimy z Sao Bento. Dziewczyny namierzają otwartą kawiarnię i tam zasiadają. Marek i ja korzystając z ponad godziny wolnego czasu, wracamy na moment do domu. Kiedy ponownie spotykamy się z Alą i Moniką, obie siedzą przy stoliku popijając kawę. Są już po śniadaniu. Nam wzięły na wynos ciacha z dorszem. Z ich strony jest to genialne posunięcie, bo rano nie zdążyłem nic zjeść. Razem z Markiem przysiadamy się do nich i już na spokojnie zaczynamy wcinać nasz pierwszy posiłek tego dnia. Przy okazji słuchamy, jaką przygodę miała Ala, kiedy usiłowała kupić kawę. Okazało się, że sprzedawca wydał jej zupełnie coś innego niż zamówiła. Oczywiście nie wynikło to ze złej woli ekspedienta, a raczej z nieporozumień, które zaistniały na tle językowym. Po wysłuchaniu całej historii dochodzimy do wniosku, że przy po złożeniu zamówienia w kawiarniach trzeba po prostu brać to, co sprzedawca nam poda. Nie ma co zbytnio prostować i dyskutować na temat składanych zamówień. Najważniejsze, jest to, żeby dostać kawę w jakiejkolwiek postaci i to będzie sukces. Siedzimy popijając małą czarną i patrzymy jak miasto budzi się do życia. Ruch na ulicach powoli gęstnieje. Sprzedawcy otwierają swoje sklepiki, kawiarnie i punkty usługowe. Co ciekawe, nie czuć tu jakiegokolwiek napięcia czy pośpiechu. Wszystko dzieje się jak na zwolnionych klatkach filmu.
Pora się zbierać. Kilka minut spaceru i ponownie jesteśmy na kolejowym dworcu. Tym razem wszystko mamy ogarnięte. Bilety kupione. Wiemy, z jakiego peronu będziemy odjeżdżać. Już na spokojnie wsiadamy do pociągu, zajmujemy sobie miejscówki i czekamy na odjazd. Oprócz nas w wagonie siedzi dosłownie kilka osób. Widząc to, zastanawiam się jak wygląda podróż tym pociągiem w trakcie trwania normalnego sezonu turystycznego. Jestem przekonany, że pasażerów na tej trasie pewnie jest znacznie więcej. Wreszcie pociąg rusza. Chwilę gapie się za okno, ale czuję jak ląduję w objęciach Morfeusza. Powieki zaczynają mi opadać. Kręcę się w fotelu, obieram optymalną pozycję do spania. Zamykam oczy i już mnie nie ma. Kiedy się budzę pierwsze co robię, to patrzę na mijane krajobrazy. Szczęka mi opada, bo widoki za szybą są kapitalne.
Jedziemy wzdłuż koryta rzeki. Jej brzegi porastają winoroślą. To oznacza, że jesteśmy w krainie wiecznej szczęśliwości – krainie winnic. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będziemy na miejscu. Oczywiście po drodze „strzelam” fotki i łapię się na tym, że za każdym zakrętem widoki są jeszcze piękniejsze od poprzednich.
Cała ta podróż koleją jest jak z bajki. Ala i Monika jak to kobiety przez całą podróż dyskutują, natomiast ja z Markiem skupiamy się na podziwianiu malowniczych krajobrazów zmieniających się za oknem naszego pociągu, jak w kalejdoskopie. Przyglądam się też wnętrzu naszego wagonu, który jak reszta pociągu jest w stylu retro. Taki wystrój akurat do charakteru naszej wycieczki pasuje genialnie. Czujemy się trochę jak byśmy przenosili się w czasie.
Co bardzo ważne to fakt, że wagony są czyste, a toalety bardzo zadbane. Jazda takim pociągiem, po tak malowniczej trasie to czysta przyjemność. Marek za oknem dostrzega drogę, po której jeżdżą auta. Na jego twarzy widzę ulgę i zadowolenie, że podróżujemy koleją. Gdybyśmy jechali samochodem to on pewnie byłby kierowcą a fragmenty drogi, które mijamy wyglądają jak z rajdowych, górskich odcinków specjalnych.
Pociąg jedzie i jedzie i mimo, że podróż przebiega miło to już chyba wszyscy chcemy zacząć eksplorowanie tego fantastycznego miejsca. Pytam się Ali, kiedy wysiadamy? W odpowiedzi słyszę, że wysiadamy na końcowej stacji w miejscowości Pocinho i tam zwiedzimy jakąś winnicę. Tak rzekła kierowniczka wycieczki, więc tak będzie 😉 . W pewnym momencie skład zatrzymuje się na jakieś stacji, gdzie większość pasażerów wysiada, ale nie my. My przecież jedziemy do stacji końcowej. Mija kolejna godzina jazdy, a końca podróży jakoś nie widać. Wreszcie docieramy do celu. Jesteśmy w Pocinho. Stajemy na peronie, rozglądamy się dookoła i zderzamy ze stanem faktycznym. Lądujemy na małej wręcz kieszonkowej klimatycznej stacji kolejowej. Pierwszym witającym nas lokalsem jest wielkie psisko, które słodko śpi w kącie pod ścianą.
Oprócz nas na tym dworcu wysiada dosłownie kilka osób. Coś zaczyna mi się nie zgadzać. Wychodzimy z budyneczku dworca. Rozglądamy się nerwowo za tymi przepięknymi widokami, które miały na nas czekać i dupa. Z jednej strony stoi jakiś budowlany silos.
Z drugiej widzimy jakiś zakład pracy i na pewno nie jest to winnica. Przed nami ulica, po której co jakiś czas przemykają samochody i to by było na tyle.
Co gorsza jest bardzo gorąco. Ala nerwowo spogląda na mapę w swoim telefonie. Idziemy przez kilka minut wzdłuż drogi rozglądając się z nadzieją, że za chwilę pojawi się jakiś spektakularny widok godny tego mitycznego miejsca, ale nic z tego. Mijamy przydrożny bar i w zasadzie poza nim nic innego w tej miejscowości nie ma. Nasze oczy kierujemy w stronę kierowniczki wycieczki. Jesteśmy co najmniej zdezorientowani. Ala podchodzi do nas i z zakłopotaną miną informuje, że to nie ta miejscowość!!! Jak to nie ta?! Okazuje się, że powinniśmy wysiąść tam, gdzie wysiadło większość pasażerów. Natomiast my pojechaliśmy dalej i teraz w zasadzie nawet nie wiemy dokładnie gdzie się znajdujemy. Z nadzieją, że może tu też znajdziemy jakieś winnice robimy szybki rekonesans. Okazuje się, że oprócz baru nic więcej szczególnego tu nie ma. O spektakularnych widokach możemy zapomnieć. W takim przypadku podejmujemy strategiczną decyzję, która ma uratować całą sytuację. Siadamy przy stoliku na zewnątrz jedynego lokalu, tuż przy szosie. Śmiejmy się, że dojechaliśmy pociągiem retro do granicy Portugalsko – Hiszpańskiej. Marek postanawia zajrzeć do środka.
Po chwili przynosi 4 kieliszki i butelkę zimnego białego wina. Jest pod wrażeniem sposobu zaserwowania trunku przez barmana. Facet nalał mu wino do butelki wprost z kranika znajdującego się w ścianie. Śmiejemy się, że w zasadzie jesteśmy w odpowiednim miejscu, a że widoki trochę nie takie? Cóż, najważniejsze jest dobre towarzystwo!
Ala jest trochę zmieszana i zakłopotana, że zafundowała nam nieopacznie taką atrakcję. Tu na pomoc przychodzi kolejna butelka. Dzięki niej naszą sytuację zaczynamy widzieć w zupełnie innym świetle 😉 . Siedzimy sącząc z kieliszków orzeźwiające wino i mamy niezły ubaw z tej całej sytuacji.
Dziewczyny wyciągają pudełko, w którym są zakupione rano przed podróżą dorszowe przysmaki. Do wina jak znalazł! W momencie, kiedy wieczko zostaje uchylone, pod naszym stolikiem z szybkością błyskawicy melduje się miejscowy kot. Przyglądam mu się uważnie i zauważam, że sierściuch wygląda jak siedem nieszczęść. Mały, chudy, z zaropiałymi oczami i kleszczami na głowie. Obraz nędzy i rozpaczy. Mimo tego kocisko nie traci swojego wrodzonego czaru i uroku. Oczywiście dorszyk w znakomitej większości pada jego łupem.
Szkoda mi tego kociambra. Widać, że nie ma tu łatwego życia. Ala stwierdza, że gdyby mogła, to by go zabrała. Pomysł i chęci godne pochwały z tym, że nasz kocur Manfred nie znosi konkurencji i bankowo postawiłby veto w tym temacie. W międzyczasie orientujemy się, o której godzinie odjedzie kolejny pociąg, który dowiezie nas do celu naszej dzisiejszej wycieczki.
Spoglądam na zegarek i widzę, że odjazd zbliża się wielkimi krokami. Mimo, że nastrój mamy doskonały, to nie chcemy już doświadczyć kolejnych niespodzianek. Idziemy na dworzec kolejowy, gdzie widzimy podstawione wagony. Upewniamy się, że jadą w dobrym kierunku, pakujemy się do środka i zajmujemy sobie miejsca. Dzięki pomyłce Ali zaliczamy portugalską prowincję, pijemy pyszne białe wino z kranu i poznajemy zaniedbanego, ale jakże uroczego portugalskiego kota. Nie ma tego złego.