Nasz „ obóz” rozbijamy na ławkach przed oceanarium, wyciągamy z plecaków nasze pudełka z jedzeniem i robimy piknik. W trakcie naszej biesiady jesteśmy świadkami czegoś chyba na podobieństwo otrzęsin uczniów lizbońskich szkół. Młodzi ludzie ubrani w charakterystyczne stroje na podobieństwo sędziowskich tog przechodzą obok nas ze śpiewem na ustach. W naszym sąsiedztwie część jak domniemam „młodych” śpiewa, klaszcze w ręce, krzyczy jakieś hasła, które są odpowiedzią na wykrzyczane pytania przez „starszych”. Widok jest niesamowity.
W naszym kraju podejrzewam, że zaraz pojawiłaby się policja i rozpędziła towarzystwo. Tam zbytnio nikt na to nie zwraca uwagi. Zapewne trafiliśmy na lizboński dzień otrzęsin. Po ławkowym śniadaniu wsiadamy w metro. Wysiadamy na stacji Cais do Sodre.
Zabieramy dzieciaki do hali targowej Riberia. Chcemy pokazać im to miejsce, a przy okazji napić się kawy i zjeść lizbońskie babeczki z cynamonem żeby uzupełnić kalorie. Sama hala, w której jestem drugi raz wzbudza we mnie mieszane uczucia. Dla mnie jest to trochę taki bastion konsumpcjonizmu z dużą dozą komercji. Ale cóż, rzesze turystów są tym miejscem zachwycone.
Pijemy kawę, jemy past ais, a dzieciaki kupują pamiątki. Szczerze mówiąc chcę stąd wyjść jak najszybciej, ale dopóki pamiątki nie zostaną zakupione jestem więźniem hali Ribeira. Po zakupach idziemy napić się wina. Na zewnątrz obok hali jest mini park, gdzie stoi coś na podobieństwo kiosku tylko trochę większego. Tam rozsiadamy się wygodnie na leżakach, zamawiamy piwko, wino i soki dla dzieciaków. Łapiemy oddech i zbieramy siły potrzebne do dalszego explorowania stolicy Portugalii. W planach mamy jeszcze… No właśnie raczej nic. Oboje z Alą stwierdzamy, że najpierw pójdziemy nad Tag, a potem się zobaczy. Stwierdzamy, że ocean może poczekać 😉 tym bardziej, że pogoda raczej plażowa nie jest. Typowe w naszym wydaniu planowanie pieszych wycieczek po Lizbonie 😉 .
Lubię spacery nad Tagiem. Jest tam bardzo wiele klimatycznych miejsc. Poza tym panuje taka, jak by to ująć luźna, wakacyjna atmosfera. Wpływ na to mają występy ulicznych muzyków. Ich poziom jest różny, ale w tak pięknych okolicznościach przyrody kto by tam zwracał uwagę na takie aspekty. My trafiamy na występ takiego ulicznego zespołu. Przy dźwiękach muzyki podziwiamy widoki i wraz z rzeszą ludzi oddajemy się sielskiej atmosferze.
Pora robi się taka, że czas powoli, bardzo powoli wracać do domu. Postanawiamy, że pójdziemy wzdłuż Tagu i zabierzemy dzieciaki jeszcze przy okazji na bramę słońca. Czym jest owa brama ? To punkt z którego roztacza się wspaniały widok na Alfamę i Tag. Miejsce zawsze pełne turystów cykających pamiątkowe fotki. Lizbończycy o tym miejscu mówią, że jest to weranda, którą każdy chciałby mieć w swoim domu. Ja mógłbym mieć od biedy 😉 . W Lizbonie jest jeszcze kilka takich punktów widokowych, które mogą skraść serce. Dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjne są te z mniejszą ilością turystów.
Z Bramy Słońca piechotą idziemy do domu. Spacer jest super. Mimo, że jesteśmy już lekko zmęczeni, bo dzień intensywny. Mimo to wszyscy doceniamy fakt, że po prostu możemy być w Lizbonie. Ludzie, mijane miejsca, sklepy, restauracje. Czas sprawia wrażenie, jakby się zatrzymał. Na co zwracam szczególną uwagę to to, że na trasie naszego spaceru mijamy mnóstwo pięknych budynków, które popadają w ruinę. Zastanawiam się dlaczego? Do tej pory zresztą się nad tym zastanawiam. Gdybym tylko wygrał w totka 😉 .
Robimy sobie przerwę w wędrówce rozsiadając się na ławkach placu, gdzie turystów jest jak na lekarstwo. Widać ich tylko z okien przejeżdżającego tramwaju nr 28. Siedzimy tak jakiś czas kontemplując tą chwilę. Niestety wszystko co dobre, no sami wiecie…. Zbieramy nasze tyłki. W domu robimy kolację – nieśmiertelny makaron popity kieliszkiem porto, smakuje wybornie. Po kolacji rundka w makao. Między makao a po makale ustalamy, że jutro z rana jedziemy na koniec świat czyli ?? Cabo da Roca – najdalej wysunięty przylądek Europy kontynentalnej.
Jak było na ” końcu świata” ?? Co nas tam spotkało ? O tym w kolejnym poście 🙂 .
CDN…




