Cabo da Roca z wiatrem

Niestety czas w Lizbonie ma to do siebie, że mknie niczym bolid Lewisa Hamiltona podczas Grand Prix Formuły 1. Nam też ucieka zdecydowanie za szybko. Wczoraj, biesiadując wieczorową porą przy półmisku krewetek, popijając je białym portugalskim winem, doszliśmy do wniosku, że przedostatni dzień naszego pobytu w stolicy Portugalii spędzimy nad oceanem. Zapadła decyzja, że jutrzejszego dnia ruszymy na koniec świata, czyli na Cabo da Roca, a później zalegniemy na plaży.
 Rano standardowo pobudka, zakupy i śniadanie, które z dnia na dzień przybiera charakter małej porannej biesiady. Przy okazji jest mnóstwo śmiechu, co powoduje, że pozytywnie, z fajną energią rozpoczyna się dzień. Dziś jest podobnie, ale nie do końca. Dlaczego? Bo kiedy dzieciaki dźwigają się ze swoich łóżek, Ala zauważa, że Hubert wygląda tak, hmm, niewyraźnie. Młody ma to do siebie, że kiedy zaczyna „żreć” go jakaś choroba, natychmiast to po nim widać. Ala spogląda w jego oczy i już wie, że coś się z nim niedobrego zaczyna dziać. Chwila konsternacji. Dzień zapowiadał się na długi i intensywny, a Hubert, można powiedzieć, jest na granicy. Jego organizm zastanawiał się, w którą stronę zmierza. Albo młody się nam rozłoży, czego chcielibyśmy za wszelką cenę uniknąć, albo się pozbiera. Nie chcemy ryzykować. Razem z Alą decydujemy, że dzisiejszy dzień spędzi w domu. Obawiam się jego reakcji, ale on zbytnio się tym nie przejmuje. Myślę, że wpływ na to ma perspektywa całego dnia spędzonego razem z wifi 😉 . Przy okazji taka rada dla Was. Pamiętajcie, jeśli będziecie planować jakiś dłuższy pobyt za granicą, zabierzcie ze sobą podstawowe leki, nie mówiąc już o tych, które bierzecie na stałe! W razie czego może to zaoszczędzić Wam stresu, kiedy, nie daj boże, coś „nieciekawego” Wam się przytrafi. Nam taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy. Jaka jest ulga, kiedy z apteczki Ala wyjmuje wszystkie potrzebne medykamenty i aplikuje młodemu.
Zbieramy się, jak na nasze urlopowe standardy, dość szybko. Do plecaków wkładamy wałówkę, ręczniki plażowe, kremy do opalania, i spacerem podążamy na metro. Za moment podjeżdża skład, a my pakujemy się do środka. Chwila jazdy w klimatyzowanym wagonie i meldujemy się na stacji Cais do Sodre. Tam przesiadamy się w kolej podmiejską i przepiękną trasą, wiodącą w znacznej mierze nad brzegiem oceanu, docieramy do Cascais. Jadąc, „jaramy” się widokami za oknem, bo faktycznie jest czym. Mimo że już kilka razy jechałem tą trasą, to za każdym razem wzbudza ona we mnie zachwyt. Widok Tagu, potem błękitnego oceanu, mijane miasteczka, wszystko to sprawia, że podróż tym pociągiem niesie za sobą niezapomniane wrażenia. Jeśli będziecie mieli okazję przemierzać tę drogę, to pamiętajcie, wyjeżdżając z Lizbony, zajmujcie miejsca po lewej stronie wagonu 😉 . Mimo że, jak wspomniałem wcześniej, my już byliśmy na Cabo da Roca, to cieszę się na ten wyjazd, bo poza samym przylądkiem mamy też w planach zejść do pobliskiej plaży Praia da Ursa i tam spędzić popołudnie na plażowaniu. Bardzo mi zależy na zobaczeniu tego miejsca, gdyż jest ono uznawane przez wielu za najpiękniejszą plażę w Portugalii. Więc sami wiecie, być tak blisko i tam nie zajrzeć to będzie grzech. W Cascais wysiadamy z pociągu i pierwsze co robimy to zakupy w sklepie na dworcu. Tam zaopatrujemy się w dodatkowe napoje 😉 , bo słońce dziś przygrzewa iście sierpniowo. W pełni zaopatrzeni przechodzimy przez ulicę, docierając na przystanek autobusowy. Na dworzec podjeżdża autobus nr 403. Kupujemy u kierowcy bilety. Zajmując miejsce, zastanawiam się, w jakiej formie „sportowej” jest dziś kierowca naszego autobusu. Wspominając ostatnią wyprawę, oprócz samego Cabo, w pamięć zapadła mi szaleńcza jazda autobusem serpentynami, która kosztowała mnie sporo zdrowia. Mam nadzieję, że dziś będzie inaczej, kierowca ulituje się nade mną i w miarę dobrej formie wysiądę na przylądku. Autobus rusza, jest jak ostatnio. Z każdym kilometrem czuję się gorzej. Po cichu proszę, żeby to się skończyło. Dla kogoś, kto nie przepada za jazdą autobusem, ta podróż może być wyzwaniem. Odliczam minuty, kiedy będę mógł wysiąść. Natomiast ktoś, na kim rajdowe zacięcie kierowcy i kręte drogi wiodące na przylądek nie robią wrażenia, będzie zadowolony. W autobusie oprócz nas nie ma wielu turystów. Na tej trasie koronawirus również odcisnął swoje piętno. Z drugiej jednak strony mam nadzieję, że ta sytuacja sprawi, że na Praia da Ursa będzie mało ludzi i będziemy mogli plażować w kameralnym otoczeniu mew 😉 .
Dojeżdżamy na miejsce, wysiadamy. Łapczywie łapię wielki haust oceanicznego powietrza. Nie ukrywam radości, że jazda już się zakończyła. Pierwsze na co zwracam uwagę, to wiatr, który w tym miejscu hula tak, że mało głowy nie urwie. Czytałem w przewodnikach, że Cabo się tym charakteryzuje.
Mając w pamięci naszą ostatnią wizytę na przylądku, gdzie praktycznie było bezwietrznie, to teraz jestem w szoku. Stajemy nad brzegiem klifu i podziwiamy przepiękną panoramę. Bezkres oceanu, błękitne niebo, na dole skały, na których swój żywot kończą oceaniczne fale.
Pogoda piękna, tylko ten wiatr daje się nam we znaki. Po obowiązkowej sesji fotograficznej idziemy w kierunku latarni morskiej i tam na murku rozkładamy nasze nieśmiertelne pudełka z wałówką. Rozpoczyna się „drugie śniadanie mistrzów”. W zasadzie naszą wizytę na przylądku możemy uznać za zakończoną. Teraz przyszedł czas na najpiękniejszą plażę w Portugalii. Niestety ten pomysł upadł. Dzieciaki nawet nie chcą słyszeć, że jeszcze trzeba gdzieś iść. Młodsza część, owszem, chce na plażę, ale na taką, gdzie można coś zjeść, napić się czy po prostu skorzystać z toalety. Ich miny i argumenty powodują to, że dochodzę do wniosku, iż Praia da Ursa będzie musiała poczekać. Idąc w kierunku przystanku, obiecuję sobie, że kiedy kolejny raz zamelduję się w Lizbonie, to zrobię wszystko, żeby ten najpiękniejszy kawałek plaży w Portugalii zobaczyć na własne oczy.
W oczekiwaniu na autobus zaglądamy do małego budyneczku informacji turystycznej. Wewnątrz można zaopatrzyć się w pamiątki z pobytu na końcu świata. Jest spory wybór. Od książek, pocztówek, magnesów na lodówki po butelki z winem. Wszystko oczywiście związane z Cabo da Roca. Poza tym, co jest kwestią fundamentalną, za opłatą można skorzystać z toalety.
Stojąc na przystanku i oczekując na transport, postanawiamy, że nasze tyłki wylądują dziś na złotych piaskach plaży w Cascais. Jedyna kwestia, która mnie martwi to ponowna jazda 405-tką. Pocieszam się tym, że może tym razem kierowca będzie miał mniej rajdowego zacięcia i jakoś uda mi się tę podróż przetrwać. Nasz transport podjeżdża na przystanek. Stajemy w kolejce po bilety, zajmujemy miejsca i żegnamy się z Cabo da Roca. Czuję lekki niedosyt związany z rezygnacją z Praia da Ursa, ale cóż. Wspólne podróże to w dużej mierze sztuka kompromisów. Jazda do Cascais nie różni się zbytnio od tej przedpołudniowej. Kierowca zasuwa serpentynami jak „zły” . Plus tego jest jedynie taki, że podróż mija mi bardzo szybko. Mimo to po wyjściu z autobusu nie czuję się dobrze i, szczerze mówiąc, końcowy przystanek nadszedł w sama porę.

 

CDN…