Ala pojechała do Kopańca razem z Manfredem dzień przede mną. Marta i Hubert dopiero co wrócili ze swoich wakacji w Danii i są padnięci. Muszą odpocząć chociaż jeden dzień, żebyśmy mogli ruszyć na nasze wakacje. Czwartek schodzi mi na pakowaniu plecaka. Ala zabrała do auta część rzeczy, ale mimo to i tak bagaży jest sporo. Plan mamy taki, że w piątek po południu razem z Martą i Hubertem pociągiem dojedziemy do Jeleniej Góry, tam spotkamy się z Alą i śmigniemy do Kopańca.
W piątek rano zakładam plecak na grzbiet, drugi mniejszy biorę w rękę i obładowany jak wielbłąd idę do pracy. Praktycznie czuję się już urlopowo. Tylko kilka godzin i wyjazd. Lubię ten stan, kiedy podróż jest tuż-tuż. Dzieciaki zostały w domu. Mają zadanie ogarnąć chatę oraz swoje bagaże i zamknąć za sobą drzwi. Spotkam się z nimi na dworcu PKP, na który podwiezie je ich tata. Będąc w robocie, odliczam godziny i nie mogę się doczekać naszego wyjazdu. Z pracy zrywam się trochę wcześniej. Idę na stację kolejową. Pogoda piękna, co tylko przysparza mi więcej radości z tego dnia.
Na dworcu podchodzę do kasy i kupuję bilet dla mnie i dzieciaków. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy pani kasjerka oświadcza mi, że bilety i owszem są, ale do Wrocławia tylko miejsca stojące. Jestem w szoku. Nie myślałem, że może być taka sytuacja. Chciałem wcześniej kupić nam bilety, ale ­jakoś sam nie wiem dlaczego czekałem z tym na ostatnią chwilę i takie są skutki. Biorę to, co jest. Wychodzę przed budynek i czekam na młodzież. Po kilku minutach na stację swoim autem zajeżdża Adam z  młodymi. Dzieciaki żegnają się, idziemy na peron. Mówię im, że sytuacja jest taka, że do Wrocka będziemy musieli sobie gdzieś ogarnąć miejscówki na korytarzu. Marta nie jest tym zachwycona. Ja zresztą też nie, bo planowałem po drodze popracować nad postami z Porto, a w korytarzowych warunkach pewnie nie będzie to możliwe. Cóż, za chwilę się o tym przekonamy. Po kilku minutach na peron wtacza się skład. Ludzie wchodzą do wagonów. My czekamy, bo i tak nie mamy miejscówek, więc pakujemy się na samym końcu. Faktycznie w wagonie przedziały pozajmowane, ale na szczęście korytarz praktycznie pusty. Siadamy na takich rozkładanych wagonowych siedziskach i w drogę. Dzieciaki, kiedy tylko pociąg rusza, wyjmują swoje telefony komórkowe i odpalają filmy. Ja w planie mam trochę popisać, ale warunki nie są sprzyjające. Szybko składam komputerek robiący za maszynę do pisania, włączam telefon i wkręcam się w film. Po kilkunastu minutach w wagonie pojawia się pani konduktor. Okazuje się, że bilety, które kupiłem na stacji w Pile, nie są takie, jakie być powinny. Pani w okienku nie ogarnęła tematu, ja się też na tych wszystkich biletach, zniżkach nie znam, i tak muszę dopełnić formalności, żebyśmy mogli spokojnie dojechać do celu.
Wrocław pojawia się w samą porę, bo już nas tyłki bolą od tych mini krzesełek. Podróż nie jest komfortowa, ale lepiej tak, niż całą trasę na nogach. Swoją drogą mam przemyślenie, że skoro sprzedaje mi się bilet, a nie gwarantuje miejsca siedzącego, to taka opcja podróży na stojąco powinna być dużo tańsza, ale cóż, to tylko takie moje małe rozważania. Do przesiadki z jednego pociągu do następnego, który zabierze nas już do samej Jeleniej Góry, mamy około godzinę. Orientujemy się, z jakiego peronu będziemy startować i wychodzimy przed dworzec. Dawno nie byłem na stacji Wrocław Główny i powiem szczerze, jestem pod wrażeniem, bo wszystko ładnie odnowione, czyste, wkoło sporo lokali gastronomicznych, kiosków i innych przybytków, mogących ułatwić życie podróżnemu. Przed dworcem siadamy na ławce, wyciągamy jedzenie i robimy sobie małą przerwę na posiłek. Oczywiście naszą trójkę lokalizują bystre oczy miejscowego „szwendacza”. Młody, ale już zmasakrowany życiem, alkoholem i pewnie dragami człowiek podchodzi do nas. Spoglądam mu w oczy i już wiem, jak nasza rozmowa będzie przebiegać. Kątem oka zerkam na Martę i Huberta, upewniam się, że oni nie wystraszą się tej sytuacji, bo to z dziećmi rożnie bywa i zaczyna się między mną a panem „Karasiem” dialog dotyczący jego życia, miejsca zamieszkania i sytuacji, w jakiej się teraz znajduje. Czekam cierpliwie, słuchając jego wywodów, aż wreszcie koleś dobija do brzegu i mówi, że potrzebuje na bilet. Nooo, w tym momencie jestem trochę zaskoczony. Bo nastawiony byłem raczej na oświadczenie w stylu: brakuje mi do browarka czy gardło mnie smali, a tu kulturalnie, że on chce na bilet. Niestety „Karasia” nie jestem w stanie poratować, mam tylko plastik, a on o terminalu dla swojej działalności jeszcze nie pomyślał. Radzę mu, żeby sobie sprawił takie urządzenie, bo to przyszłość. Koleś popatrzył się na mnie. Na hasło „terminal” w jego oczach dostrzegam pewien rodzaj obłędu –facet zbaraniał. Przybijamy piątki i on odchodzi na ławkę obok, gdzie siedzi jego kumpel. My zajmujemy się posiłkiem. Mimo to obserwuję „Karasia” i zastanawiam się, ile czasu zajmie mu podejście do kolejnej osoby i zagadanie. Nie minęła chwila, kiedy podchodzi do jakiegoś mężczyzny. Rozmowa między nimi trwa dosłownie moment. W tym przypadku jego „strzał” był trafiony, bo facet wyciąga portfel i ratuje go drobnymi. „Karaś”, jak rasowy sęp, oddala się ze zdobyczą i kumplem na schody, skąd wypatruje kolejnej ofiary 😉 . My kończymy jedzenie, zbieramy nasze tobołki i idziemy na peron. Po 15 minutach  wtacza się nasz pociąg. Pakujemy się do środka, skład rusza. Po jakimś czasie zajmujemy sobie miejsca w przedziale i już w tak komfortowych warunkach dojeżdżamy do Jeleniej. Na peronie czeka na nas Ala. Ładujemy się do Toyki i śmigamy do Kopańca. W domu czeka na nas tata z kolacją i oczywiście Manfred, który od progu wita nas głośnym miauczeniem. Po kolacji kładziemy się spać, bo jutro wstajemy skoro świt i wyruszamy w naszą podróż do Cisnej.

 

CDN…