Barri Gotic – La Rambla część I

Dzień rozpoczynamy od wspólnego obiadu jedzonego na śniadanie. Wcześniej jak zawsze zakupy w markecie, przygotowanie posiłku do pudełek na cały dzień, a co najmniej na obiad, czyli w zasadzie na kolację 😉 . Dziś plan jest ambitny, bo mamy zamiar zdeptać Barri Gotic i Ramble. Miejsca obowiązkowe dla każdego przewodnikowego turysty. Z domu wychodzimy dość późno. Po drodze wpadamy na kawę do „ Conrado”. Nasz znajomy jest w pracy i od progu wita nas uśmiechem. Pasuje mi ta południowa mentalność. Rzadko się zdarza, żeby w naszym kraju kiedy wchodzisz do kawiarni ktoś witał Cię z uśmiechem na twarzy.  Dzień jest naprawdę gorący, słońce grzeje niemiłosiernie. Trochę mnie to przeraża. Mam obawy  jeśli chodzi o dzieci czy dobrze zniosą taką aurę ? 

Klimatyzacja w kawiarni daje miły chłód i sprawia, że nie chce się nam wychodzić. W trakcie picia szybkiej kawy i pochłaniania przez dzieci hitowych gofrów Ignacy poleca nam na wieczorne wyjście restaurację, która nazywa się MUXIA. Zapytany o pobliski  „Bar Restaurant Costa De Lugo” mówi, że to średnie miejsce i, że on oraz jego znajomi zdecydowanie stawiają na MUXIE. O tym miejscu wspominała nam też nasza gospodyni. Zawsze jak jesteśmy na wyjeździe to o lokalach i jedzeniu w nich rozmawiamy z mieszkańcami. Oni wiedzą najlepiej co w przysłowiowej kulinarnej trawie piszczy. W zasadzie to jeszcze na tym patencie się nie zawiedliśmy.
Posileni goframi, kawą i owocowymi szejkami ruszamy na podbój Barri Gotic. Wysiadamy z metra wprost na uliczki tej słynnej barcelońskiej dzielnicy i czujemy się jak w średniowieczu z  małą taką różnicą. Zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy jest przeogromny. Zresztą my też się do tego przyczyniamy 😉 .
Na pierwszy ogień idzie Katedra św. Krzyża i św. Eulalii. Przy wejściu tłum. Wstęp do środka oczywiście biletowany. Na początku nie jesteśmy pewni czy za wstęp się płaci czy nie. Dziewczyny ustalają, że trzeba zapłacić, ale jest opcja zwiedzania  dziedzińca za darmo, tylko w niedziele. Nie mamy jakoś wielkiego parcia na ten kościół tym bardziej, że na poniedziałek zaplanowane mamy zwiedzanie Sagrady. Zapada decyzja, że zrobimy to w niedzielę, a teraz obejrzymy katedrę z zewnątrz i pójdziemy do żydowskiej dzielnicy. Trzeba przyznać, że świątynia robi na nas duże wrażenie.  Obchodzimy ją dookoła podziwiając jej architekturę. Ja najbardziej zachwycony jestem fasadą budynku i kopułą. Dawniej to się budowało. Spacerując krętymi uliczkami Barri Gotic  trafiamy do dzielnicy żydowskiej, gdzie część z nas idzie zobaczyć najstarszą w Barcelonie synagogę a reszta po prostu odpoczywa. Synagoga, nie wzbudza u zwiedzających zbytniego zachwytu. Wchodzi się do małego wnętrza w którym  słucha się opowieści o dziejach tej świątyni. Atrakcja z serii dla koneserów.
 Nie będę ukrywał, że zwiedzanie miasta w takiej temperaturze jest naprawdę bardzo męczące. Mimo, że odległości między poszczególnymi atrakcjami w Barri Gotic nie są duże, to mnogość uliczek, zaułków przez które trzeba przejść daje się nam we znaki. Dodatkowo oczywiście zakupy, bo nasze pociechy namierzyły sklep znanej sieciówki „Ale Hop”, dla mnie znanej właśnie od wyjazdu do Barcelony, wcześniej nie słyszałem o czymś takim. Dzieci widząc szyld sklepu są zachwycone i ruszają na zakupowe szaleństwo. Zresztą nie tylko one bo dziewczyny też 😉 . Kolejnym celem, który obieramy jest słynna barcelońska ulica La Rambla, i znajdująca się przy niej hala targowa La Boqieria. Na Ramble w zasadzie tylko „wyściubiamy” nos. Tłumy ludzi dosłownie płyną tą ulicą jak wezbrana rzeka. Ci bardziej zmęczeni oblegają dziesiątki przyległych do ulicy knajpek.  Turyści rządni zakupów kotłują się w przyległych do arterii sklepach, gdzie w asortymencie jest dosłownie wszystko. Od przysłowiowego mydła i powidła, po luksusowe towary znanych projektantów mody.

Zaglądamy też do hali targowej La Boqueria. Znowu załamka, bo dzikie tłumy sprawiają, że nie ma się tam nawet jak normalnie i swobodnie przemieszczać. Decyzja zostaje podjęta szybko i jest jedyną i słuszną. Opuszczamy La Boqueria i Ramble.
Pora jest już mocno popołudniowa i w sumie też jesteśmy głodni. Postanawiamy, że zjemy obiadokolację nad morzem. Uliczkami gotyckiej dzielnicy suniemy w stronę morza. W trakcie spaceru  zapada też strategiczna decyzja. Mianowicie taka, że La Boqueria odwiedzimy ale dosłownie przed godzina 19.00, kiedy to sprzedawcy szczególnie owoców obniżają o połowę  ceny swoich towarów. Taką mamy informację od znajomych Marka i Moniki więc stwierdzamy, że warto to sprawdzić, a poza tym mamy też nadzieję na mniejsze tłumy.
Idąc w kierunku morza moją uwagę przyciąga niesamowite miejsce – jest to wejście na plac. Wyglądało ono jak przesmyk prowadzący do spokojnej zatoki, taka odskocznia od zatłoczonej Rambli. Bez wahania kierujemy tam nasze kroki. Osobiście czuję się jak Alicja po drugiej stronie lustra. 

Całkiem inny klimat niż na głównej ulicy. W taki oto sposób trafiamy na Plac Królewski. Naprawdę bardzo piękne, klimatyczne i urokliwe miejsce. Plac otoczony przepięknymi budynkami, z rosnącymi palmami, dookoła kawiarnie, i knajpki. Ludzi jakby mniej, tak trochę spokojniej. Czas wydaje się płynąć tu wolniej. Coś niesamowitego, bo kontrast między zatłoczoną do bólu Ramblą, a tym placem jest ogromny. My też korzystamy z dobrodziejstwa tego miejsca. Siadamy w jednej z knajpek żeby napić się kawy. Po półgodzinnej przerwie, gdzie dzieciaki jeszcze objadły się lodami, wyruszamy w dalszą drogę ku morzu.
Czy uda nam się dotrzeć nad morze ? Gdzie zjemy nasz pudełkowy obiad ? Czy uda nam się ponownie trafić do La Boqueria ? O tym już wkrótce. 
CDN…