Kościół Dominikanów i przejażdżka tramwajem 28

Kolejny nasz cel w dniu dzisiejszym to Kościół Dominikanów, czyli igreja de São Domingos. Trafiamy do niego bez żadnego problemu. Tą świątynię widzę już drugi raz. Pierwszy raz pokazała nam ją Magda z Sekretów Lizbony. Wówczas kościół ten zrobił na nas ogromne wrażenie. Podobnie było i teraz. Wnętrze świątyni uległo spaleniu w pożarze  do którego doszło 13 sierpnia 1959 roku. Lizbończycy  postanowili jednak go nie odrestaurowywać. Środek  pozostawili taki jaki zastali po pożarze. Widok klimatyczny. Nie da się tego obiektu porównać z żadnym innym. Ściany są zadymione i mają niejednolite kolory ognia – od pomarańczowego, poprzez rdzawy aż po ciemny kolor sadzy. Ocalałe rzeźby mają niepokojące zniekształcone przez ogień kształty. Wszystko to robi duże wrażenie. Jestem pod wrażeniem postawy mieszkańców Lizbony, którzy zadecydowali, że nie będą przykrywać zniszczeń złoceniami i barokowymi zdobieniami.  Jeśli będziecie kiedyś w Lizbonie, a mam nadzieje, że tak, to musicie znaleźć chwilę żeby to zobaczyć. Wewnątrz spędzamy kilka chwil. Po wyjściu oboje z Alą wiemy, że przy najbliższej okazji będąc w stolicy Portugalii ( jeszcze tylko kilka dni 18.03.2020r.) 😉  ponownie tam zajrzymy.

Głód sprawia, że podejmujemy strategiczną decyzję odnośnie zjedzenia naszej obiadokolacji. Knajpek dookoła jest mnóstwo. My jednak komunikujemy dzieciakom, że zabieramy ich na bułkę z mięsem do „naszych przyjaciół” na Baixe. Szczególnie entuzjastycznie ten pomysł przyjmuje Marta, czyli nasz wiodący rodzinny mięsożerca. Po kilkuminutowym spacerze docieramy do znanego nam i sprawdzonego AS BIFANAS DO AFONSO. Wewnątrz jak zawsze sporo ludzi. Do końca nie jesteśmy pewni czy dzieciakom podpasuje taki rodzaj posiłku. ale nasze wątpliwości szybko zostają rozwiane. Zamawiamy po bułce, do tego dorosła część naszej ekipy po winku a dzieciaki wodę. Siadamy na zewnątrz i w takich niepowtarzalnych okolicznościach mamy późny obiad, który zresztą zostaje zjedzony w błyskawicznym tempie 😉 . 
Korzystając z tego, że „nasze bułki” znajdują się tuż przy punkcie widokowym, na który wjeżdża się windą (Elevador Castelo) wprost ze sklepu spożywczego PingoDoce, postanawiamy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. W markecie kupujemy wodę, a potem wjeżdżamy na górę, żeby pokazać dzieciakom Lizbonę z trochę innej perspektywy. Stolica Portugalii z tarasu widokowego robi na nich duże wrażenie, bo widok naprawdę jest kapitalny. Chwilę tam siedzimy podziwiając panoramę i zastanawiając się co dalej. Biorąc pod uwagę zmęczenie młodych podróżników postanawiamy zafundować im jeszcze jedną, ostatnią dzisiejszego dnia atrakcję. Przejazd tramwajem linii 28. Kultowa atrakcja turystyczna Lizbony. Dzieciaki wykazały wielkie zainteresowanie tym pomysłem, bo perspektywa godzinnej przejażdżki jest  w tym momencie dla nich miłą odmianą po całym dniu dreptania po lizbońskiej kostce. Najedzeni i opici, z uśmiechami na twarzach idziemy na tramwaj. Początkowy przystanek mieści się na placu Martim Moniz. Tam stajemy w kolejce oczekując przyjazdu naszego środka lokomocji. Kolejka chętnych jest już dość długa. Tramwaj  średnio co 15 minut. Na pierwszą dwudziestkę ósemkę, z uwagi na dość długi ogonek turystów, nie załapujemy się. Do środka wsiadamy przy okazji klejonego kursu. I w tym momencie taka praktyczna uwaga. Do tramwaju wchodzi się zawsze przednimi drzwiami. Zaraz przy wejściu znajduje się kasownik gdzie kasujemy swój bilet. Natomiast po zakończonej jeździe wychodzimy z tyłu wagonu. Pamiętajcie, że cena biletu u motorniczego jest wyższa niż cena za przejazd, kiedy wykorzystujemy naszą „trawelkę” czyli kartę viva viagem. Przypomnę jedynie, że taką kartę kupujemy w automacie i doładowujemy kiedy skończą się na niej środki. O tym pisałem w poprzednich postach. Planując wycieczkę tramwajem nr 28 trzeba uważać na kieszonkowców. Tłok panujący w tramwaju sprzyja złodziejom. Na szczęście nas takie atrakcje w stolicy Portugalii szczęśliwie omijają. Zresztą my w Lizbonie czujemy się naprawdę bardzo bezpiecznie. Wnętrze wagonu jest drewniane, co nadaje mu niepowtarzalnego klimatu. Należy też pamiętać, że linia tego tramwaju nie powstała ku uciesze turystów, a dla ułatwienia komunikacji mieszkańcom. Dlatego oprócz turystów podróżują nim również Lizbończycy.
W dobrym tonie jest ustępowanie miejsc siedzących starszym mieszkańcom Lizbony. Trasa przebiega przez kilka dzielnic i jest ciekawym sposobem na szybkie zwiedzanie miasta. Nasze dzieciaki są wniebowzięte, bo wprawny motorniczy prowadzi tramwaj zaskakująco szybko, nie zważając  zanadto na momentami bardzo wąskie uliczki oraz liczne podjazdy pod górkę i zjazdy w dół. Czasami jest tak wąsko, że wystarczy wyciągnąć rękę przez otwarte okno tramwaju, by dotknąć elewacji mijanych budynków. Czujemy się jak na dobrym rollercoasterze. Ale jazda!!! Tramwaj nie robi pętli. Zatrzymuje się po 33 przystankach tj. na Campo Ourique, gdzie trzeba wysiąść i ponownie wsiąść żeby móc wrócić na plac Martim Moniz. Podróż tym tramwajem jest naprawdę ciekawa i śmiało mogę ją polecić każdemu. Na ostatnim przystanku wysiadamy. Postanowimy, że do domu wrócimy docierając do najbliższej linii metra spacerem. Po drodze dziewczyny lokalizują kilka sklepów z materiałami. Tak, takie sklepy w których kiedyś nasze mamy, babcie kupowały materiały i szyły z niego przeróżne „cuda”. Ala z Martą zbyt długo się nie zastanawiają. Wchodzą do środka. Kiedy przekraczają próg wiem, że nie będzie to pobyt z serii „ wchodzę, robię zakupy i wychodzę”. W takim sklepie z materiałami to nierealne. Hubert też już o tym wie. Kiedy dziewczyny przeglądają bele, razem z młodym siadamy na parapecie okna sklepowego i gapimy się na przelatujące nad nami samoloty. Muszę tu przyznać, że parapet jest do tego idealnie przystosowany, bo leżą na nim wygodne poduchy, na których można posadzić swoje cztery litery. Ala z Martą wychodzą ze sklepu po dobrych 20 minutach uboższe o 20€, z zakupionymi materiałami. Jeden z nich ma po oprawieniu w ramę zawisnąć na ścianie naszego mieszkania.
Z drugiego mają być uszyte poszewki na poduszki do Marty pokoju. Dziewczyny są bardzo zadowolone. Ala stwierdza, że w takim sklepie z tak bogatym wyborem z materiałami jeszcze nie była. Zmęczeni, pełni wrażeń docieramy do najbliższej stacji metra. Ładujemy się do pociągu i po chwili meldujemy się na naszej dzielnicy. Szybki pięciominutowy spacerek i jesteśmy w domu. Prysznic, kolacja, kieliszeczek porto i spać, bo jutro czeka nas kolejny intensywny dzień. W planach, jako główny punkt programu, mamy wizytę w lizbońskim oceanarium. Słyszałem, czytałem, że jest to najpiękniejsze oceanarium w Europie. Dlatego jestem bardzo ciekawy czy faktycznie tak będzie i czy zrobi na nas wrażenie. Bilety kupujemy przez Internet. Godzina wejścia 11:00 następnego dnia.

 

CDN…