Pijemy kawę i zbieramy się zobaczyć ruiny klasztoru Karmelitów. Możliwości są dwie na dotarcie do celu. Pierwsza słynna winda Santa Justa przy której stoją tłumy turystów. Druga opcja to malownicze schody Calҫada do Carmo prowadzące w górę. Wybraliśmy opcję drugą i raczej w tym temacie nie było wątpliwości.
Dzieciaki początkowo nie wykazują entuzjazmu odnośnie naszego wyboru trasy ale to była chwila. Droga do Klasztoru trwa kilka minut. Na końcu „wspinaczki” wychodzimy na plac Largodo Carmo przy, którym jest cel naszej wycieczki. Plac nie był duży ale bardzo klimatyczny. Wszędzie siedzieli ludzie pili kawę, popijali zimne piwo. Na placu oprócz turystów byli też Portugalczycy z tym, że raczej dominowała młoda generacja, która okupowała okoliczne kafejki i restauracje. W centralnej części placu trwał występ ulicznych muzyków, którzy swoja twórczością wszystkim umilali czas. Klimat był naprawdę wyjątkowy. U bram klasztoru trwało w najlepsze uliczne muzykowanie. Nad placem unosił się słodki zapach palonych ziół 😉 . Ala idzie kupić nam bilety wstępu do środka, dzieciaki ruszyły zrobić rekonesans okolicy ( oczywiście były w zasięgu wzroku ) a ja siedziałem na tym placu gapiłem się w słońce i słuchałem muzy. Klimat był taki, że tyłka się ruszyć nie chciało. Po kilku minutach Ala wraca z biletami, dzieciaki też się zameldowały. Oboje stwierdzamy, że musimy tam jeszcze wrócić, w sensie dzielnicy, ale już bez dzieci bo dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę to dopiero wieczorem musi być w tym miejscu bardzo ciekawie 😉 .
Wchodzimy do środka klasztoru. Widok kapitalny. Dziedziniec robi na nas piorunujące wrażenie. Ruiny gotyckiego sklepienia klasztoru oświetlone słońcem były naprawdę fascynującym widokiem.
Odwiedzamy też mini muzeum archeologii, które mieści się w niezniszczonej części budowli. Mamy też okazję obejrzeć pokaz multimedialny dotyczący historii tego obiektu Mimo, że opowieść o klasztorze była tylko w języku portugalskim to i tak można było z wyświetlanych obrazów sporo się dowiedzieć. Wychodzimy z mini kina na dziedziniec. Siadamy jeszcze na kilkanaście minut podziwiając ten niesamowity widok.
Wychodząc z klasztoru skręcamy w lewą stronę i obchodzimy budowle docierając do schodów prowadzących w dół. Okazało się, że schody te prowadzą do windy Santa Justa. Niestety wejście do niej nie było możliwe. Dla nas nie było to problemem bo i tak zamierzaliśmy zejść schodami a przy okazji takiej opcji można podziwiać przepiękne widoki. Z jednej strony na Tag a z drugiej na plac Rosso. Przy windzie było mnóstwo turystów. Patrzyliśmy na nich z odrobiną politowania. Stać kilkadziesiąt minut w kolejce, żeby „zaliczyć” wjazd do góry, kiedy spacer po schodach trwał kilka minut. No cóż każdy robi to co lubi. Korzystając z tego, że znaleźliśmy się w tak pięknych okolicznościach przyrody nie obyło się oczywiście bez sesji fotograficznej 😉 .

Schodząc po schodach w pewnym momencie spostrzegliśmy drzwi do miejskiej windy. W zasadzie bez namysłu postanawiamy się do niej zapakować. Mimo, że w planie było zejście schodami dajemy się skusić i w sumie okazało się być to ciekawym doświadczeniem. Dlaczego? Ano dlatego gdyż na dole kiedy drzwi windy się otworzyły, okazało się, że wysiadamy w sklepiku z pamiątkami. Tak do windy na dole wchodziło się przez sklepik.
Co warte podkreślenia tą winda ( miejską ) można było wjechać praktycznie do podnóża klasztoru. Jeśli komuś nie chce się stać w kolejce do „Świętej Justyny”, a nie ma też ochoty czy energii na dreptanie po schodach może z powodzeniem zapakować się do tego elevadora i wysiąść praktycznie przy samym klasztorze. Winda ta jest oddalona dosłownie o kilka metrów od Santa Justa. Odkrycie tej miejskiej windy spowodowało u mnie kilka przemyśleń. Czasem trzeba się zatrzymać na moment i rozejrzeć dookoła. Można wtedy dostrzec rzeczy, które w turystycznym pędzie są niedostrzegalne.
CDN…



