Trafiliśmy do restauracji Rio Grande. Nazwa jak z amerykańskiego westernu. W środku wystrój jak dla mnie takie typowe lata 80. Sklepienia łukowate pomimo tego, że knajpa była na parterze a nie w piwnicy. Ściany do połowy wyłożone lizbońską, jak ja to nazywam, płytką łazienkową i białe obrusy na stołach. W środku kilka osób – pora była nietypowa. Na obiad dużo za późno, a na kolację dla Portugalczyków jeszcze za wcześnie. Co rzuciło mi się w oczy to, że pracowali tam sami mężczyźni i to w słusznym wieku. Kobiety kelnerki czy barmanki nie uraczysz. Patrząc na kelnerów, obserwując ich w pracy miałem skojarzenia z obsługą  z polskich restauracji lat 80. Tak z klasą i odrobiną takiej kelnerskiej nonszalancji w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie za bardzo wiedzieliśmy na co mamy ochotę.
Wertowaliśmy kartę dań z góry do dołu i zastanawialiśmy się co zamówić. Z uwagi na fakt, iż pora była późna ( jak dla nas), postanowiliśmy zamówić zupę o nazwie Alentejana koszt 4,50€. Za Chiny Ludowe nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. Po kilku minutach oczekiwania w metalowych miskach kelner przyniósł nam zupę. Pod tą egzotyczną nazwą kryła się czosnkowa z sadzonym jajkiem i do tego podane było pieczywo. Czosnkową obowiązkowo jem w trakcie moich górskich eskapad po tatrach słowackich. Jest to jedna z moich ulubionych zup. Ta była całkiem inna, bo w środku pływało jajko sadzone. Same danie pyszne. Chociaż jak dla mnie  trochę mało słone,  ale to zawsze kwestia gustu.
Przed zamówieniem zastanawialiśmy się czy zamówimy jeszcze drugie danie. Jednak po zjedzeniu talerza tej zupy nic innego bym już nie zmieścił. Potrawa niesamowicie syta. Ala była  pod kulinarnym wrażeniem  i po skończeniu posiłku padła deklaracja, cyt. Jeśli będziemy jeszcze raz w Lizbonie to na bank zajdziemy do Rio Grande na czosnkową.”  Po obiadokolacji najedzeni i zmęczeni dniem na nogach wróciliśmy na kwaterę. To był bardzo fajnie spędzony dzień pełen wrażeń: „lizbońskich nieprzewidzianych zwrotów akcji”, słońca no i oceanu. Kończył się powoli nasz pobyt w Lizbonie. Jeszcze jutro do południa. Wieczorem już samolot i do domu. Jakoś się tak sentymentalnie zrobiło, że już tylko kilka godzin zostało. Tak Lizbona potrafi w sobie rozkochać.
Dotarliśmy do domu robiąc po drodze zakupy. Szybki prysznic, kieliszek porto na dobranoc pity na balkonie i spać. Kładąc się mieliśmy już plan 😉 na ostatnie kilka godzin jutrzejszego dnia.                       
Jak spędziliśmy ostatnie chwile w Lizbonie ? O tym już wkrótce….
CDN…