Lokal schowany trochę w głębi między domami. Przed restauracją stoi tablica z wypisanym menu – wszystko oczywiście po portugalsku. Przystajemy na moment i staramy się coś z tego zrozumieć. Obserwujemy wnętrze. Szybka analiza, błyskawiczne rozpoznanie terenu. Widzimy, że przy stolikach na zewnątrz siedzą Portugalczycy. W środku też nie widzimy turystów więc podejmujemy decyzję. Tam właśnie w dniu dzisiejszym będziemy biesiadować. W środku sami „lokalsi”. Za barem koleś z tatuażami na szyi i kaprawym spojrzeniem, który nie rozumie słowa po angielsku. Atmosfera bardzo swobodna. Ludzie spoglądają na nas z życzliwością i pewnym zainteresowaniem. Natomiast ani na moment nie czujemy się tam nieswojo czy źle, wręcz przeciwnie. Dochodzimy do wniosku, że chyba nie za często ktoś obcy się tu zjawia. Odnosimy wrażenie, że całe towarzystwo siedzące w środku bardzo dobrze się zna. Przy naszym stoliku pojawia się starsza uśmiechnięta pani. Orientujemy się, że najprawdopodobniej jest to właścicielka. Mówi „trochę” po angielsku i jej składamy zamówienie. Proszę żeby zrobili mi coś lokalnego – coś co na co dzień jedzą. Natomiast Ala zamawia ośmiornice. Padło pytanie. Co do picia? Odpowiedź – wino. Pytanie. Kieliszek? Odpowiedź i tu zadecydowała Ala. Butelka 😉 . Po chwili na stole ląduje zastawa, a barman przynosi nam butelkę białego schłodzonego wina plus zestaw dwóch kieliszków i pyszne przekąski.
Wychodząc z knajpki w poszukiwaniu kawy postanawiamy, że jeśli tyko będziemy mieć jeszcze okazję na pewno przepłyniemy drugą stronę Tagu. Po krótkim spacerze po miejscowym deptaku rozsiadamy się przy kawie i lokalnych słodkościach. Pogoda piękna. Popijamy małą czarną i gapimy się na ludzi przechodzących obok ogródka. Jesteśmy trochę zmęczeni i decydujemy, że wracamy do Lizbony. Potem coś się wymyśl, co dalej. Wsiadamy na prom i po chwili witamy się z lizbońskim brzegiem. Nie ma co ukrywać, że jesteśmy padnięci. U mnie w głowie nawet pojawia się pomysł powrotu na kwaterę i małej drzemki. Tylko jedna kwestia nie daje nam spokoju i mąci umysł. Ocean. Był to jeden z głównych celi przyjazdu do Lizbony. W plecaku mam zakupione czerwone wino, które targałem od samego rana, a którego przeznaczeniem była konsumpcja nad brzegiem oceanu.