Po drugiej stronie Tagu część III

Po zjechaniu windą ruszamy w stronę przystanku autobusowego, który jest praktycznie na miejscu. Na przystanku stoi już autobus, który ma nas zawieźć do portu,  do którego przypłynęliśmy wcześniej promem. Bilety kupujemy u kierowcy. Koszt kilka euro. Nie jest to duży wydatek. Przemierzając ulice komunikacją miejską stwierdzamy, że był to bardzo dobry pomysł. Podziwiamy widoki za oknem i zastanawiamy się co zjemy i gdzie. Sama jazda na dół trwa około 15 minut. Wysiadamy w porcie i zaczynamy się rozglądać  za jakąś restauracją. Pierwsze co rzuca się nam w oczy to parasole miejscowych lokali, gdzie kelnerzy stojący na zewnątrz zapraszają do środka. My jakoś stronimy od tego typu restauracji. Nasza filozofia brzmi: Jemy tam gdzie miejscowi. Oni nie mogą się mylić ;).    W oko wpada nam restauracja hmm trudno nazwać ją restauracją. Pastelaria A PETISQUEIRA. Tak nazywa się ten odkryty przez nas przybytek.
Lokal schowany trochę    w głębi między domami. Przed restauracją stoi tablica z wypisanym menu – wszystko oczywiście po portugalsku. Przystajemy na moment i staramy się coś z tego zrozumieć. Obserwujemy wnętrze. Szybka analiza, błyskawiczne rozpoznanie terenu. Widzimy, że przy stolikach na zewnątrz siedzą Portugalczycy. W środku też nie widzimy turystów więc podejmujemy decyzję. Tam właśnie w dniu dzisiejszym będziemy biesiadować. W środku sami „lokalsi”. Za barem koleś z tatuażami na szyi i kaprawym spojrzeniem, który nie rozumie słowa po angielsku. Atmosfera bardzo swobodna. Ludzie spoglądają na nas  z życzliwością   i pewnym zainteresowaniem. Natomiast ani na moment nie czujemy się tam nieswojo czy źle, wręcz przeciwnie. Dochodzimy do wniosku, że chyba nie za często ktoś obcy się tu zjawia. Odnosimy wrażenie, że całe towarzystwo siedzące w środku bardzo dobrze się zna. Przy naszym stoliku pojawia się starsza uśmiechnięta pani. Orientujemy się, że najprawdopodobniej jest to właścicielka. Mówi „trochę” po angielsku i jej składamy zamówienie. Proszę żeby zrobili mi coś lokalnego – coś co na co dzień jedzą. Natomiast Ala zamawia ośmiornice. Padło pytanie. Co do picia? Odpowiedź – wino. Pytanie. Kieliszek? Odpowiedź i tu zadecydowała Ala. Butelka 😉 . Po chwili na stole ląduje zastawa, a barman  przynosi nam butelkę białego schłodzonego wina plus zestaw dwóch kieliszków i pyszne przekąski.
Oliwki, pieczywo i ser. Z tej trójcy ser wymiata – jest naprawdę pycha. Co godne uwagi pierwszy głód już zaspakajamy samymi przekąskami, a gdzie jeszcze dania główne?  Po pielgrzymce do Pana chce nam się pić jak diabli. Nalewamy wina do kieliszków. Biorę łyk. Hmm… jest pyszne, chłodne i lekko musujące. W tamtym momencie te wino było najlepsze na świecie. Zastanawiam się jaka będzie cena za tą butelkę, ale o tym miałem przekonać się przy opłaceniu rachunku. Po około 20 minutach oczekiwania dostajemy nasze zamówienie. Na talerzu mam kawał mięsa, kapustę, fasolę, ryż i coś czego za cholerę nie mogłem zidentyfikować. Natomiast Alicja  miała wielki, wieki kawał ośmiornicy skąpanej w oliwie, pływającej na talerzu w towarzystwie cebuli. W między czasie obserwujemy jak do lokalu wchodzą miejscowi. Jedni na kieliszeczek jingi czyli lokalnej wiśniówki inni na szybką kawę czy piwo. Jeszcze inni zamawiają coś na „ząb”. Atmosfera jest gwarna, ludzie uśmiechnięci. Zaczynam im zazdrościć tego luzu i łatwości nawiązywania kontaktów.  Cóż południowcy – oni mają to po prostu w DNA. Pani właścicielka uświadamia mi,  że na moim talerzu te niezidentyfikowane obiekty to odpowiednik polskiej kaszanki. Tłumaczy mi, że jest to specjalnie dla mnie na spróbowanie, bo to jest taki regionalny przysmak Faktyczne jest to jak polska kaszanka, z tym że pokrojona w małe plastry  i przysmażona. Jest nam tak dobrze, że nie chce się nam z stąd wychodzić. Jesteśmy najedzeni, opici. Do pełni szczęścia brakuje nam  kawy i ciastka. Pytamy naszej Pani  o namiary na dobrą kawiarnię i restaurację gdzie można jeszcze spróbować owoców morza.  W szczególności chodzi nam o kalmary.  Był to kulinarny cel Alicji. Aaaaa w gwoli ścisłości za obiad, który zjedliśmy zapłaciliśmy 26€.  Wino kosztuje 2,50€. Prawda , że cena fantastyczna 😉 Napój Bogów tańszy od wody.  Co za wspaniałe miejsce!
Wychodząc z knajpki w poszukiwaniu kawy postanawiamy, że jeśli tyko będziemy mieć jeszcze okazję na pewno przepłyniemy drugą stronę Tagu. Po krótkim spacerze po miejscowym deptaku rozsiadamy się przy kawie i lokalnych słodkościach. Pogoda piękna. Popijamy małą czarną i gapimy się na ludzi przechodzących obok ogródka. Jesteśmy trochę zmęczeni i decydujemy, że wracamy do Lizbony.  Potem coś się wymyśl, co dalej. Wsiadamy na prom i po chwili witamy się z lizbońskim brzegiem.      Nie ma co ukrywać, że jesteśmy padnięci. U mnie w głowie nawet pojawia się pomysł powrotu na kwaterę i małej  drzemki. Tylko jedna kwestia nie daje nam spokoju i mąci umysł. Ocean. Był to jeden z głównych celi przyjazdu do Lizbony. W plecaku mam zakupione czerwone wino, które targałem od samego rana, a którego przeznaczeniem była konsumpcja nad brzegiem oceanu.
Czy będzie nam dane zobaczyć ocean ? Czy butelka czerwonego wina targana cały dzień w plecaku zostanie otwarta ? O tym już wkrótce 😉 .
CDN…
Ps. Pozdrowienia ślę  dla Was ze słonecznej Barcelony. Właśnie jesteśmy w trakcie urlopu i wakacji z naszymi dzieciakami i znajomymi. Taki rodzinny wyjazd wakacyjny. Mam dzięki temu wiele przemyśleń i spostrzeżeń. Pierwsze przemyślenia są takie – wyprawa  z dziećmi to sztuka kompromisów na każdym kroku i niezła jazda 😉 . O Barcelonie i innych ciekawych miejscach już wkrótce.