Po drugiej stronie Tagu – część I

Pierwsze co robię po przebudzeniu to wyglądam przez okno i patrzę w stronę Tagu. Taki zaczarowany widok. Na dole ludzie jakby jeszcze śpiący idą do pracy. Widać już pojedynczych turystów, auta dowożą towar do miejscowych sklepów. Na niebie ani jednej chmury. Słońce świeci, zapowiada się kolejny dzień z fantastyczną pogodą. Gapiąc się na to co dzieje się za oknem zastanawiam się co dziś się wydarzy i gdzie zawędrujemy? Ala robi śniadanie, a ja łykam porcję białego porto. Na „pusty żołądek” smakuje wybornie. Śniadanie jemy na balkonie i układamy plan dnia. Przyjechaliśmy napić się wina nad oceanem więc dzisiejszy dzień chcemy tak właśnie spędzić. Pogoda super, nastroje też więc się zbieramy. I tu słuchajcie objawia się nam nasz gospodarz. Tak to on Hugo we własnej osobie. Taką wieść przyniosła mi Ala. Kiedy poszła schować nasze jedzenie do lodówki spotkała naszego dobrodzieja. Trochę porozmawiali. Facet bardzo sympatyczny i kontaktowy. Mówił, że był w Polsce, że mu się podobało. Ja w sumie mu się nie dziwię, bo nasz kraj jest rzeczywiście piękny i wart odkrycia. Co ciekawe Hugo zareklamował nam wypad na drugą stronę Tagu. Twierdził, że tam jest super, mało turystów, swojskie klimaty i pyszne jedzenie w zdecydowanie korzystniejszych cenach.
 Pomysł ten zasiał w nas pewien rodzaj zwątpienia w plan, który był już w naszych głowach.  Wychodząc z domu cały czas jeszcze mieliśmy w głowach ocean. Chcieliśmy trafić na dworzec kolei podmiejskiej Cais do Sodre skąd pociągiem dojechać na plażę w Cascais. Planu trzymaliśmy się do momentu zejścia nad Tag.
 Pogoda była wspaniała. Słońce w pełni, ciepło jak dla mieszkańców środkowej Europy. Widok zachwycający. W oddali most noszący nazwę „25 Kwietnia” łudząco przypomina obiekt z San Francisco. Po drugiej stronie górujący pomnik Jezusa i ten z kolei jest wierną repliką pomnika Jezusa z Rio De Janeiro. Taki zestaw sprawia, że w jednej chwili spoglądamy na San Francisco, by po chwili sięgnąć wzrokiem w stronę Rio. Takie rzeczy tylko w Lizbonie ;). Po Tagu w jedną i drugą stronę kursowały promy. To był moment kiedy podjęliśmy jednogłośnie decyzję, że podążymy za radą Hugo i przepłyniemy promem na drugi brzeg. Za cel obraliśmy sobie „pielgrzymkę”. Postanowiliśmy odwiedzić Jezusa. Nie ukrywam, że zależało mi na tym, żeby trafić nad ocean, bo nigdy w życiu jeszcze nad wielką wodą nie byłem, ale stwierdziłem, że cholera jesteśmy w Lizbonie i czemu nie. Na ocean przyjdzie jeszcze czas. Zanim jeszcze wsiedliśmy na prom postanowiliśmy zaspokoić nasz kofeinowy głód. Przy dworcu kolejowym jest Hala targowa Ribeira. Właśnie tam zamierzaliśmy napić się kawy. Zjeść do tego lizbońskie babeczki z budyniem nazywane pasteis. Zjedzenie tego specjału jest w Lizbonie obowiązkowe. Nie zjeść pasteis to jak być  w Watykanie i nie zobaczyć papieża ;).
 Sama hala dzieliła się na dwie części. Pierwsza typowo targowa gdzie można było kupić wszystkie potrzebne artykuły spożywcze. Na szczególną uwagę zasługiwały stoiska  z owocami morza, rybami w rożnej postaci i innymi potworami morskimi, które wprawny kucharz mógł zamienić w niesamowite dania. Ta część myślę, że szczególnie zachwyciłaby Pana Makłowicza ;). Obeszliśmy stoiska i w poszukiwaniu kawy dotarliśmy do części,   w której na środku stał wielki stół. Przy nim poustawiane krzesła barowe, a  dokoła tego były punkty gastronomiczne oferujące jedzenie i picie. O tej porze dnia, a było w sumie po godzinie 09:00, nie było tam ludzi. Z tego co się zorientowaliśmy było to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów, ale w porze późno wieczorowej. Podobno odbywają się tam fajne imprezy, bo wspólny stół i luźna atmosfera sprzyja integracji ludzi z różnych stron świata. My znaleźliśmy kawiarnię z babeczkami, które były robione na bieżąco. Widać było jak ciastkarze uwijali się przygotowując ten smakołyk. Zamówiliśmy sobie kawę, wciągnęliśmy po dwie pasteis i ruszyliśmy na prom. Z tego co wiemy hala jest piętrowa. Nam niestety nie udało się zajrzeć wyżej. Może innym razem.
Na przystani przeszliśmy przez bramki. Przepłynięcie Tagu umożliwiał nam nasz wcześniej zakupiony bilet komunikacji miejskiej. Sama podróż na drugi brzeg trwała kilka minut. Pasażerami o dziwo w większości byli Portugalczycy. Byli oczywiście też turyści, ale tłumów nie stwierdziliśmy. Prom sprawnie i szybko pokonał odległość dzielącą dwa brzegi Po przycumowaniu wszyscy opuścili pokład i ruszyli przed siebie. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie, bo my zaraz po wyjściu z promu skręciliśmy w prawo i brzegiem rzeki ruszyliśmy w kierunku turystycznej windy, którą można było dostrzec stojąc na lizbońskim brzegu. Dojście do windy zajęło nam około 15 minut. Po drodze mijaliśmy wędkarzy łowiących ryby. Po naszej lewej stronie wzdłuż drogi ciągnęły się ruiny. Ciężko było nam stwierdzić czego. Wyglądało to jak ruiny spalonych domów mieszkalnych, budynków portowych. Widok nie był zbyt sympatyczny, ale za to klimat niesamowity. Wystarczy przepłynąć na drugi brzeg i człowiek znajduje się w jakże innym świecie. Podróże są niesamowite nawet te małe 😉
... jachty na Tagu ... Czy i jak doszliśmy do celu? Jak zakończył się ten wypad zainspirowany przez Hugo ? O tym w kolejnej odsłonie.
CDN…