Zauważam, że mój rozmówca mocno się wkręcił. Najwyraźniej cała ta sytuacja łechce jego ego. Z zapałem, błyskiem w oku, mówi o kolejnych wątkach w sprawie. Słucham go uważnie, na kartce zapisuję kolejne pytania, które mu zadam, kiedy zacznę to wszystko przelewać na papier. Temat jest na tyle ciekawy, że tracę poczucie czasu.
Przesłuchanie trwa już grubo ponad trzy godziny. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, Sebastian zaczyna krzyczeć.
– No kurwa, no chuj! – Co jest?
– Ty jesteś dla mnie w porządku, to ja też będę.
Lekko unosi się na krześle, wkłada rękę w spodnie. Zbaraniałem. Patrzę, co on odpierdala. Przez chwilę coś tam majstruje i kładzie mi centralnie na biurko kapsułkę owiniętą plastikową, szarą taśmą.
– Miałem to schowane na czarną godzinę, ale jak się czyścić, to ze wszystkiego.
No kurwa, nie wierzę. Jak to możliwe? Czuję, jak adrenalina bije mi na głowę. Jakim cudem on to skitrał? Przecież chłopaki przy zatrzymaniu go przeszukali! Co teraz z tym fantem? Dzwonię do Adriana, żeby przyszedł na moment mnie podmienić. Biorę kapsułkę w papierową kopertę, śmigam do Naczelnika. Wchodzę do jego gabinetu. Kiedy mnie widzi w progu, przerywa lekturę akt jakiegoś postępowania.
– Co się stało? Jakiś problem?
– Zdecydowanie tak. Naczelniku, typ w trakcie przesłuchania wyciągnął ze swoich gaci kapsułę pełną koksu. Będzie tego koło dziesięciu gramów. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co mam teraz zrobić. Jak mam to wprowadzić w proces, żeby nikt nie zarzucił chłopakom z operacyjnego i mi, że daliśmy ciała, bo powinniśmy go porządnie przeszukać przy zatrzymaniu?
– Pokaż. – Zagląda z zaciekawieniem w kopertę. Widzę, jak jego wyraz twarzy się zmienia. W pokoju zapada cisza. Artur wywija mózgownicą, spogląda w sufit, odpala fajkę.
– Zostaw to, nie martw się tym. Wracaj do roboty. Adrian to zabezpieczy. Zrobimy tak, żeby było dobrze. Jak wrócisz do pokoju, poproś go do mnie, OK?
Czuję ulgę. Artur przygląda mi się uważnie.
– Wszystko dobrze?
– Tak, a czemu Naczelnik pyta?
W tym momencie mój żołądek daje o sobie znać. Nie jadłem dziś praktycznie od rana. Nie było kiedy.
– Trochę chyba jestem głodny, ale spoko, z głodu się jeszcze nikt nie zesrał.
Widzę, że naczelnik się uśmiecha.
– Słuchaj, chłopaki z wieczornego dyżuru podjadą po żarcie, podwiozą wam coś. Ten bałwan, który u ciebie siedzi, też powinien dostać posiłek, bo formalnie jest u nas przecież na dołku.
– Dzięki. Naczelniku, a co z chłopakami z CBŚ-u?
– A byli tu. Wpadli jak przeciąg, zabrali materiały tej sprawy, które ich interesowały, pogadali z szefem i się zawinęli. Wiesz, oni mają swój świat – kończąc to zdanie, lekko się uśmiecha.
– Jarek, dobra robota.
– To ja wracam, poczekam na żarcie.
Wchodzę do pokoju. Seba z Adrianem pierdolą o dupie Maryny. Adrian jest doświadczonym gliniarzem, wie, jak się zachować w takich sytuacjach. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to ja prowadzę przesłuchanie. Ja ciągnę kolesia, on w żaden sposób się w temat nie wpierdala. Cenię go jako policjanta, ale też jako kumpla z roboty. W głębi duszy cieszę się, że to właśnie on dziś ma dyżur aresztowy. Pomoże mi ogarnąć ten cały bajzel. Zawsze, kiedy mam z nim jakąś robotę, czuję się bezpiecznie, pewnie, a to w naszym fachu bardzo ważne.
– Dzięki, Adrian. Naczelnik prosi cię do siebie.
– Dobra, idę. Jak skończysz z panem, daj znać, pojedziemy z nim do lekarza na badanie.
– Jasne – odpowiadam, siadając za biurkiem.
– To co, Seba, możemy kontynuować?
Kończymy pisać protokół. W międzyczasie wpadają chłopaki z żarciem. Robię przerwę. W protokole odnotowuję: „Godzina 21:35, przesłuchanie przerwano z uwagi na posiłek.” Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Kultowe saszetki z Atlanty popijane zimną colą z automatu znikają w oka mgnieniu.
– Jak żarełko? Smakuje?
– Baaa, no zajebista pasza.
– Widzisz, ziom, jak dbam o ciebie.
Po ostatnim kęsie wyciera ręką resztki sosu z twarzy, odpala fajkę. Bierze potężnego macha, wyciąga się na krześle jak książę.
– To co, lecimy dalej z tematem? – rzuca w moim kierunku.
– Jasne, lecimy.
„Godzina 21:45, przesłuchanie wznowiono.” Seba znowu wskakuje na odpowiednie tory, z zaangażowaniem stachanowca opowiada swoją historię, a przy okazji pięknie daje na protokół wszystkich, którzy byli umoczeni w narkotykowy proceder. Dopijam zimną kawę stojącą na biurku, stawiam kropkę na końcu protokołu.
– Dotarliśmy do brzegu, chłopaku, brawo dla nas. Jestem z nas dumny.
Sebastian spojrzał na mnie. Co ciekawe, na jego twarzy zauważyłem ulgę.
– Posłuchaj kolego, teraz przeczytaj to wszystko, co napisałem. Jeśli się zgadza, nie masz żadnych zastrzeżeń, to złożysz kilka podpisów.
Drukarka wypluwa kolejne kartki zapisanego papieru. Sebastian po kolei czyta, strona po stronie. Kiedy wreszcie dociera do końca, mówi:
– Dobra, kurwa, elegancko, zgadza się wszystko.
– To podpisz na każdej stronie i na końcu, pokażę ci gdzie.
Kiedy on składa parafki, telefonuję na biurko do Adriana.
– Co tam, wreszcie skończyłeś? – słyszę w słuchawce.
– Tak, w końcu dobiliśmy do brzegu. Możesz przyjść, pojedziemy z nim na badanie.
– Już się zbieram.
Po chwili drzwi od pokoju się otwierają. Adrian zakłada chłopakowi kajdanki na ręce, sprowadza go do auta. W tym czasie z kompletem kwitów śmigam do Naczelnika. Wchodzę do pokoju, kładę na biurko.
– Dobra robota, jak wrócicie od lekarza, wsadźcie go na dołek i możesz spadać do domu. Adrian zrobił już notkę dla dyżurnego, papierologia ogarnięta. Jest już dosyć późno, jak się jutro wyśpisz, to przyjdź do roboty, bez ciśnienia.
– Dzięki, lecimy do doktora.
Wychodzę na plac przed komendę. Seba już jest zapakowany do fiata. Adrian siedzi za fajerą. Wsiadam do samochodu, wrota jednostki się otwierają.
CDN…
