W pewnym momencie otwieram oczy. Czuję się, jakby ktoś wystrzelił mnie z katapulty. Rozpaczliwie próbuję wrócić w objęcia Morfeusza, jednak nie mam na to szansy. Przez zaspane oczy spoglądam na zegarek. Jest godzina 05:20. Mam wrażenie, że w naszym pokoju siedzi muezin i swoimi śpiewami wzywa cały hotel do modlitwy. Zastanawiam się, o co chodzi? Doznaję olśnienia. Przecież po sąsiedzku mamy meczet, ale żeby takie akcje o tej godzinie? Na szczęście nawoływania duchownego nie trwają długo, chociaż mi wydaje się, że to była wieczność. Kiedy robi się cicho, ponownie zasypiam.
Otwieram oczy. Ala już nie śpi. Patrzymy na siebie i oboje stwierdzamy, że to chyba był jakiś żart. Ok, u nas też dzwony biją, ale żeby o takiej wczesnej porze? Mamy nadzieję, że to tylko jednorazowy incydent i jutro będziemy mogli się normalnie wyspać. Alka mówi mi, że obudziła się, bo już od 7:00 ktoś za drzwiami, czyli w hotelowej kuchni, przygotowywał posiłki dla gości, a ludzie zaczęli schodzić na śniadanie. Sen w takich warunkach skazany jest na porażkę 😉. Akurat kuchennych rewolucji nie słyszałem, bo raz, że raczej mam twardy sen, dwa, moja wada słuchu sprawia, że nie wszystkie dźwięki do mnie docierają 😊.
Ogarniamy poranną toaletę i na szybkości meldujemy się na śniadaniu. W zasadzie to tylko otwieramy drzwi od pokoju i już.
W kuchni wita nas starsza, totalnie przemiła kobieta. Siadamy przy stoliku. Od razu dostajemy talerz z żelazną racją turysty. Od tego momentu, przez cały nasz pobyt w tym hotelu, codziennie będziemy jedli 6 kawałków pomidora, 10 oliwek – pięć czarnych i pięć zielonych, plasterek kiełbasy. Do tego nieśmiertelny plastik z masłem, powidłami, czekoladą i miodem. Na ciepło kuchnia zaserwowała omlet, który był po prostu jajecznicą. Wszystko dopełniały dwa małe kawałki kiełbaski smażone na głębokim oleju.
Kobieta z uśmiechem na ustach pyta, czy chcemy kawę, czy herbatę. To pytanie było raczej retoryczne, bo bez namysłu odpowiadamy, że kawa musi być. Na korytarzu widziałem stojący ekspres uznanej marki, więc mam nadzieję rozpocząć dzień z potężną dawką kofeiny. Jakież jest nasze rozczarowanie, kiedy starsza pani serwuje nam kawę w filiżance, zrobioną z proszku. No dramat. Z grzeczności łykam swoją i dopijam Alicji. Kończymy posiłek, robimy pięć kroków, przechodzimy przez drzwi i jesteśmy w naszym pokoju. Wskakuję na wyrko. Jestem tak najedzony, że nic mi się nie chce. Jedyny minus śniadania to fatalna kawa, ale cóż, wszystkiego mieć nie można.
Żeby się ogarnąć przed wyjściem, potrzebuję jeszcze chwili. Korzystam z hotelowego Wi-Fi, bo turecki internet jest pioruńsko drogi. Na mapach wytyczam drogę do Błękitnego Meczetu. Okazuje się, że ta atrakcja turystyczna jest oddalona od naszego hotelu dosłownie 5 minut spacerkiem. Ala postanawia, że wyjdzie szybciej i postara się znaleźć nam jakąś kawiarnię. Kiedy wrzucam resztę rzeczy do plecaka, na telefon dostaję wiadomość, że tuż za rogiem jest kawiarnia, mają pyszna kawę i ona tam na mnie czeka.
Faktycznie, kawiarnia jest praktycznie po sąsiedzku. Alicja spija swoje cappuccino i zajada baklawę. Zamawiam sobie „czarną”, siadam przy stoliku. Przez chwilę jeszcze studiujemy przewodnik. Plan jest jasny. Błękitny Meczet i „Hagia Sophia”. Co później? Zobaczymy. Nie mamy ciśnienia, jesteśmy bez dzieci, nie musimy się nigdzie spieszyć. Uwielbiam taki stan.
Wychodzimy z kawiarni, po drodze oczywiście mijamy stada kotów. W pewnym momencie dostrzegam burasa, który najzwyczajniej w świecie przyciął sobie drzemkę w doniczce. Śmiejemy się, że w Stambule koty rosną w doniczkach.
Mijamy „nasz” meczet. Korzystając z okazji, że jest otwarty, zaglądamy do środka. Przed wejściem oczywiście ściągamy obuwie i zostawiamy na zewnątrz. Jest to moja pierwsza wizyta w takiej świątyni. Wchodzimy do wnętrza. Jestem pod wrażeniem. To, co widzę, totalnie różni się od katolickich świątyń. W środku nie ma nikogo, panuje cisza i taka atmosfera… hmm, zadumy.
Islam jest drugą co do liczebności wyznawców religią świata. Na studiach miałem religioznawstwo i trochę o tej religii wiem, jednak przy okazji tej wizyty postanawiam, że po powrocie do domu kupię Koran i zagłębię się w ten temat.

Wychodzimy z meczetu i maszerując klimatycznymi uliczkami miasta, po kilku minutach stajemy na wielkim placu. To stąd tłumy turystów rozpoczynają zwiedzanie dwóch kultowych świątyń dla wyznawców Islamu – Błękitnego Meczetu i „Hagia Sophia”. Błękitny Meczet uchodzi za jeden z piękniejszych. Świątynia jest celem pielgrzymek wyznawców Allaha z całego świata. Jest też chętnie odwiedzana przez turystów przybywających do Stambułu. Być w tym mieście i jej nie zobaczyć, to jak dla katolika być w Rzymie i nie zobaczyć Watykanu 😉.
Przechodzimy przez bramę i z miejsca wpadamy w tłum. Mimo jak się nam wydaje wczesnej pory, zwiedzających jest masa. Rozglądamy się dookoła i zauważamy ludzi stojących w kolejce, którzy wchodzą do meczetu, ale nie przez główne wejście, tylko boczne. Stajemy razem ze wszystkimi, po dosłownie kilku minutach ściągamy buty i wchodzimy do środka. Wnętrze faktycznie robi wrażenie.
Podłoga wyścielona jest wykładziną, po której biegają małe dzieci. Ludzie z telefonami w dłoniach strzelają fotki. Są też miejsca, gdzie wyznawcy islamu odprawiają modlitwę. Ludzie skupieni wokół przewodników wysłuchują o historii tego miejsca. Przyglądam się uważnie architekturze i w zasadzie nie dziwię się, że Błękitny Meczet jest uznawany za najpiękniejszy. Osobiście łapię się na tym, że mimo tłumów, łapię klimat zadumy. Dwie religie – Islam i Katolicyzm. Tak do siebie podobne, a jednocześnie tak różne i tak żarliwie, na przestrzeni wieków, się zwalczające.
Robimy obowiązkowe foto i wychodzimy z meczetu. Wraz z tłumem turystów idziemy w kierunku „Hagia Sophia”, kolejnej perły architektury.
Przed wejściem do świątyni stoi dość długa kolejka. Zajmujemy miejsce na jej końcu i czekamy na ruch. W pewnym momencie zaczepia nas jakiś mężczyzna, który łamaną angielszczyzną pyta, czy jesteśmy turystami. Odpowiadamy, że jak najbardziej. Wtedy on mówi, że nie możemy tu stać i wejść, bo ta kolejka jest tylko dla obywateli tureckich. W tym momencie orientujemy się, że jeśli chcemy wejść do „Hagia Sophia” , musimy kupić bilet, natomiast Turcy wchodzą za free. Grubo, nie? No ale cóż, na lekkim wkurwie lokalizujemy kasy biletowe. Dostrzegam z daleka, że turysta musi wysupłać 25€. Oboje stwierdzamy, że to jest jakaś masakra. My musimy płacić za wejście, Turcy nie. Na dodatek przed kasami są takie tłumy, że najzwyczajniej w świecie się nam odechciewa. Zastanawiam się, o co chodzi? Wstęp do Błękitnego Meczetu jest darmowy, natomiast do „Hagia Sophia”  płatny? Nie mamy zamiaru spędzić tu kilku godzin, żeby wejść do świątyni na kilka minut. Ala jest  rozczarowana takim obrotem sprawy. Bardzo chciała zobaczyć wnętrze właśnie tego meczetu. Podejmujemy strategiczną decyzję, że odpuszczamy temat i postaramy się tu wbić po weekendzie. W zasadzie to dziś jest czwartek, ale ludzi jest po prostu multum.
Stoimy wśród tysięcy osób i zastanawiamy się, gdzie dalej skierować nasze kroki. Zdecydowanie chciałbym się wyrwać z tego ludzkiego oceanu. Odpalam mapę, spoglądamy na ekran telefonu i postanawiamy, że przejdziemy przez pobliski park, który też jest na liście must-have Stambułu, i pójdziemy nad morze.
Spacerem wśród tłumów wchodzimy na teren parku Gülhane. Próżno się łudziłem, że będzie tu mniej ludzi. Tłumy są potężne. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, widzę człowieka na człowieku. Sam park wygląda kapitalnie. Obsadzony setkami tulipanów i innych kolorowych kwiatów. Niesamowite widoki dopełniają czaple gniazdujące w koronach drzew. Do tej pory słowo „park” kojarzyło mi się z ciszą, zieloną trawą i cieniem drzew, wśród których można zasiąść i złapać oddech.
Tu jest inaczej. Wszędzie ludzie robiący sobie zdjęcia wśród kolorowych połaci tulipanów. Siadamy na wolnej ławce, a o którą nie było łatwo, i obserwujemy to, co się tu wyprawia. W tym parku panuje jakiś obłęd. Co chwila słychać gwizdki ochroniarzy, którzy pilnują ludzi przed stratowaniem wszystkiego. „Turyści z telefonami dosłownie wchodzą w rabaty, wciskają się między kwiaty, pstrykając zdjęcia jak szaleni, by pokazać światu swoją wersję ‘idealnego’ kadru.” Gdyby im pozwolić, to dosłownie w ciągu chwil zaorali by ten teren jak stado dzików. Spoglądam na to wszystko i nie dowierzam. Staram się wyłapać piękno tego miejsca, ale wierzcie mi, że mam mocno mieszane uczucia. Postanawiamy się stąd ewakuować. Kiedy Ala idzie skorzystać z toalety, ja znajduję sobie kawałek przestrzeni. Dlatego, że nie ma tu żadnych rabat z tulipanami czy innymi kolorowymi kwiatami, panuje  względny spokój. Napawam się tą chwilą i widokiem na Bosfor. Przez moment doceniam urok tego miejsca. Kiedy Ala do mnie dołącza, postanawiamy, że opuszczamy ten park instagramerów i spadamy złapać oddech nad morze.

 

CDN…

Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem. ——>  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat                   
Do moich kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży. 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !