Ostatni plażing

Kiedy wchodzimy na plażę, uzmysławiamy sobie, że to ostatni dzień rodzinnych,  greckich wakacji nad morzem. Utartym szlakiem docieramy do naszej miejscówki. Znajomy Grek, który zajmuje się leżakami dla turystów, macha do nas już z daleka. Rozkładamy się na brzegu. Dalsza część dnia przebiega rutynowo: opalanie, kąpiel, opalanie, kąpiel, spacer plażą, leżakowanie, snurkowanie, słowem – błogie lenistwo.


W tak pięknych okolicznościach przyrody nachodzi mnie wielka ochota na browarka. Rozglądam się jak kot na polowaniu i widzę, że  kilkadziesiąt metrów dalej stoi drewniana buda. Z daleka dostrzegam tam jakiś ruch i osoby siedzące przy stolikach. Biorę w garść kilka euro i ruszam. Kiedy docieram na miejsce, zauważam, że knajpka jest prowadzona przez dwóch facetów – jeden starszy, drugi młodszy. Wydaje mi się, że to ojciec z synem. Starszy siedzi z jakimś kolesiem przed lokalem, natomiast młodszy stoi za ladą. Miejsce jest niesamowite: rozpadająca się drewutnia centralnie na plaży, a obok kilka zdezelowanych stolików. Atmosfera tego miejsca jest wyjątkowo przaśna.

 

Zamawiając piwo, zauważam na ścianie flagę greckiego klubu piłkarskiego Panathinaikos Ateny. Bez zastanowienia pytam, czy pamiętają polskich piłkarzy grających w Panathinaikosie. Rzucam dwa nazwiska: Warzycha i Wandzik. Greckie twarze promienieją, nić porozumienia zostaje nawiązana. ???? Zamawiam piwo i siadam na drewnianej ławie. Pierwszy łyk przynosi delikatne orzeźwienie. Dawno nie piłem piwa w tak klimatycznym miejscu. Dla jasności: lokal wygląda jak siedem nieszczęść, stoliki ledwo stoją, ale miejsce jest po prostu urzekające. Kończę browarek, oddaję butelkę, żegnam się serdecznie i wracam na leżak. Delektuje się ciszą, szumem fal i słońcem. Chwilo trwaj. 

 

Z wakacyjnego trybu wyrywa mnie kto? Oczywiście Ala – mam ochotę na kawę. Kiedy pada to zdanie wyskakuje z błogostanu jak z katapulty. Moje zmysły się wyostrzają. Plażową rutynę zostawiam daleko za sobą 😉 . Dbając o romantyczny wymiar naszego pobytu, zapraszam ją do tej samej drewnianej budy, w której raczyłem się greckim browarem. Klimat tam jest zacny, więc mam nadzieję, że miejsce jej się spodoba.

 

Stajemy przed budą. Widzę, że Alicja patrzy na lokal z dużym krytycyzmem. Zdecydowanie nie dostrzega uroku tej miejscówki, który ja widzę ????. Na jej twarzy maluje się obawa i wątpliwość, czy kawa spełni jej oczekiwania, zwłaszcza, że ani ja, ani ona nie możemy dostrzec nawet śladu ekspresu. Alicja zamienia kilka zdań z młodym Grekiem, upewniając się, że mają ekspres i kawa będzie odpowiednio przyrządzona. Chłopak z uśmiechem przytakuje i zapewnia, że zrobi jej prawdziwą, niepowtarzalną latte z gałką lodów. Kiedy kończy swoje zapewnienia, spoglądam na Alę – widzę, że jest sceptyczna co do jego bajeru. Z lekkim powątpiewaniem składa zamówienie. Cała sytuacja wzbudza moją ciekawość: jak ta genialna kawa będzie wyglądać i przede wszystkim smakować?

Siedząc przy stoliku wpatrujemy się w morze i czekamy na obłędne latte. Najlepsze jest to, że nie słyszymy żadnego odgłosu mielenia ziaren. Zero pracy młynka. Zapala się nam czerwona lampka. Dosłownie po chwili Ala dostaje szklankę z jasną cieczą i pływającą po wierzchu lodową masą . Bierze mały łyk  i wzdryga się, jakby piła tran. Tego po prostu nie da się przełknąć. Ta ciecz z prawdziwą kawą nie ma nic wspólnego. To płynne coś nawet obok kawy nie stało. Werdykt jest miażdżący: facet podał jej jakiś proszek z torebki zalany wrzątkiem, do którego dorzucił lody. Ala nie zamierza tego pić, ale prosi o łyżeczkę, by przynajmniej uratować lody. Kiedy młody Grek przynosi łyżeczkę, widzę, jak  uginają się jej nogi. Łyżeczka jest tak brudna, że aż strach. Czegoś takiego nie widziałem w żadnym horrorze.  Biały napój z lodami ląduje w śmietniku, bo do niczego innego się nie nadaje. Wracamy na leżaki i nie możemy wyjść z podziwu, jak można coś takiego sprzedać klientowi?! Ok, jesteśmy turystami, może drugi raz tu nie przyjedziemy, ale tak się nie robi. Bankowo wypicie tej cieczy groziło poważnymi problemami ze zdrowiem. Nie mówiąc już nic o totalnie brudnej łyżeczce. Co za historia!

Takie piękne miejsce, nad samym morzem, z cudnym widokiem. Wystarczyłoby zadbać o czystość, postawić ekspres do kawy, odmalować stoliki, i interes  kręciłby się aż miło. Niestety, w tym przypadku miejscowi mają inne standardy i podejście do robienia biznesu. Jedno jest pewne – jeśli kiedykolwiek jeszcze będziemy na tej plaży, na kawę raczej do budy się nie wybierzemy. ????

Zbieramy się do domu. Planujemy jeszcze szybkie zakupy, kolację i oczywiście wieczorne wyjście na lampkę wina. 

CDN.

Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem

Do moich kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży! Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję.