Pukamy i nic. Ala zauważa napis: „W razie mojej nieobecności proszę dzwonić pod numer…”. Robi się trochę nerwowo, bo ktoś miał być na recepcji, a tu nic. Drzwi zamknięte. Wyciągam telefon i zaczynam wybierać numer. W tym momencie zamek w drzwiach się otwiera. W progu staje chłopak, który z uśmiechem na ustach zajmuje się naszym zameldowaniem. Dostajemy klucze, kilka wskazówek, wsiadamy do windy i wysiadamy na 3. piętrze. Otwieramy drzwi wejściowe i witamy się z naszym apartamentem. Mieszkanko jest czyste, ma aneks kuchenny. Jest płyta, na której można przygotować posiłek, jeśli ktoś będzie miał ochotę.
Na wyposażeniu oczywiście lodówka, mikrofalówka, telewizor. Obok jest pokój, gdzie stoją dwa podwójne łóżka. Taka opcja spania nie wchodzi w grę. Marta kategorycznie stwierdza, że z Hubertem spać nie będzie i decyduje się kimać na kanapie w pokoju z aneksem. My natomiast zajmujemy miejscówki w sypialni. Przepakowujemy się i ustalamy plan działania.
Kiedy się meldowaliśmy, recepcjonista zarekomendował nam znajdującą się w pobliżu restaurację. Postanawiamy, że najpierw idziemy na obiad, bo jesteśmy już bardzo głodni, a później śmigniemy na Most Karola. Głód jest naprawdę dobrym motywatorem do działania, dlatego ogarniamy się w tempie błyskawicznym.
Wychodzimy z kamienicy, schodzimy do głównej ulicy, oddalonej o około 50 metrów. Idąc wzdłuż niej, po dosłownie 5 minutach docieramy do restauracji „Na Marjance”.
Wchodzimy do środka i zajmujemy miejsce w restauracyjnym ogródku. Przy stolikach nie ma zbyt wiele osób. Orientuję się, że siedzą tu tylko Czesi. Zero turystów, co może być dobrym kulinarnym prognostykiem. Szczerze mówiąc, nie mamy zbytniego parcia na regionalną kuchnię. Czesi mają dobre piwo, które od razu kelner stawia na stół, natomiast kuchnia jest zdecydowanie „ciężka”. Uważnie studiujemy menu. Oprócz typowych dań kuchni czeskiej do wyboru jest kilka pozycji „made in Italy” ????. Ala i Hubert zamawiają spaghetti, Marta sałatkę Cezar.
Decyduję się na wariant wege, czym wszystkich wprawiam w osłupienie. Zamawiam buraczki z kozim serem, orzechami i ziemniaczanymi kulkami mocy. Po kilku porządnych łykach Pilsnera na stole pojawiają się nasze zamówienia.
Wersja wege mojego dania kończy się w momencie, kiedy bekon z sałatki Marty ląduje na moim talerzu. Powiem szczerze, że z wszystkich zamówień moje zdecydowanie wymiata. Dania znikają w mgnieniu oka. Wszystkim smakowało, więc wizytę „Na Marjance” uznajemy za udaną. Najważniejsze, że zaspokoiliśmy głód i z nową energią ruszamy na podbój stolicy.
Przejmuję rolę nawigatora. Wklepuję w mapy Most Karola. Z informacji wyświetlonej na ekranie telefonu wynika, że do celu mamy jakieś 25 minut. Powoli, spacerkiem, przemierzamy ulice Pragi. Idziemy, idziemy, idziemy, a mostu nie widać. W pewnym momencie zauważamy, że zamiast tłumów ludzi na ulicy jest ich coraz mniej. Po 15 minutach Ala orientuje się, że prowadzę nas w złym kierunku. Nie wiem, co mi się stało, ale pomyliłem drogi. Nie muszę mówić, że nie obyło się bez szyderczych komentarzy w moją stronę. Wiem, że dałem ciała, dlatego wszystkie docinki przyjmuję z pokorą ????. Oczywiście z miejsca tracę fuchę przewodnika ????.
Wizja przejścia dodatkowych kilometrów sprawia, że decydujemy się na tramwaj. Właśnie podjeżdża nr 22. Wskakujemy do środka. W wagonie kupujemy bilety i po 15 minutach jazdy wysiadamy przy Moście Karola.
Niebo jest pokryte ciemnymi chmurami, poza tym jest duszno. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że lada moment może być burza. Jakoś się tym nie przejmujemy. Cała nasza ekipa zgodnie twierdzi, że potrzebujemy kofeiny. Kawę kupujemy w Macu i z papierowymi kubkami w dłoniach meldujemy się na jednej z najbardziej znanych atrakcji stolicy Czech, czyli na Moście Karola.
Dosłownie w jednej chwili znajdujemy się wśród spacerujących turystów. Ludzie z telefonami w dłoniach robią pamiątkowe fotografie. Jak w PRL-u tworzą kolejki, żeby potrzeć dłonią jakieś płaskorzeźby. Od miejscowych artystów kupują pamiątki. Kramy z suwenirami stoją wzdłuż całej długości mostu.
Mimo że spodziewałem się wielkich tłumów, to nie jest źle. Być może ma na to wpływ to, że jest środek tygodnia i wakacje zaczynają się dopiero za trzy dni. Może też fakt, że aura nie sprzyja spacerom. Już nie pytamy, czy będzie padać, tylko za ile minut. Po chwili pierwsze krople deszczu spadają na nasze głowy. Początkowo deszczyk jest niewielki, ale to dopiero preludium do tego, co może nastąpić. Wraz z falą turystów znajdujemy schronienie pod wieżą mostową. Kiedy tylko zajmujemy sobie kawałek przestrzeni, deszcz leje się już z nieba jak z cebra. Spoglądam w pogodową apkę i nie mam optymistycznych wieści – czeka nas kilkunastominutowy przymusowy postój. Z dziesiątkami ludzi z całego świata stoimy ściśnięci jak sardynki w puszce. Co jakiś czas wychylam się, patrząc w niebo. 
Most, na którym jeszcze przed chwilą było mnóstwo ludzi, teraz jest prawie pusty. Nieliczni amatorzy spacerów w deszczu przechadzają się, korzystając z faktu, że obiekt jest praktycznie pusty. W sumie – tak też można zwiedzać.
Ostatnie krople spadają z nieba. W trakcie przymusowego postoju zastanawiamy się, gdzie możemy dalej iść i co zobaczyć. W zasadzie nie mamy sprecyzowanego planu. Po prostu poszlajamy się po starówce i zobaczymy, gdzie nas poniesie.
Klucząc ulicami, mijamy mnóstwo turystów. Ci, którzy chowali się przed deszczem, wylegli na ulice. Zrobiło się tłoczno, starówka tętni życiem. Wokół mnóstwo sklepików, kawiarni, restauracji, miejsc z pamiątkami. Nie da się tego wszystkiego ogarnąć. Na szczęście Praga ma to do siebie, że wystarczy zejść z utartego turystycznego szlaku, aby trafić do zupełnie innego świata. Robimy taki myk i zagłębiamy się w kilka bocznych uliczek miasta. Ruch jest tu zdecydowanie mniejszy, panuje spokój i klimatyczna atmosfera. Spacerujemy, podziwiając fantastyczną architekturę kamienic. Zastanawiamy się z Alą, jak wyglądałaby Warszawa, gdyby nie miazga drugiej wojny światowej. Wychodzimy z bocznych uliczek i znowu wbijamy się w turystyczny główny nurt.
W pewnym momencie naszą uwagę zwraca sklep z gumowymi kaczkami. Asortyment, przyznam szczerze, nietypowy. Zaglądamy do środka, a na półkach widzimy kaczki w dziesiątkach odsłon. Ktoś miał niezły pomysł na biznes, bo klientów nie brakuje.
Robimy sobie obowiązkowe zdjęcie z kilkoma wersjami tych super gumowych kaczek. Nasza młodzież nie jest tym zachwycona. Marta z Hubertem stanowczo stwierdzają, że robienie sobie zdjęć w sklepie to totalna wiocha. Nie przejmujemy się tym wcale, bawimy się świetnie ????.
CDN…