Dzień dobry Praga

Podróż do Pragi rozpoczynamy z Kopańca. Żegnamy się z dziadkiem Tadeuszem, pod którego opieką zostawiamy naszego kota Manfreda. Pakujemy się do Toyoty, wklepujemy w nawigację adres i ruszamy. Praga będzie tylko naszym dwudniowym przystankiem w drodze na grecką wyspę Skiathos. Tak to sobie wymyśliłem – spędzić dwa dni w stolicy Czech, pokazać naszej młodzieży to przepiękne miasto i na spokojnie, z lotniska Václava Havla, ruszyć w dalszą drogę.
Załadowani bagażami pod sufit, zaczynamy nasze wakacje. Mamy dwie możliwości dojazdu do Pragi. Pierwsza to droga przez Szklarską Porębę, druga – przez Świeradów. Po sprawdzeniu trasy w necie decydujemy się na podróż przez Świeradów-Zdrój. W trakcie drogi zastanawiamy się, czy nawigacja z własnej inicjatywy nie zaproponowała nam opcji widokowo-turystycznej, bo zmieniające się jak w kalejdoskopie krajobrazy są obłędne.
Pogoda dopisuje, humory też – przynajmniej mój i Ali, bo co do młodzieży, to ciężko stwierdzić. Spoglądam w lusterko i widzę, jak siedzą z nosami w telefonach i zatapiają się w internecie. W Świeradowie kontrolnie pytam Alicji, czy tankujemy? Z ilością gazu w naszym aucie może być różnie. Niby palą się jeszcze dwie kontrolki od gazomierza, ale Toyota od jakiegoś czasu żyje własnym życiem ????. Ala rzuca od niechcenia, że zatankujemy później, więc luzik.
Podróż mija nam błyskawicznie. O tym, że jesteśmy już po stronie naszych południowych sąsiadów, informują nas mijane tablice z oznaczeniami państwa czeskiego. Praktycznie zaraz po przekroczeniu granicy zauważam, że podróżujący autami na polskich blachach nagle zaczynają jechać tak przepisowo, że aż oczy bolą. Jest ograniczenie prędkości do 50 km/h? To jedzie się 50. Jest 70? Licznik nie przekroczy siedemdziesiątki. Musimy być w tym momencie zjawiskiem dla miejscowych, którzy doskonale orientują się, gdzie stoją fotoradary i w których miejscach „suszą”. Czesi mijają nas jak tyczki slalomowe.
Im dłużej jedziemy, tym bardziej natrętna staje się myśl, że trzeba zatankować. Przejeżdżamy przez jakieś senne miasteczko i wyjeżdżamy wprost na autostradę wiodącą do stolicy. W pewnym momencie orientuję się, że nie mam przy sobie prawa jazdy. Mało tego, nie mamy też żadnych dokumentów od auta. Zwyczajnie o tym zapomnieliśmy. Na szczęście Ala ma prawko. Robimy szybką zamianę za kierownicą i mkniemy dalej. Nasza Toyota dziarsko przemierza czeską autostradę. W pewnym momencie przyjemność z jazdy zakłóca nam charakterystyczny dźwięk, który bezlitośnie informuje o tym, że właśnie skończył się gaz. Co ciekawe, zatankowanie LPG w Czechach nie jest rzeczą prostą. Na mijanych stacjach benzynowych jest wszystko, oprócz LPG. Dziwi nas to, ale cóż – co kraj, to obyczaj. W baku mamy jeszcze benzynę, więc nie ma stresu, ale przydałoby się zatankować ????. W pewnym momencie dostrzegam na przydrożnym znaku symbol LPG. Żeby napełnić bak, zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy na teren zabudowany. Po nazwach ulic orientuję się, że jesteśmy już w Pradze, a raczej na jej przedmieściach. Oczywiście, jak to my, trochę się kręcimy i nie możemy trafić do miejsca z LPG. Zauważamy patrol policji, który z rozstawionym fotoradarem właśnie uskutecznia przeciwdziałanie przekraczaniu prędkości ????. Zatrzymujemy się obok nich. Ala prosi o pomoc. Panowie są bardzo uprzejmi. Kiedy mówimy im, że potrzebujemy stacji benzynowej z LPG, jeden z nich chwilę się namyśla, po czym prosi o nasz telefon. Na mapie Google zaznacza punkt. Tam mamy jechać i tam będzie gaz. W tym czasie drugi policjant dyskretnie przygląda się wnętrzu naszego auta. Zwracam na to uwagę, bo do niedawna sam pracowałem w mundurze, więc pewne rzeczy po prostu widzę ????.
Nasza stacja znajduje się sześć minut drogi stąd. Dziękujemy pięknie stróżom prawa i mkniemy zatankować Toyotę. Kierowani przez nawigację docieramy na niewielki plac, na którym stoi dystrybutor LPG. Oprócz naszego auta nie ma tu żywego ducha. Z budki obok wyłania się kobieta, która leniwym krokiem podchodzi i pyta: „Full?”. Tak, full. Pani ze znudzoną miną naciska czarny guzik i paliwo zaczyna płynąć. Zastanawiam się, czy będę mógł tu zapłacić kartą. Oczywiście mamy trochę gotówki, ale chcemy ją zachować na czarną godzinę ????. Kiedy auto się tankuje, reszta ekipy idzie do pobliskiego sklepiku.
Spacerowym krokiem idę za kobietą uregulować rachunek. Przekraczam próg jej służbowego kontenera i jestem miło zaskoczony. W środku pełny wypas – komputer, telewizor, żeby kobieta nie umarła z nudów, i co najważniejsze, dostrzegam czytnik kart. Przykładam plastik do terminala i po sprawie.
Ala z lodami w dłoni wychodzi ze spożywczego. Oprócz pysznych „zmrzlin” informuje mnie, że część naszej kasy z portfela wyszła już z obiegu i nic za nią nie kupimy. Żeby to wydać, musimy spróbować wymienić je w banku na obowiązujące banknoty. Teraz myślę, że faktycznie te korony, które mamy, mają już kilka dobrych lat. Wcinamy lody i pakujemy się do auta. Do celu mamy 18 kilometrów.
Po około 30 minutach docieramy na ulicę Haliny Malirenovej 9. Tu właśnie będziemy spać przez najbliższe dwie noce. Wjeżdżamy przez bramę i parkujemy nasze auto. Jesteśmy na miejscu. Czas mamy dobry, bo jest chwila po 14. Zameldujemy się, ogarniemy i ruszymy na miasto, bo Praga czeka.
Tę kwaterę wybrałem ze względu na położenie. Do starego miasta jest około 30 minut piechotą. Jednak decydującą rolę odegrało to, że możemy tu bez problemu zaparkować auto – opcja ta jest w cenie noclegu, co w Pradze nie jest oczywistością. Z walizkami i plecakami wspinamy się po schodach do kamienicy. Widać, że dom jest po remoncie. Podchodzimy do recepcji. Drzwi są zamknięte.
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !