Koukounaries vs. Banana

Budzimy się wcześnie jak na nasze standardy wakacyjnie, jest koło 10. Mamy ochotę jeszcze pospać, tym bardziej że w nocy nie za bardzo była ku temu sposobność. Sypialnia, w której rezydujemy jak już pisałem mieści się na niskim parterze. Dzisiejszej nocy ruch turystyczny po uliczkach naszej dzielni był wyjątkowo duży. Rozmowy turystów niosły się po całej ulicy i spać to za bardzo się nie dało. Do tego wcześnie rano skutecznie budzi nas dźwięk dzwonu z pobliskiego kościoła i śpiewy wiernych podczas odprawiania porannej liturgii. Taki mamy klimat w domku Spirosa ???? .
Wcinamy szybkie śniadanie, pakujemy się  plażowo i wychodzimy. Dzisiejszy dzień chcemy spędzić na najpiękniejszej plaży Skiatos, wielu twierdzi, że w całej Grecji. Koukounaries jest obowiązkowym punktem każdego turysty, który tu dotarł. We wszystkich przewodnikach, na wszystkich filmikach krążących w sieci dotyczących tego miejsca przebija się jedno przesłanie. Musisz zobaczyć te kąpielisko. Być na Skiatos i nie widzieć Koukounraies to jak być w Zakopanym i nie widzieć Giewontu ????. Powiem szczerze, że jestem bardzo ciekawy jak ta miejscówka będzie wyglądała w realu, bo na folderach reklamowych faktycznie robi mega wrażenie. Plaża słynie przede wszystkim z tego, że w piasku jest jakiś minerał, który w słońcu mieni się jak złoto. Poza tym, na Koukounaries wychodzi się wprost z piniowego lasu. Wszyscy „jaramy” się dniem, który nas czeka.
Wychodzimy z domu, po kilku minutach meldujemy się na przystanku komunikacji wyspowej. Dosłownie po chwili nadjeżdża nasz transport. Wskakujemy do środka, znajdujemy sobie trochę miejsca. Autobus wypełniony jest po sufit. Ludzie w strojach kąpielowych, klapkach, z okularami przeciwsłonecznymi na nosach i torbami plażowymi. Widok iście wakacyjny. Sądząc po strojach, praktycznie wszyscy oprócz kierowcy to plażowicze. Towarzystwo totalnie międzynarodowe. Dominują Anglicy, jest trochę Niemców, Czechów i Skandynawów. Trasa, którą jedziemy jest niezmiernie widowiskowa, bo w znakomitej większości prowadzi wzdłuż wybrzeża. Za oknem rozciągają się kapitalne widoki na błękit morza usłany jachtami bujającymi się na falach. Większość przystanków stanowi początek zejścia na kolejne mijane plaże. Jest ich mnóstwo. Nie dziwię się, że Skiatos nazywana jest wyspą plaż. Przy wielu z nich stoją klimatyczne hotele, ośrodki wypoczynkowe i tawerny. Infrastruktura na najwyższym poziomie. My jedziemy do samego końca. Po około 40 minutach docieramy na miejsce. Jesteśmy podekscytowani, że za chwile będzie nam dane zobaczyć „złoto Grecji”.

 Idziemy wraz z tłumem turystów między drzewami. Po kilku metrach wychodzimy na Koukounaries. Chciałbym Wam napisać, że  jest kapitalnie, że ochy i achy, ale cholera spoglądam na to wszystko i po prostu nie dowierzam. Tłok jaki tu panuje jest gigantyczny.
Cała linia brzegowa pokryta parasolami i leżakami dla turystów. Panuje tu taki ścisk, że praktycznie wszyscy są rozlokowani jak śledzie w puszce, jeden obok drugiego. Nie ma mowy o żadnej intymności. Idziemy drewniana kładką. Po jednej stronie jest linia brzegowa po drugiej knajpa na knajpie. Wszędzie czuje zapach spalonego oleju. Gdzie nie gdzie wyznaczony jest teren dla wczasowiczów, którzy nie chcą płacić kasy za wynajęcie parasola tylko mogą położyć się bezpośrednio na piasku. Generalnie każdy metr kąpieliska jest zagospodarowany na maxa. Znajdujemy sobie wolne miejsce i płacimy horrendalne pieniądze za to, żeby mieć nad głowa parasol. Koszt to 20€ za osobę. Jest nas czwórka więc łatwo sobie można to przeliczyć. Niestety przy tak operującym na greckim niebie słońcu  parasol jest rzeczą nie do przecenienia.
Leże na najpiękniejszej plaży w Grecji i jestem rozczarowany jak dzieciak przedszkolnym obiadem. Zdecydowanie nie są to moje klimaty. Reszta załogi podziela mój pogląd.
Idę zobaczyć czy faktycznie tutejszy piasek mieni się złotym kolorem. Wchodzę do wody i hmmm faktycznie coś widzę, ale żeby to robiło na mnie jakieś wielkie wrażenie to zdecydowanie nie. Stojąc po kostki w wodzie obserwuje jak do brzegu dobijają kolejne łodzie z turystami. Ruch tu jest naprawdę gigantyczny. Na usta cisną mi się słowa pewnej piosenki. „jest tłoczno i duszno”.  Wracam na leżaki. Młodzi po kąpieli łapią chwilę oddechu. Wszyscy dochodzimy do wniosku, że na „naszej” plaży, którą mamy pod domem jest o wiele fajniej, klimatycznie i spokojniej niż na tym turystycznym „fajerwerku”. Plaża w takim wydaniu w jakiej my ją zastajemy jest zdecydowanie miejscem mocno przereklamowanym. Fakt, że położona jest przepięknie. Drzewa porastające linię brzegową robią kapitalną robotę dając zbawczy cień. To miejsce byłoby zachwycające, przepiękne, gdyby zniknęły stąd te wszystkie parasole, leżaki, knajpy śmierdzące spalonymi frytkami i tłumy ludzi. Cóż na taką Koukounaries jest już zdecydowanie za późno. Po głowie chodzi mi jedna myśl. Jak tu jest poza sezonem? Może wtedy ta plaża odzyskuje swój urok.

Kiedy ktoś z boku zobaczyłby naszą ekipę na Koukounaries stwierdziłby, że jesteśmy tu za karę. Wszyscy czujemy duży niedosyt. Oczekiwania były całkiem inne niż to co tu zastaliśmy.
Przed przyjazdem czytałem, że nieopodal tej plaży, kilkaset metrów stąd jest inna. Dużo mniejsza, ale podobno bardzo klimatyczna. Postanawiamy, że skoro już tu jesteśmy i w zasadzie nie czujemy się za fajnie to idziemy zobaczyć kolejne kąpielisko. Na leżakach zostawiamy cześć rzeczy i ruszamy w stronę Banany. Wychodzimy poza teren „złotych piasków”. Po dosłownie kilkunastu metrach skręcamy w lewo i przechodzimy obok opuszczonego szlabanu.
Podchodzimy pod niewielkie wzniesienie. Kiedy osiągamy szczyt możemy podziwiać piękny widok na morze. Idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów i stajemy przed schodami prowadzącymi w dół. Z tego miejsca widać już plażowe parasole. Jestem bardzo ciekawy jak te miejsce się nam zaprezentuje. Po lewej stronie za ogrodzeniem dostrzegamy zabudowania, które wyglądają na jakiś ośrodek wypoczynkowy, może być to też hotel.
Wśród porastającej zieleni i kwiatów schodzimy kilkadziesiąt metrów i wychodzimy na ścieżkę. Idąc po kamieniach wśród drzew docieramy do Banany.

Miejscówka jakże inna niż ta z której przybyliśmy. Wystarcza nam jedno spojrzenie. Wiemy, że zamiast na Koukounaries mogliśmy dzień spędzić właśnie tu. Sama plaża nie jest duża. Wejście do morza jest kamieniste. Oczywiście jak na wszystkich komercyjnych greckich plażach są parasole i leżaki dla turystów.
Tu też każdy metr jest zagospodarowany, jednak w tym miejscu czujemy się dużo spokojniej. Jest jedna kawiarnia, gdzie można coś zjeść, napić się kawy czy zamówić drinka. Obok przy barze swoje stanowisko ma koleś, który z płyt wysyła w przestrzeń klimatyczny set muzyczny.
Siadamy przy stoliku zamawiamy kawę i rozkoszujemy się atmosferą. Banana zdobywa nasze serca bezapelacyjnie. Miejscówka zdecydowanie w naszym guście. Mimo, że ta plaża uchodzi za mekkę imprezowiczów to akurat w tym czasie, kiedy się tu znajdujemy jest zdecydowanie spokojnie.
Wszystko co dobre kończy się za szybko. Na samą myśl, że musimy wracać do zatłoczonej „frytkarni” dosłownie mną wstrząsa. Cała nasza czwórka żałuje, że rozbiliśmy się na Koukounaries. W trakcie rodzinnej pogaduchy dochodzimy do wniosku, że dużo fajniej byłby tam tylko zajść na moment, turystycznie „odhaczyć” miejsce, natomiast czas spędzić właśnie tu. Cóż następnym razem będziemy już wiedzieć co i jak w tym temacie.
Kiedy wracamy na nasze leżaki widzimy, że tłum turystów zdecydowanie się przerzedził. Wpływ na to ma zapewne pora obiadowa. Spędzamy tu jeszcze jakąś godzinkę i bez żalu postanawiamy, że wracamy na chatę. Opuszczamy najpiękniejszą plażę wyspy bardzo rozczarowani. Postanawiamy, że jutrzejszy dzień spędzamy na „naszym” kąpielisku.
Do domu docieramy wieczorem. Wcinamy szybką kolację. Po posiłku ekipa zostaje w domu. Natomiast ja jeszcze lecę do portu popatrzeć na lądujące samoloty. To będzie takie preludium do jutrzejszego dnia.
Pierwotnie mieliśmy iść nad morze, ale pogoda ma być nieco mniej plażowa dlatego zdecydowałem, że jutrzejszy dzień spędzę spełniając jedno z moich marzeń. Będę się gapił na lądujące nad moją głową samoloty pasażerskie. Reszcie ekipy nie za bardzo przypada do gustu mój plan. Wpływ na to ma opinia naszego gospodarza. Kiedy Spiros dowiedział się, że zamierzamy tam iść stwierdził, że jesteśmy szaleńcami. Mówił, że do szpitala w którym pracuje trafiają osoby z prpblemami sercowymi, które decydowały się na odwiedziny tego szczególnego miejsca. Już nie mogę się doczekać ???? .     
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !