Kończymy nasz słodki start. Przy okazji na szybko układamy plan dnia. Zaczynamy od tego co mamy praktycznie pod oknem. Nasza kwatera mieści się przy ulicy Agostino Pepoli. 
Wychodzimy z obiektu, odpalam mapę, na której widzę, że do miejsca, z którego pozyskuje się sól, a które jest obowiązkowym punktem dla każdego turysty dzieli nas jakieś 40 minut spacerem. Możemy oczywiście próbować dostać się tam środkiem komunikacji miejskiej, ale oboje z Aleksandrą decydujemy, że zrobimy sobie przechadzkę. Lubimy spacerować więc taka opcja to dla nas żaden problem.
Poboczem, przy którym rosną trzciny wysokie na kilka metrów dziarsko maszerujemy do naszego celu. Przy okazji widzimy śmieciowe oblicze Sycylii. Wszędzie pełno walających się puszek, papierów, toreb reklamowych, słowem syf. Zastanawiam się, dlaczego tak jest? Dlaczego ludzie miażdżą środowisko w którym przecież sami żyją? Nie mogę znaleźć odpowiedzi.
Korzystamy z tego, że przy trasie stoją dwa markety. Jeden przemysłowy, ogromny „Chińczyk”, drugi spożywczy. Robimy zakupy w „spożywczaku”. Zamierzamy zjeść późne śniadanko z widokiem na solanki. Olka śmiga do przemysłowego. Wychodzi z chustą na głowie. Włoskie słońce daje się jej mocno we znaki. Idziemy na tyły sklepów. Rozkładamy na murku nasze śniadanie i robimy przerwę na posiłek. Nawet nie muszę Wam pisać, jak smakuje w takich okolicznościach pesto, owoce morza w sosie pomidorowym, grissini i browarek z solą, który kapitalnie podkreśla smak włoskich produktów ????.
Mamy wielką ochotę połazić między zbiornikami z morską wodą. Chcielibyśmy zrobić kilka fotek. Orientujemy się jednak, że oprócz działającego tu zakładu przemysłowego pozyskującego sól to jest to też miejsce stanowiące rezerwat. Odpuszczamy temat. Nie chcemy zakłócać przyrodzie spokoju ani też narażać się na ewentualną reprymendę pracowników SoSalt La Fabrica del Sale.
Zwijamy się z miejsca naszego postoju. Przechodzimy na drugą stronę, gdzie stoi stary, stylowy wiatrak stanowiący integralną część tutejszego krajobrazu. Widok trochę jak z Królestwa Niderlandów.
Z tablicy stojącej przy drodze Ola wyczytuje, że jest możliwość przejścia po solinach, ale trzeba wynająć przewodnika i to też tylko w określone dni. Jeśli będziecie się tam wybierać to warto jest to sobie sprawdzić. „Pstrykamy” kilka pamiątkowych zdjęć, łapiemy chwile na oddech i postanawiamy się zwijać.
Siadamy przed barem. Zielony smakuje wybornie i wszystko było by git, gdyby nie to, że jesteśmy już naprawdę głodni. Chciałbym odkryć jakąś dobrą małą rodzinną trattorię, gdzie będzie można zjeść świeżą rybę czy owoce morza. Niestety przed przyjazdem nie odrobiłem lekcji z Trapani. Kompletnie nie orientuje się, gdzie w tym mieście szukać tego typu miejscówek. Po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że o takich lokalach najlepiej będą wiedzieć autochtoni. Z telefonem w ręku i odpalonym translatorem idę do baru. Wklepuje w tłumacza zdanie „gdzie mogę zjeść pyszną rybę, owoce morza? Tylko żeby było tak jak u mamy”. Kobieta czyta tekst na wyświetlaczu i uśmiecha się serdecznie. Bierze kartkę papieru i pisze na niej nazwę restauracji. Poza tym wręcza mi na karteczce wizytówkę swojego lokalu. Z tego co zrozumiałem to, kiedy pokażemy w restauracji Taverna Dei Pazzi kwitek od niej będziemy mieli zniżkę.
Myślę sobie dobra nasza. Szykuje się nam pyszna kolacja w sycylijskim stylu. Wychodzę dumny z siebie i z tego co udało mi się dowiedzieć. „Wrzucamy” w mapy nazwę lokalu. Okazuje się, że w tej chwili restauracja jest zamknięta. Nasze żołądki doświadczają właśnie włoskiej sjesty. Dopijamy aperola i postanawiamy, że dopóki nie otworzą knajpy to zdepczemy tutejsze uliczki.
Kiedy tak leże na piasku zaczynam rozumieć południowców. Niewiele do szczęścia człowiekowi potrzeba. Błękit nad głową, słońce, morze i trochę wina. Gdybym miał rodzić się jeszcze raz to zdecydowanie wybieram południe Europy ????.
Na cumach leniwie kołyszą się kutry rybackie. Najlepsze jest to, że wkoło panuje spokój. Wszystko wygląda trochę jak podczas tfu, pandemii. Zero miejscowych, zero turystów, kompletna cisza. Docieramy do miejsca, gdzie o dziwo spotykamy lokalsa łowiącego ryby. Przystajemy na moment z nadzieją, że może zobaczymy spektakularny połów, ale nic z tego. Zastanawia mnie jednak to jak facet z wędką dostał się tam, gdzie teraz stoi? Przyglądamy mu się z falochronu i raczej z tej strony ciężko było by zejść tam, gdzie on właśnie się znajduje. W pewnym momencie dostrzegam taką możliwość, ale hmm no sam nie wiem. Zostawiamy te dywagacje i kierujemy się w stronę budynku, który zwraca na siebie naszą uwagę. Dlaczego?