Mazara del Vallo

Wczoraj zasypiałem łudząc się, że w godzinach wczesnoporannych nic nie zakłóci mi snu. Niestety odgłosy maszyn dobiegające z piekarni, znajdującej się na parterze naszej kamienicy, skutecznie zasygnalizują, że właśnie rozpoczyna się wypiek chleba. Na tą opcję jestem już mentalnie przygotowany, natomiast mam głęboką nadzieję, że może dziś nasz artysta da pospać. Kiedy po kilku minutach maszyny wyrabiające ciasto milkną, ponownie zasypiam. Z objęć Morfeusza wyrywa mnie… kto? Oczywiście „on” i jego włoskie pieśni. Nie ma litości na świecie. Dopiero kiedy gość kończy recital udaje mi się zasnąć.
Kiedy się budzę pierwsze co robię, to wyglądam przez okno. Uwielbiam widok błękitnego nieba i kamienic skąpanych w słońcu. Dziś ruszamy na wycieczkę za miasto. Czeka nas podróż pociągiem. Razem z Olką wcinamy śniadanie. Po posiłku już rutynowo, ze spakowanym plecakiem idę do mafiosy na kawę. Aleksandra w tym czasie ma chwilę, żeby się ogarnąć.
Wchodzę do kawiarni już niemal jak do siebie. Oczywiście koleś w okularach posyła mi kontrolne spojrzenie. Jednak odnoszę wrażenie, że mój widok mu już spowszedniał. Chyba miejscowi się przyzwyczaili, że rano zagląda tu turysta na kawę. Kiedy składam zamówienie, widzę jak obok mnie jakiś starszy pan kupuje cannoli. Kobieta, która go obsługuje do pudełka pakuje mu kilka rurek z ricottą. Jego zamówienie wygląda po prostu tak, że nie mogę się oprzeć. Domawiam do kawy dwie rurki i proszę kobietę, żeby mi je zapakowała. Z pakunkiem i filiżanką czarnego jak smoła naparu siadam na zewnątrz i czekam na Olę. 
Kiedy dopijam kawę widzę, jak przebiega przez ulicę. Spoglądam na zegarek. Mamy jeszcze chwilę do odjazdu pociągu do Mazara, więc można powiedzieć, że luzik. Przełykam ostatni łyk. Czuję jak mój organizm zasysa kofeinę. Odnoszę filiżankę do środka i stawiam na ladzie. W zamian dostaję miły uśmiech od pani obsługującej. Żegnam się włoskim: „Ciaoo” i wychodzę przed lokal. Ola już jest. Obieramy kurs na stację kolejową.
Po drodze szukamy jakiegoś miejsca, w którym „wciągniemy” to co mamy w pudełku. Zatrzymujemy się przed jakąś kawiarnią, która jest jeszcze zamknięta. Wypakowujemy cannoli, które znikają z szybkością błyskawicy. Sztandarowy sycylijski deser jest przepyszny.  Wydaje mi się, że te rurki są jeszcze lepsze niż tamte, które jedliśmy w centrum.
Krem świeży, rozpływający się w ustach, ciasto faworkowe idealnie kruche. Słowem dzieło sztuki! Oprócz kawy u mafiosy cannoli wymiata. Warto było tu przylecieć chociażby dla tej słodkiej chwili ????
 Do pociągu mamy jeszcze trochę czasu. Nie spiesząc się idziemy przez miasto. Po drodze zatrzymujemy się, żeby zrobić kilka zdjęć. Trapani w takim mniej turystycznym wydaniu też ma swój urok.
Docieramy na dworzec, który ku mojemu zdziwieniu jest bardzo kameralny. Podoba mi się w takich miejscach to, że zawsze do dyspozycji podróżnych jest mały sklepik, gdzie można kupić sobie kanapkę, bułkę coś słodkiego, piwko, kawę czy winko.
Kupujemy bilet w automacie, natomiast czas do odjazdu pociągu umilamy sobie solidną lampką wina. Siadamy przy stoliku razem z lokalsami i podziwiając widok na Erice czekamy na odjazd pociągu.
Jestem pod wrażeniem tego dworca. Niby zwykłe miejsce, ale… No sam nie wiem. W pewnym momencie łapię się na tym, że mógłbym siedzieć tu godzinami. To chyba właśnie zadziałało wino ????.
Nasz pociąg jest już gotowy do odjazdu. Wskakujemy do wagonu i zajmujemy sobie miejscówkę. Przez okno oglądam Sycylię. Widoki zmienią się jak w kalejdoskopie. Podróż mija nam błyskawicznie.
Wysiadamy na stacji kolejowej Mazara del Vallo. Kiedy się tu meldujemy, niewiele wiem o tym mieście. Ola mówi mi, że jest to jedno z piękniejszych miast w tej części Sycylii. To perełka architektury, gdzie barok miesza się z arabskimi klimatami. Lubię takie mariaże więc japa mi się cieszy. Poza tym jest port, do którego zdecydowanie musimy pójść. I właśnie w tym momencie następuje coś co trudno jest mi wytłumaczyć. Kiedy wychodzimy z dworca kolejowego nie odpalamy żadnej mapy. Zdajemy się na swoje przeczucia i po prostu idziemy przed siebie.
Kiedy docieramy do promenady biegnącej wzdłuż wybrzeża, mamy dwie opcje –  w prawo albo w lewo. W tym momencie sensownym byłoby zorientować się, gdzie się znajdujemy i jak dotrzeć do centrum. Jednak my turystyczni anarchiści stwierdzamy, że w dupie mamy mapy i ruszamy w lewo. Na pewno gdzieś dotrzemy i bankowo też będzie fajnie. Nie powiem, spacer jest bardzo przyjemny, ale idziemy, idziemy i żadnych fajerwerków architektury nie widać. Za to mamy przegląd nadmorskich sycylijskich domów.
W pewnym momencie do naszej dwójki dołącza wielkie psisko, które jest zachwycone perspektywą długiego spaceru z dwójką przyjezdnych. Przy drodze zauważamy znak drogowy, który oznajmia, że jesteśmy na trasie wylotowej z miasta, postanawiam skorzystać z nawigacji. Kiedy na wyświetlaczu lokalizacja pokazuje, gdzie jesteśmy ręce nam opadają. Okazuje się, że maszerujemy w totalnie innym kierunku niż powinniśmy i jesteśmy już spory kawałek poza miastem. Fakt, że spacer jest bardzo przyjemny, bo oprócz nas, morza i psiego towarzysza nikogo innego nie ma. Ale cholera jak tak dalej będziemy szli, to raczej nic ciekawego nie zobaczymy. Cóż wracamy. Przed nami 8 kilometrów, bo tyle przeszliśmy. Na szczęście droga powrotna zawsze jest krótsza ???? .
Po wspólnym przejściu kilku kilometrów nasz psi towarzysz radośnie machając ogonem na pożegnanie idzie w swoją stronę.
Operujące na niebie  słońce daje nam się nam we znaki.  Robimy sobie „pit stop” na uzupełnienie płynów w kawiarni, która mieści się bezpośrednio przy rondzie drogowym. Siadamy przy stoliku. Ola raczy się aperolem, ja przyglądam się technice jazdy południowców i degustuję miejscowy browar Messina, który jest całkiem smaczny 🙂 
W myślach analizuje nasze położenie geograficzne i stwierdzam, że nie ma się co oszukiwać. Jesteśmy na „zadupiu” Mimo, to jest nam tak dobrze, że przestajemy się przejmować czymkolwiek. Na Sycylii czas płynie zdecydowanie wolniej. Jednak, jeśli chcemy zobaczyć to z czego Mazara słynie musimy się ruszyć.
Wreszcie docieramy do zabytkowego centrum miasta i faktycznie potwierdza się to o czym czytaliśmy. Wchodzimy na dzielnice, gdzie jest mnóstwo charakterystycznych zabudowań, zaułków, wąskich uliczek.
Czuję się niemal jak w Maroko. W zasadzie to jeszcze w tym kraju nie byłem, ale pewnie tak właśnie tam by było ???? Najbardziej cieszy mnie to, że nie ma tu praktycznie żadnych turystów. Nie wiem czym jest to spowodowane? Może tym, że jesteśmy przed sezonem.
Podziwiając kolejne klimatyczne miejscówki zaczynam żałować tego nadmorskiego spaceru. Mimo miłych chwil to jednak w tym momencie dociera do mnie myśl, że straciliśmy sporo czasu, który mogliśmy przeznaczyć na wałęsanie się po tej dzielnicy.
W pewnym momencie do naszych nosów dociera charakterystyczny zapach ryb. Robimy kilkanaście kroków i wychodzimy na nabrzeże, gdzie znajduje się port rybacki. Widok jaki mamy przed sobą nie jest spektakularny.
To zdecydowanie nie jest port zrobiony pod turystów. Przy brzegu cumują rybackie łodzie. Niektóre z nich czasy swojej świetności mają dawno za sobą. Inne są małe i wyglądają tak, że osobiście bałbym się wejść na pokład, a co dopiero wypłynąć nimi w morze ???? Ludzie, których tu spotykamy ciężko pracują zaopatrując miejscowe sklepy czy restauracje w ryby i owoce morza.
Strefa portowa, w której się znajdujemy ma specyficzny klimat. Jest tu całkiem inaczej niż można by się było tego spodziewać.
Czas nieubłaganie nam mija i zaczynamy myśleć o powrocie do Trapani. Z portu kierujemy się w stronę dworca. Idąc w oczy rzuca się nam lokal, przed którym przy stolikach siedzą miejscowi i zajadają się słodkościami. Szyld, który wisi nad wejściem mógłby sugerować, że powinna być to jakaś smażalnia ryb. Bar del Molo, bo taka jest nazwa tego lokalu okazuje się być cukiernią.
Przekraczamy próg i znajdujemy się w raju dla łasuchów. W asortymencie jest mnóstwo różnego rodzaju ciast, pralin, ciasteczek, tortów bogato zdobionych. Półki szklanych witryn uginają się od kolorowych słodkich dzieł sztuki. Jestem pod wrażeniem.
Sycylijczycy uwielbiają słodkości. Oczywiście są też lody. Zamawiamy sobie po zacnej porcji i siadamy na zewnątrz przy stoliku. Oprócz tego, że Włosi znają się na futbolu, motoryzacji, winach, pięknych kobietach i śpiewie, to potrafią też robić genialne lody. Osobiście mam wiele słabości. Jedną z nich są właśnie lody. Po prostu je uwielbiam i mógłbym jeść na kilogramy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że lepszych niż ze słonecznej Italii nie jadłem nigdzie.
Kiedy zjawiamy się na dworcu okazuje się, że pociąg, którym mogliśmy jechać do Trapani niedawno odjechał. Do przyjazdu kolejnego składu mamy jeszcze chwilę. Zamiast siedzieć w poczekalni z miejscową młodzieżą spod znaku głośnej muzyki płynącej z głośnika i namiętnie wdychanych oparów z elektryków, idziemy jeszcze raz nad morze, żeby w ten sposób pożegnać się z miastem. Kiedy ponownie zjawiamy się na dworcu młodych gniewnych już nie ma. Po chwili pojawia się nasz pociąg. Wskakujemy do wagonu. Z ulgą zapadam się w wygodny  fotel. Dopiero teraz czuję trudy tego dnia.
Wysiadamy na dworcu w Trapani. Jest już późno a co najgorsze my jesteśmy głodni. Generalnie już w pociągu się jaraliśmy, że jak tylko wysiądziemy to od razu idziemy gdzieś na pizzę. Niestety rzeczywistość nas mocno zweryfikowała. Okazuje się, że w drodze na naszą dzielnicę otwarta jest tylko jedna pizzeria – dosłownie jedna. Myślałem, że skoro jesteśmy na Sycylii, w takim pięknym mieście czynnych lokali powinno być do oporu.
Nasza jadłodajnia nazywa się Me Gusta. Szczerze mówiąc spodziewam się jakieś trattorii. Jednak, kiedy wchodzimy do środka widzimy mały lokalik. Żadnych stolików, żadnego ogródka na zewnątrz. Pizzeria typowo w stylu wchodzisz, zamawiasz, dostajesz i wychodzisz.
Kiedy się temu przyglądam, zaczynam mieć wątpliwości czy dobrze trafiliśmy. Jedno co mnie uspokaja to fakt, że przed nami stoi lokals, który właśnie odbiera swoje zamówienie. Myślę sobie, że skoro Trapańczycy się tu stołują, to pewnie jedzenie musi być dobre. Bierzemy z Olą dwa placki z dodatkami i pyszne, schłodzone Perroni. Uskrzydleni takimi zakupami po chwili jesteśmy w domu. Kiedy tylko zamykamy za sobą drzwi, zabieramy się za włoskie, kulinarne klasyki. Pierwsza pizza znika z prędkością światła i wiecie co? Jest pyszna.
Drugą się raczymy zapijając zimnym browarkiem. Mimo, że Me Gusta wygląda niepozornie to pizzę mają tam epicką. W ten sposób kończymy nasz dzisiejszy dzień. Kładąc się do wyrka bardzo poważnie zastanawiamy się nad wypadem do Palermo. W grę wchodzi też sztandarowa atrakcja Trapani, czyli miejsce, w którym wytwarza się sól. Cóż, przy jutrzejszym śniadaniu podejmiemy decyzję. Kiedy przykładam głowę do poduszki zastanawiam się, czy jutro, skoro świt ponownie będę miał przyjemność wysłuchania wokalnych popisów pracownika piekarni ????.

CDN…

Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli podoba Ci się moja twórczość wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuje !