Pierwszy raz jestem na lotnisku Vaclava Havla w Pradze. Stąd będziemy startować na nasze małe greckie wakacje. Mimo, że lotnisko całkiem spore, to jakoś intuicyjnie trafiamy do odprawy bezpieczeństwa. Jesteśmy sporo przed czasem. To przez moją przygodę na lotnisku w Modlinie, kiedy lecąc do Trapani z Olką prawie spóźniliśmy się na samolot ???? . Teraz na spokojnie przechodzimy kontrolę. Zajmujemy sobie miejscówkę na terminalu odlotów i czekamy na otwarcie bramki prowadzącej do samolotu. W pewnym momencie z głośników dobiega do naszych uszu komunikat.
Właśnie rozpoczęła się procedura wejścia na pokład. Czekamy jeszcze chwilę i stajemy już praktycznie pod koniec kolejki. Ilekroć lecę liniami Ryanair tylekroć zastanawiam się nad polityką przewoźnika dotyczącą zakupu możliwości priorytetowego wejścia na pokład. Tym bardziej, że właśnie obserwuję jej skutki. Pasażerowie, którzy mają wykupioną taką opcję owszem przechodzą przez bramkę szybciej, ale po chwili i tak wszyscy razem czekamy na płycie lotniska. Totalnie bez sensu! Oczywiście moim skromnym zdaniem ????.
Wchodząc po schodkach wskakujemy na pokład samolotu. Wszystko idzie zgodnie z planem i chyba nawet uda się nam wylecieć o czasie. Jeszcze tylko chwila kiedy pasażerowie zajmą miejsca i w drogę.
Siedząc w fotelu zastanawiam się, bo nie wiem czego mogę spodziewać po tym wyjeździe? Na szybko odpowiadam sobie w myślach na tak zadane pytanie. Generalnie mam zamiar odpocząć, spędzić dużo czasu na plażach, napić się greckiego wina i spędzić jeden dzień, przyglądając się jak samoloty z całego świata lądują nad głowami gapiów. Wreszcie drzwi na pokład zamykają się. Samolot powoli kołuje na pas startowy, a załoga rutynowo udziela wszystkim podróżnym instruktażu bezpieczeństwa.
Lot mija mi na katowaniu filmu na Netflixie. Przyznam szczerze, że wykorzystuję tę opcję po raz pierwszy i muszę powiedzieć, że w podróży doskonale się to sprowadza. Kiedy robię sobie przerwę w oglądaniu orientuje się, że jeśli chodzi o pasażerów to zdecydowanie dominują Czesi. Pewnie ogromny wpływ na to ma fakt, że lot na Skiatos jest bezpośrednio z Pragi. Słyszę też kilka głosów w ojczystym języku, ale rodacy na pokładzie są w zdecydowanej mniejszości. Muszę Wam powiedzieć, że nie jest łatwo z Polski dostać się na tą grecką wyspę. Nie ma lotów bezpośrednio z krajowych lotnisk. Te, które były w sumie najbardziej korzystne, to właśnie loty z praskiego lotniska, ewentualnie z Berlina. Nam zdecydowanie Praga bardziej pasowała, bo odstawiliśmy naszego kota Mańka do Kopańca, a przed samym wylotem postanowiliśmy spędzić w Pradze dwa dni i pokazać naszej młodzieży to genialne miasto.
Nawet nie obejrzałem się kiedy samolot łagodnie zaczął zniżać lot. Jest to sygnał, że zbliżamy się do lądowania. Zaczynam wyczuwać wśród pasażerów dziwne napięcie. Nigdy wcześniej podczas moich podroży nie miałem takich odczuć. Nie wiem jak Wam to wytłumaczyć, ale im bardziej maszyna zniżała pułap lotu, tym ludzie na pokładzie byli bardziej spięci. Dlaczego akurat przy tym locie tak jest? Możliwe, że na taki stan rzeczy ma wpływ to, że lotnisko na którym za moment będziemy lądować jest jednym z najbardziej niebezpiecznych lądowisk na świecie. Procedura lądowania rozpoczyna się nad morzem. Następnie samolot sukcesywnie zniża lot. W końcowej fazie leci praktycznie między miejskimi zabudowaniami. Samo to nie jest może wielkim problemem. Sednem sprawy jest to, że na lotnisku jest tylko jeden krótki pas startowy, który z jednej strony znajduje się bezpośrednio nad ulicą i zabudowaniami, a z drugiej kończy się urwiskiem, które opada na plażę. Na tym lotnisku mogą lądować tylko piloci po odpowiednim szkoleniu, ze specjalnymi uprawnieniami.
Kiedy maszyna dotyka kołami pasa, pilot natychmiast rozpoczyna procedurę hamowania. Zauważam jak moi towarzysze podroży łapią rękoma za zagłówki foteli znajdujące się przed nimi. Zapada totalna cisza. Czuć jak napięcie sięga zenitu. Pilot umiejętnie zatrzymuje maszynę. W tym momencie pasażerowie łapią głęboki oddech. Uśmiecham się do siebie, bo rozpoczynamy nasze wakacje. Zdaję sobie sprawę z tego, że właśnie w tym momencie spełniają się moje marzenia. Dawno temu pomyślałem sobie, ze fajnie byłby kiedyś trafić na Skiatos i proszę bardzo. Oto jestem z całą rodzinką ????
Samolot zatrzymuje się. Zewsząd słychać charakterystyczny odgłos rozpinanych pasów bezpieczeństwa. Ludzie wyciągają swoje bagaże i powoli opuszczają pokład. Kiedy staję w progu drzwi, czuję uderzenie ciepłego powietrza. Kieruję twarz w stronę słońca. Czuje jak promienie przypiekają moją jape. Cholera to będą super wakacje.
Kiedy wchodzimy na lotnisko, zastanawiamy się czy nasz gospodarz faktycznie po nas wyjdzie? Spiros, u którego mamy zarezerwowany nocleg, podobno osobiście odbiera swoich gości i zawozi ich na kwaterę. Cóż, za moment się przekonamy. Razem z falą pasażerów naszego lotu wychodzimy do hali przylotów. Słowo hala, jeśli mowa o lotnisku w Skiatos, jest wielce przesadzone. Hala jest tak mała jak salka w oratorium parafialnym, w której ledwo mieści się stół do pingla. Modlin przy tym to moloch ???? . Rozglądam się i w pewnym momencie dostrzegam mężczyznę trzymającego kartkę z napisem „Kazik Kowalski”. Bingo! To jest zdecydowanie nasz gospodarz! Witamy się serdecznie. Facet jest uśmiechnięty i od razu się przedstawia. Kiedy mówimy mu nasze imiona jest trochę zmieszany. Nikt z nas nie nazywa się Kazik Kowalski. Ala tłumaczy mu, że to mój taki pseudonim i że my to faktycznie my. Jest przy tym trochę śmiechu, ale najważniejsze, że w końcu się dogadujemy. Wychodzimy przed lotnisko. Facet prowadzi nas kilkanaście metrów do swojego zaparkowanego auta. Ładujemy nasze bagaże do starego, zdezelowanego volkswagena. Ala siada z przodu, natomiast ja i dzieciaki zajmujemy miejsca na tylnej kanapie.
Jedziemy wzdłuż lotniska i wjeżdżamy na ulicę. Po obu jej stronach jest mnóstwo knajpek. Nasz gospodarz od razu rzuca nam kilka rekomendacji. Mówi, gdzie warto zjeść, gdzie są pyszne owoce morza, gdzie stołują się tylko turyści. Pokazuje nam kilka lokali, w których Włosi będący właścicielami, naciągają wczasowiczów. Auto powoli w greckim stylu przemyka przez teren nabrzeża portowego. Mijamy mnóstwo restauracyjnych ogródków, w których siedzą przyjezdni leniwie sącząc drinki. Klimat jest iście wakacyjny. Po kilku minutach Spyros wjeżdża w wąską ulicę. Tłumaczy, że tuż za rogiem jest nasz dom, ale właśnie w tym miejscu on ma swoje miejsce parkingowe. Mówi, że bardzo często policjanci rano zjawiają się na tej dzielnicy i wlepiają mandaty za zaparkowane auta na zakazie. W pewnym momencie Spyros zatrzymuje pojazd. Wysiada i zdejmuje łańcuch, który oddziela wąską ulicę od placyku. Tu znajduje się jego przystań. Parkuje wóz. Wysiadamy. Mijając stylowy kościółek, idziemy tuż za róg gdzie znajduje się nasz wakacyjny dom.
CDN…
