Na stołówce tłum i gwarno. Zajmujemy miejscówkę i atakujemy bufet. Mimo, że się zarzekałem, że już dość tych brytyjskich rarytasów to odruchowo sięgam po kiełbasę i bekon. Reszta załogi też dba, żeby ich poranny posiłek był wartościowy ???? . Co ciekawe to zauważam, że niektórzy goście na śniadania przychodzą ze swoim jedzeniem. W zasadzie jest to jakieś wyjście z tej kulinarnej monotonii.
Idąc podziwiamy zacumowane barki w których mieszkają Londyńczycy. Jednostki są przeróżne. Od prostych i raczej skromnych po nowoczesne, ale bardzo stylowe. Zauważamy, że na ich pokładach toczy się dość spokojne życie. Tych wodnych domów jest naprawdę mnóstwo. Cumują po obu stronach, jedna przy drugiej, tworząc osiedla na wodzie.
Po kilku minutach spaceru lokalizujemy kawiarnię. Co ciekawe jest ona wklejona w szczytową ścianę kościoła, tworząc charakterystyczne przedłużenie świątyni. Trochę gryzie mi się architektura obu budynków, ale cóż – jesteśmy przecież w Londynie.
Na trawie przed lokalem na kocach leżą kobiety z małymi dziećmi, przy stolikach kilka osób. Ala zamawia nam kofeinę. Pijąc łapiemy promienie słońca i dochodzimy do wniosku, że na tej dzielnicy moglibyśmy zamieszkać. Jest cicho, spokojnie i bardzo klimatycznie. Niestety sielsko – kawową atmosferę przerywa nam upływający czas. Musimy iść na przystań, żeby zdążyć na nasz wodny transport do Camden.
Kiedy docieramy na miejsce na brzegu stoi kolejka turystów. Widać oni też mają zamiar skorzystać z tej atrakcji. Po chwili podpływa nasz statek. Wsiadamy na pokład. Kiedy wszystkie siedzenia są zajęte, jednostka odbija od brzegu. Zaczyna się rejs po kanałach Małej Wenecji. W trakcie tej rzecznej podróży młoda dziewczyna, która jest częścią załogi opowiada o tym, co właśnie mijamy. Płyniemy pod mostami, możemy podziwiać przepiękne domy bardzo znanych i bogatych ludzi. Ale najważniejsze jest obcowanie z przyrodą. W trakcie rejsu są takie fragmenty, gdzie w życiu bym nie pomyślał, że jestem w Londynie. Słowem super rejs i bardzo wartościowa atrakcja. Z czystym sumieniem mogę Wam to polecić.
Istna świątynia komercji. Dochodzimy do stacji metra, siadamy na ławce i zastanawiamy się co dalej. Nie mamy za bardzo pomysłu. Osobiście byłem nastawiony na to, że dzielnica nas wciągnie i popłyniemy z jej nurtem, jednak nic takiego się nie stało. Generalnie chyba wszyscy jesteśmy tym rozczarowani. Wyciągamy telefon i sprawdzamy czy oprócz sklepów, stoisk i lokali gastro można tu coś ciekawego zobaczyć. Okazuje się, że w pobliżu jest dom, w którym zmarła Amy Winehouse. Przed tym budynkiem stoi drzewo, do którego pielgrzymują fani piosenkarki z całego świata. Nie mamy w zasadzie nic innego do roboty, czasu sporo więc czemu nie.