Budzi mnie jakiś hałas. Otwieram oczy, spoglądam na zegarek – nie dowierzam.  Wskazówki znajdują się na godzinie: 05.00. Matko, jest tak wcześnie! Coś we mnie pęka! Ta godzina jest po prostu nieludzka. Leżę w wyrku załamany. Pora na pobudkę jest zdecydowanie za wczesna, tym bardziej że są wakacje! Do moich uszu dociera miarowe jednostajne, stukanie, które niesie się po całym domu. Przeklinając w myślach, zastanawiam się co to jest?  Kto jest takim padalcem i o tej porze miażdży sąsiadów takimi odgłosami? Co mogę zrobić? Nic! Zamykam oczy i proszę Boga aby to się wreszcie skończyło. O dziwo po około 10 minutach moje prośby do Najwyższego zostają wysłuchane. ???? Zapada błoga cisza. Kiedy czuję, że już prawie zasypiam, znowu otwieram oczy. Tym razem jakiś cymbał, bo tylko to ciśnie mi się na myśl, wyśpiewuje jakieś włoskie serenady. Dźwięki jego arii dochodzą z dołu budynku. Spoglądam na zegarek – jest przed 6.00. No po prostu nie do wiary! To jest jakaś masakra! Najpierw industrialne odgłosy maszyny, a teraz śpiewy włoskiego chłopa. Jednym słowem poranna masakra! Mimo darcia paszczy, które niesie się po całej kamienicy, jakoś udaje mi się zasnąć. Kiedy się budzę w domu panuje cisza. Doceniam ten stan rzeczy. W głowie huczą mi jeszcze dogłosy maszyny i włoskie pieśni. Co to był za poranek?  Kiedy Olka wstaje mówi, że słyszała jakieś dziwne dźwięki i pyta, czy też słyszałem tego gościa, co to nad ranem uskuteczniał swoje wokalne popisy? Jasne, że słyszałem #%**@# !!!!
Zwlekam się z wyra i wyglądam przez okno. Widok palmy rosnącej na dziedzińcu sprawia, że dobry humor powraca. Zasiadamy do naszego pierwszego włoskiego śniadania.
Ten moment dnia opracowaliśmy w trakcie naszego wspólnego wypadu do Rzymu. Kiedy wczoraj wracaliśmy do domu, zrobiliśmy odpowiednie zakupy. Na stole ląduje oczywiście szynka parmeńska, chipsy, ser i pieczywo z naszej piekarni. Jest też wino w kartonie, które osobiście wybrała Aleksandra twierdząc, że te w kartonie są najlepsze. Akurat do tego zagadnienia podchodzę sceptycznie, ale już po pierwszym łyku przekonuję się, że włoskie wina w kartonie znacząco różnią się od polskich w kartonie ???? .
Kiedy jestem w toalecie otwieram okno, które wychodzi centralnie na ulicę. Siedząc na kibelku widzę, jak miasto budzi się do życia. Pora jest już raczej późna jak na polskie standardy. Jednak w Trapani dopiero wszystko zaczyna powoli się otwierać. Przez okno odczytuję nazwę kawiarni, która jest na przeciwko. Widzę, że jest już otwarta. Z ciekawości wrzucam nazwę w google – „Efi Bar Pasticceria”. Okazuje się, że jest to kawiarnia należąca do rodziny mafijnego szefa, który działał na terenie Trapani. Lokal jeszcze niedawno był zajęty przez prokuratora do jakieś kryminalnej sprawy. Podobno spotykali się w nim najważniejsi mafiosi z miasta i okolicy. Przy kawie i ciastku załatwiali swoje interesy. Jednak kunszt i klasa włoskiego mecenasa sprawiły, że kawiarnia została wyłączona z tej kryminalnej opowieści. Właśnie tam dziś wypiję swoją małą czarną. Umawiamy się z Olą, że idę naprzeciwko na „kawulca”. Tam na nią poczekam. Jak tylko się ogarnie, pójdziemy zdobyć nasze wzgórze.  
Przed Efi stoją stoliki, przy których siedzą starsi panowie. Jarają szlugi, piją piwko. Wyglądają na stałych bywalców. Wchodzę do środka. Wnętrze nie różni się zbytnio od innych lokali tego typu. Kanapki na ladach, piwo w butelkach, ciastka, słodkie bułki, ekspres do kawy. 
Zamawiam „czarną”, siadam przy stoliku. W tym momencie nie wiem czy to nie moja chora wyobraźnia, ale czuję się obserwowany przez pewnego młodego mężczyznę. Bawi się z małym dzieckiem i co jakiś czas „obcina” mnie wzrokiem. Dosłownie po chwili orientuję się, że jestem tu jedynym turystą. Po rozmowach mężczyzn siedzących przy stoliku wnioskuję, że są oni dobrymi znajomymi. Odnoszę wrażenie, że generalnie wszyscy, którzy przewijają się przez kawiarnię, to lokalsi.  
Po pierwszym łyku kawy mogę śmiało powiedzieć, że „u mafiosy” na tym temacie znają się idealnie. Co ciekawe do kawy podają też szklaneczkę wody co bardzo mnie cieszy a rzadko się zdarza w naszych rodzinnych kawiarniach.
Dopijam napar z filiżanki. Kiedy biorę ostatni łyk widzę, że Olka idzie w moim kierunku. Podnoszę się z krzesła, zakładam plecak i wychodzę jej naprzeciw. W tym właśnie momencie rozpoczyna się nasza wyprawa na wczorajszą niezdobytą górę. Jak się okazuje naszym celem jest miasto Eice. To właśnie ono znajduje się na wierzchołku wzniesienia, które dziś zamierzamy zdobyć. Okazuje się też, że góra, na którym położona jest miejscowość, nazywa się identycznie jak miasteczko. 
Od celu dzieli nas naprawdę niewiele, bo jakieś 8 kilometrów. Szacujemy, że na spokojnie wejście zajmie nam jakieś 3 do 4 godzin i to bez żadnego spięcia. W necie wyczytuję, że Erice, do którego zmierzamy, jest perłą wśród miast Sycylii. Będąc na wyspie należy się tam zameldować. Ponoć widoki zapierają tam dech w piersiach i generalnie same ochy i achy. Z dawką tego typu informacji dziarsko ruszamy naprzód.
Początkowo trasa wiedzie przez Trapani. Idziemy ulicami, między blokami, przechodzimy przez podwórka. Co jakiś czas spoglądam na mapę. Nie chcemy dziś się pogubić. Cel jest jasno wyznaczony. Musimy tam wejść! W miarę upływu czasu bloki zmieniają się w domki jednorodzinne. Im wyżej się wdrapujemy, tym widoki za naszymi plecami robią się coraz bardziej spektakularne.
W pewnym momencie dochodzimy do zakrętu jezdni. Szlak pieszy odbija w prawo. Odwracamy się i szczeki nam opadają. Przed nami rozpościera się fenomenalna panorama na miasto, morze i pobliskie wysepki. Taki widok w tym właśnie miejscu zapowiada, że nasza wycieczka będzie wyjątkowa. Robimy sobie krótki odpoczynek. Korzystam z okazji, żeby właśnie tu i teraz rozstrzygnąć konkurs fotograficzny jaki ogłosiłem na stronie Zmysłów. Zwycięzcami okazują się Tomek i Rafał. Szybkie ogłoszenie werdyktu, krótka sesja fotograficzna i ruszamy dalej. Schodzimy z asfaltu. Reszta podejścia to już droga szutrowa z odrobiną kamieni. Mimo, że nachylenie góry nie jest zbyt duże to świecące słońce sprawia, że musimy oszczędnie gospodarować siłami. Co jakiś czas robimy sobie przystanki.
Podziwiamy kapitalne widoki i kwiaty. Kiedy wyjeżdżaliśmy z kraju o wiośnie nawet nie było co mówić. Idąc trasą wiodąca do Erice możemy podziwiać dziesiątki kwitnących kwiatów różnych gatunków roślin. Jestem tym widokiem zachwycony. Tu wszystko wygląda tak jak w Polsce latem gdzieś na kwietnej łące.
Oprócz nas na szlaku jest praktycznie pusto. Cisza, spokój i fenomenalne widoki. W pewnym momencie naszej „wspinaczki” zauważamy po prawej stronie budynek. Wygląda na świątynię. Intryguje nas nieco ten obiekt, ale decydujemy, że śmigamy na górę. Na powrocie, jak będzie chwila, to kto wie? Może tu zajrzymy.
Tymczasem nasz cel jest coraz bliżej. Robimy sobie jeszcze jeden przystanek na uzupełnienie płynów i szybką przekąskę. Do szczytu zostało nam może 15 minut. Zbieramy siły i ruszamy. Po kilku minutach kończy się szutrowy szlak. Ponownie wkraczamy na asfalt. O tym, że jesteśmy blisko celu świadczą zabudowania, które mijamy, oraz auta mknące po czarnej drodze. W pewnym momencie zauważamy parking, na którym stoi kilka osobowych samochodów i jakiś autokar. Jesteśmy praktycznie na miejscu. Do miasta wchodzimy przez kamienna bramę, przy której stoi mapa Erice.
Zdobywamy „naszą” górę!  Przekraczając próg tej sycylijskiej perły architektury, skręcamy w lewo. Wychodzimy na coś w rodzaju tarasu widokowego, z którego rozciąga się fantastyczna panorama na okolicę. Taki widok jest genialnym prologiem tego, co nas dziś czeka. Chwile stoimy podziwiając widoki. Gdzieś pod skórą czujemy, że to dopiero początek. Warto było się tu wgramolić.
Bez pośpiechu spacerujemy po Erice. Wąskie kamienne uliczki sprawiają, że mamy wrażenie takie jak byśmy przenieśli się w czasie.
Efekt potęguje totalna cisza i brak turystów. Rozglądam się dookoła. W oknach niektórych mieszkań dostrzegam zasłony. Gdzieniegdzie na sznurkach wisi pranie.
Po drodze mijamy kilka sklepików z pamiątkami i jakieś klimatyczne, małe restauracyjki. W pewnym momencie wychodzimy na plac. Na jego środku stoi wielka choinka. Oprócz niej jest tu jeden sklep spożywczo – przemysłowy, restauracja, która jest zamknięta i sklepik z pamiątkami. Postanawiamy, że w tak pięknych okolicznościach chwilę odpoczniemy.  Siadamy na ławce. Wyciągamy ciastka i wino.
Zastanawiamy się, kiedy zaczyna się tu sezon turystyczny. Nie to, żeby nam coś nie pasowało. Jest wręcz przeciwnie. Im mniej turystów tym lepiej, ale jestem zdziwiony tym, że w tak klimatycznym i pięknym miasteczku jest tak mało ludzi. Dźwigamy tyłki, bo mamy jeszcze kilka uliczek do zdeptania.
 Im więcej uliczek przechodzimy, tym bardziej utwierdzamy się w tym, że jest to jedno z piękniejszych miasteczek, w których byliśmy. Zachodzimy do kilku sklepów z pamiątkami. Wiecie: magnesy, figurki, kubki, breloczki. Pamiątek bez liku!
Zwracam uwagę na to, że w większości sklepików gadżety nie są produkowane w Chinach, ale przez miejscowych artystów i rzemieślników.  Taki stan rzeczy bardzo szanuję.  Kolejne chwile zachwytu dopadają nas w momencie, kiedy wchodzimy na kolejny punkt widokowy.
Z tego miejsca  rozpościera się kapitalna panorama na najpiękniejszą plażę Sycylii, czyli San Vito lo Capo. W oczy rzuca mi się kilka domów jednorodzinnych, które usytuowane są w taki sposób, że ich mieszkańcy z okien podziwiają San Vito. Zazdroszczę, naprawdę! Wstajesz rano i pijesz kawę z tak „kosmicznym” widokiem ???? .
Niestety nie samymi widokami człowiek żyje. Godzina robi się mocno popołudniowa, a my najzwyczajniej w świecie zaczynamy być głodni. Podejmujemy decyzję, że zanim wrócimy do domu, to zajdziemy gdzieś na jedzenie. Ola chce mnie zaznajomić z sycylijskim klasykiem, czyli arancini. Póki co ta nazwa nie mówi mi zbyt wiele. Olka tłumaczy mi, że to kulka ryżowa z nadzieniem, smażona na głęboki oleju i że ponoć smakuje obłędnie. Cóż póki co mam bardzo pozytywne doświadczenia ze smakami Sycylii. Mam nadzieję, że ryżowa kula mnie nie zawiedzie.
CDN…
Jeśli moje pisanie przypadło Ci do gustu, na twojej twarzy pojawił się uśmiech,  to będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć  link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję