Kloszard`s day II – passenger forever

Wreszcie, bardzo powoli na przystanek wtacza się nasz autobus. Czując piekące słońce na moim karku obserwuję tę procedurę kołowania z dużym entuzjazmem. Drzwi pojazdu otwierają się na oścież. Wskakujemy do środka, zajmujemy miejsca i w drogę. Mimo zmęczenia podróżą pojawia się w nas iskra radości. Lada moment dotrzemy do hotelu. Czytałem przed wyjazdem, że podróż autem z lotniska na dzielnicę Gżira, gdzie jest hotel zajmuje około 15 minut. Szybko analizuję sytuację, porę dnia, środek transportu i jak byk mi wychodzi, że za około 30 minut będziemy u celu. Ta wizja sprawia, że nasze morale rosną jak grzyby po deszczu. Autobus jedzie według rozkładu, zabierając po drodze pasażerów. Jedni ludzie wsiadają, inni wysiadają. Czas mija, natomiast my nawet na jotę nie zbliżamy się do końca podróży. Wewnątrz, mimo włączonej klimatyzacji, jest bardzo gorąco. Odnoszę wrażenie, że zimny nawiew działa na wpół gwizdka.  Ala zasypia. Jej głowa bezwiednie ląduje na moim ramieniu. Spoglądam na Marków – też śpią. Mija ponad 30 minut jazdy, a końca nadal nie widać! Zaczynam się niecierpliwić. Z ciekawości odpalam nawigację i śledzę drogę, którą się poruszamy. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy widzę, że trasa autobusu wiedzie chyba przez całą Maltę. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, ile w takim tempie zajmie nam dojazd?! Po około godzinie towarzystwo wyrywa się z objęć Morfeusza i otwiera oczy. Na pytanie, gdzie jesteśmy i ile jeszcze, odpowiadam, że nie mam pojęcia. Nasz środek transportu jedzie, jedzie, jedzie i nawet na chwilę nie zbliża się do miejsca, gdzie mamy wysiąść. W zasadzie taka jazda byłaby atrakcją, gdyby nie to, że jesteśmy w podróży już grubo ponad dobę. Staram się rejestrować obrazy za oknem, ale bardziej interesuje mnie mapa na wyświetlaczu mojego telefonu. W pewnym momencie łapie nas „ostra”, zmęczeniowa głupawa. Zgodnie stwierdzamy, że tym autobusem chyba będziemy tak jeździć przez cały tydzień, żeby po siedmiu dniach wysiąść na przystanku przed lotniskiem ???? . Podróż trwa tak długo, że tracimy wiarę w to, że uda nam się dojechać. W pewnym momencie zauważam na mapie, że od celu dzieli nas 500m. Kiedy komunikuję o tym ekipie, wstępuje w nas nadzieja, że uda się wreszcie dojechać i wysiąść z tego przeklętego autobusu, którym podróżujemy już chyba półtorej godziny. Śmiejemy się, że będziemy wiecznymi pasażerami.  Kiedy wreszcie szykujemy się do wyjścia, kierowca nagle skręca w boczną ulicę i po chwili znowu od celu dzielą nas jakieś trzy kilometry. Nie wiemy czy się z tego śmiać, czy co?! To jest jakaś absurdalna sytuacja.  Ile trwa nasz autobusowy objazd po wyspie? Tracę rachubę. Na szczęście wszystko, co ma początek, musi mieć koniec. Wysiadamy na przystanku w dzielnicy Gżira.  
To, co widzimy, wprawia nas w osłupienie. Piękne nabrzeże, błękitne morze, bujające się na delikatnych falach łodzie. Kapitalny widok. Uśmiechamy się do siebie. Stwierdzamy, że mimo tej fatalnej podróży autobusem, będzie to super urlop.
Wklepujemy w googla adres naszego hotelu i ruszamy w drogę. Jesteśmy pełni nadziei, że uda się nam szybciej zameldować, nie czekając do godz. 15.00. Są tylko dwie rzeczy, które w tym momencie chcemy zrobić. Pierwsza to prysznic, druga to spanie. Jesteśmy wszyscy bardzo umęczeni! Dobiła nas ta niekończąca się podróż maltańskim środkiem komunikacji miejskiej.
Wchodząc w głąb dzielnicy zwracam uwagę na specyficzną architekturę, a szczególnie na balkony. Jak się później okaże, ich wygląd jest jedną z wizytówek Malty. Oprócz tego zauważamy, że na ścianach kamienic przy drzwiach wejściowych do mieszkań, eksponowane są rzeźby o tematyce religijnej. Bezapelacyjnie króluje Matka Boska.
Maltańczycy są bardzo katolickim narodem. Na wyspie podobno znajduje się tyle samo kościołów, co dni w roku.
 Jesteśmy w takim stanie, że za chwilę położymy się na ulicy i pójdziemy spać. Na szczęście dotarcie do hotelu nie zajmuje nam wiele czasu.  Korzystając z nawigacji lokalizujemy drzwi wejściowe do Blubay Apartaments. Przekraczamy próg. Pierwsze, co robimy to rozkoszujemy się klimatyzacją. Na zewnątrz jest już tak gorąco i parno, że ten powiew chłodnego powietrza jest zbawienny. Razem z Moniką lądujemy na skórzanych kanapach. Marek i Ala idą załatwić formalności związane z zakwaterowaniem. Na pierwszy rzut oka hotel wygląda dość porządnie. Przybyłych gości obsługuje dwóch recepcjonistów. W mojej głowie pojawiają się fantastyczne widoki na błękitne morze, rozpościerające się z okna hotelowego pokoju, które reklamowały Blubay. Na stronie internetowej obiektu jest nawet zdjęcie, które przedstawia basen na dachu tego budynku. Nie mogę się już doczekać, kiedy wezmę prysznic i legnę na wyro. Ala z Markiem wracają. Po ich minach widzę, że coś jest nie tak. Informacja, którą przynoszą brzmi następująco: Nie możemy się wcześniej zameldować. Nasza kwatera znajduje się w całkiem innym budynku. Na szczęście odległość, która dzieli nas od noclegu nie jest duża. W tej chwili jedyne, co możemy zrobić to zostawić nasze bagaże i skorzystać z toalety. Niestety wizja szybszego zakwaterowania rozsypała się jak domek z kart. Cóż, postanawiamy, że do tej 15.00 po prostu pokręcimy się po okolicy i tyle, ale najpierw toaleta i mycie zębów.
Pakujemy się w czwórkę do łazienki, wyciągamy szczoteczki i pastę. Po tylu godzinach w podróży móc umyć kły jest czystą radością ???? . Zjeżdżamy windą na poziom -1. Tam w specjalnym pomieszczeniu zostawiamy nasze walizki. Teraz tylko brakuje nam kawy. W miarę ogarnięci i odświeżeni wychodzimy na zewnątrz.
Kiedy tylko opuszczamy klimatyzowane pomieszczenie budynku natychmiast uderza w nas fala gorąca. Jak wcześniej wspominałem lubię ciepło, ale to co tu się dzieje to gruba przesada. Temperatura i wilgotność powietrza sprawiają, że moje ciało natychmiast oblewa się potem. Ubranie lepi się do skóry. Jakaś masakra! Jeśli tak ma to wyglądać to na zwiedzanie zostaną nam tylko wieczory albo wczesne godziny poranne. Pierwsze co musimy zrobić, żeby dociągnąć do 15.00 to napić się mocnej kawy. Tylko to daje nam szansę na to, że dotrwamy i nie zaśniemy gdzieś w parku.
Przemykając w cieniu kamienic kierujemy się nad morze. Na szczęście odległość, która nas dzieli od nabrzeża jest niewielka. Dosłownie po kilku minutach wychodzimy na główną ulicę naszej dzielnicy. W poszukiwaniu kawiarni skręcamy w prawo i wypatrujemy kofeinowej przystani. Idąc ulicą, jestem pełen podziwu jak w takich wysokich temperaturach Maltańczycy mogą funkcjonować. Po kilku minutach dostrzegamy po drugiej stronie ulicy restaurację o wdzięcznej nazwie Paparazzi.  Nie zdążyliśmy się rozsiąść, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że knajpa jest jeszcze zamknięta. Rozglądając się dookoła zauważamy kilkanaście metrów dalej tuż przy ulicy coś, co wygląda trochę jak kawiarnia, trochę jak knajpka. Widzimy, że pod dachem, chroniącym gości przed słońcem, siedzą ludzie. Nie namyślamy się długo.
Po chwili siedzimy już przy stoliku. Co ciekawe klientami tej miejscówki są w znakomitej większości Maltańczycy. Nie widzimy tu prawie żadnych turystów. Dominuje starsze towarzystwo i raczej męskie. Faceci popiją kawę i zimne piwo. Kilka osób wcina śniadanie. Taki widok mówi mi, że dobrze trafiamy. Lokal nazywa się Bus Stop. Dlaczego? Praktycznie tuż obok jest przystanek autobusowy. Od strony ulicy można zamówić jakieś szybkie danie na wynos. Natomiast z drugiej strony, tu właśnie, gdzie teraz siedzimy, porozstawiane są stoliki, przy których można spokojnie napić się na przykład kawy. W pewnym momencie zwracamy uwagę na kelnerkę, która obsługuje gości. Razem z Mareckim z zafascynowaniem lustrujemy ją od góry do dołu.  Dziewczyna jest wysoka, szczupła, wysportowana. Ma zgrabne nogi i fajne cycki, które opina sportowa koszulka z krótkim rękawem. Włosy pofarbowane na jasny blond ma spięte w kucyk. Niewątpliwie jest atrakcyjna, a jej uroda faktycznie może przykuwać uwagę. Cała nasz czwórka gapi się na nią i nie dowierzamy w to, co widzimy.
Mimo, że jest gorąco i śmiało można powiedzieć, że z nieba leje się żar, nasza kelnerka jest ubrana w długie legginsy koloru czarnego, białe długie skarpety a na stopach ma adidasy. Nie możemy uwierzyć, że w takim stroju w tej temperaturze można w ogóle przeżyć. Jak to możliwe? My ukryci w cieniu ledwo co dajemy radę, a laska zasuwa między stolikami w długich legginsach. Mało tego, na jej czole nie da się zauważyć nawet kropli potu. Cóż za fantastyczna termoregulacja! Wszyscy jesteśmy pełni podziwu. Nasza kelnerka zostaje przez nas ochrzczona. Od tej pory nazywaliśmy ją: Miss Lycra.
Po chwili kobieta z uśmiechem na twarzy podaje nam karty, odwraca się na pięcie i z gracją idzie obsługiwać innych klientów. Patrzymy w kartę. Bez namysłu proszę o kawę, natomiast reszta rezygnuje z kofeiny na rzecz zimnego browarka.  Do tego zamawiamy lekkie śniadanie. Lycra odbiera od nas zamówienie i po chwili mogę napić się ciemnej jak smoła americany. Kawa jest mocna, pyszna i wypełniona kofeiną po brzegi. Jedzenie, które wjeżdża na talerzach też jest niczego sobie. Trochę się obawialiśmy tego, co nam kucharz przyrządzi, ale jak się okazuje nasze obawy były zupełnie niepotrzebnie. Siedzimy przy stoliku, wcinając nasze pierwsze wakacyjne śniadanie. U Lycry jest na tyle miło i sympatycznie, że wszyscy już wiemy, że tu będziemy pić swoją ulubioną poranną kawę. Po śniadaniu płacimy rachunek. Za wszystko na stole zostawiamy 27,55€, oczywiście z napiwkiem.

CDN…

Jeśli moje pisanie przypadło Ci do gustu, to będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję