Mieszkanie przy Via Conte Agostino Pepoli 189 znalazła Olka. Od zabytkowego centrum miasta, w którym obecnie się znajdujemy oddalone jest o około 3 kilometry. Po prawie 30 minutowym spacerze stajemy przed drzwiami na klatkę schodową naszej sycylijskiej kwatery. Przekraczamy próg i schodami wchodzimy na pierwsze piętro. Po drodze zwracam uwagę na to, że cała klatka schodowa pomalowana jest na biało. Poza tym do naszych nosów dociera intensywny zapach pieczonego chleba. Przystaję na moment i szukam jakiś drzwi, które prowadziłby do piekarni jednak nic takiego nie znajduję. Zastanawiam się skąd dochodzi ten zapach? Myślę, że ta kwestia wcześniej czy później się wyjaśni. Otwieramy drzwi wejściowe i pakujemy się do środka. Kwatera jest duża, bardzo przestronna. Trochę mało tu światła, ale najważniejsze, że jest czysto. Robimy szybki przegląd pokoi. W jednym z nich jest balkon wychodzący na ulice, natomiast w drugim widok wychodzi na wewnętrzne podwórko, w którego centralnej części rośnie wielka palma.
Drzewo robi niesamowity klimat. Niby zwykła palma, ale ma w sobie coś magnetycznego. Olka wyraźnie jest zadowolona z wyboru naszej bazy ???? . Rozpakowujemy plecaki, odpalamy włoską TV. Siadamy na kanapę, zastanawiając się co dalej robimy z tak fantastycznie rozpoczętym dniem. Idąc tu z daleka widzieliśmy wzgórze wznoszące się nad miastem. Mimo, że jesteśmy mocno zmęczeni postanawiamy, że jeszcze dziś wejdziemy na jego szczyt. Za bardzo nie wiemy nawet jak się to wzniesienie nazywa i co tam się znajduje. W tym momencie jest to nieważne. Nasz cel wydaje się być na wyciagnięcie ręki, więc czemu nie? W planie miałem chwilę drzemki, kiedy już dotrzemy na kwaterę, ale jestem tak podekscytowany tym, że wreszcie udało mi się zameldować na Sycylii, że nie chcę tracić ani chwili. Przepakowujemy nasze plecaki i zbieramy się do wyjścia. Zanim jednak wyruszymy na naszą „górską” wyprawę, wychodzę na balkon mieszczący się od strony głównej ulicy. Stoję tam przez chwilę obserwując ruch samochodowy. Patrzę na to co wyprawiają tutejsi kierowcy i nie dowierzam.
Wołam Ole, żeby też to zobaczyła. Po jezdni jedzie niekończący się sznur samochodów. Karoseria wielu z nich jest poobijana, porysowana. Na kilku dostrzegam poważne wgniecenia. Zauważam nawet auto, którego tylna boczna szyba jest zaklejona w całości czarną taśmą. Pod naszym oknem znajduje się skrzyżowanie ulic. Stoimy na balkonie i nie możemy się nadziwić jak tu się jeździ. Wydaje się, że sycylijskich kierowców nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego. Nikt, no prawie nikt, nie używa tu kierunkowskazów. Nie mogę uwierzyć, że tak można. Widok sycylijskiej szkoły jazdy wprawia nas w zdumienie a nawet budzi grozę. Nie wierzymy, w to co wyrabiają tutejsi kierowcy. To, że nie dochodzi do żadnej stłuczki jest z mojego punktu widzenia istnym cudem. Dużo słyszałem o tym jak jeździ się na Sycylii. Teraz widzę to własnymi oczami i jestem pod wrażeniem. Nigdy chyba nie zdecyduję się na wypożyczenie tu auta ????
Plecaki spakowane. Wychodzimy przed klatkę schodową. Teraz dopiero zauważam, że z jednej strony przy drzwiach naszej klatki schodowej znajdują się drzwi prowadzące do piekarni. Stąd ten niesamowity zapach. Z drugiej mamy sklep z owocami i warzywami. Na przeciwko naszej kwatery widzę kawiarnię. Utwierdzam się w tym, że nasz nocleg położony jest idealnie. Mimo, że jesteśmy padnięci decydujemy, iż pierwsze kroki kierujemy w stronę wzniesienia, które widzieliśmy idąc na „kwaterę”. Odpalam mapę na telefonie i w drogę. Przemierzamy puste ulice. O tej porze lokalsi mają sjestę. Spoglądam przed siebie i to co początkowo wydawało się nam niezbyt wysokim wzniesieniem coraz bardziej przypomina sporą górę. Mimo, że pora dnia jest dość późna na taki wypad, jesteśmy przeświadczeni, że dotarcie na szczyt zajmie nam dosłownie chwilę. W pewnym momencie skręcamy w wąską uliczkę, która okazuje się być ślepa. Patrzę na mapę i stwierdzam, że faktycznie dalej tędy nigdzie nie pójdziemy. Nasz entuzjazm opada w oka mgnieniu. W tym właśnie momencie dopada nas zmęczenie. Próbujemy jeszcze znaleźć odpowiednią ścieżkę. Okazuje się, że jeśli chcemy wrócić na szlak to musimy się solidnie cofnąć. Taki stan rzeczy powoduje, że podejmujemy jedyną, słuszną decyzję. Wycieczkę na szczyt odkładamy na jutro. Zorientujemy się co to za wzgórze, ile czasu potrzeba, żeby tam wejść i co nas tam może spotkać. Tymczasem robimy w tył zwrot i postanawiamy, że idziemy na starówkę coś zjeść.
Przemierzając ulice Trapani zauważam, że jest tu mnóstwo sklepów z asortymentem dla dzieci, gdzie królują zabawki, ubranka, wózki, łóżeczka. Mijamy też sporo witryn z wyrobami jubilerskimi i zegarkami. Ilość tego rodzaju sklepów jest naprawdę spora. Sycylijczycy stawiają na dzietność i uwielbiają biżuterię ???? . Zewsząd dobiegają nas zapachy pysznego jedzenia, które sprawiają, że szybciej przebieramy nogami. W pewnym momencie odpuszczamy kierunek ścisłego centrum, skręcamy w boczną uliczkę i wychodzimy nad brzeg morza.
Widok jest fantastyczny. Błękitne niebo, słońce miło grzeje, zero ludzi. Tak właśnie wyobrażałem sobie ten moment. Idziemy spacerem wzdłuż wybrzeża, podziwiając widoki. Ten sielski obrazek zakłóca tylko głód, który coraz bardziej natarczywie przypomina o podstawowej potrzebie człowieka w podróży ???? . Postanawiamy, że najpierw wrzucimy coś na ruszt, a po obiedzie idziemy nad morze. Wracamy na kulinarny szlak, wybieramy małą restaurację. Mimo jeszcze trwającej sjesty lokal jest otwarty. Wchodzimy do środka, zamawiamy makaron z obowiązkową lampką białego wina. Restauracja jest bardzo kameralna i robi dobre wrażenie. W oczekiwaniu na posiłek idę do toalety umyć dłonie. Kiedy odkręcam kurek kątem oka dostrzegam olbrzymiego karalucha. Jegomość leży na plecach i delikatnie porusza czułkami.
W pierwszym momencie nie dowierzam w to co widzę. Pochylam się nad stworzeniem i przez chwilę go obserwuję. Robak nic sobie z tego nie robi. Nie wiem co mam o tym sądzić. Pierwsza myśl, która pojawia się w mojej głowie jest taka, że dobrze trafiliśmy. Porcję w tej restauracji muszą być naprawdę zacne. Karaczan tak się objadł, że nie może się podnieść. Po chwili jednak stwierdzam, że może jegomość też ma sjestę. Postanawiam nie mówić Oli przed naszym posiłkiem o moim łazienkowym odkryciu.
Wracam do stolika. Po chwili na blacie ląduje zamówiony przez nas makaron. Biorę pierwszy kęs i zapijam go winem. Myślę o leżącym w toalecie karaluchu. Uśmiecham się do siebie, bo właśnie znam przyczynę jego stanu. Makaron jest naprawdę pyszny.
Nie ma innego rozwiązania jak tylko takie, że karaczan jest po obiedzie i póki co nie może się dźwignąć ????. Kończymy obiadokolację. Chłopak z obsługi proponuje nam kawę, ale postanawiamy, że małą czarną wypijemy w kawiarni. Ola chce mi zafundować cannoli czyli sycylijski słodki przysmak, a tu tego nie ma. Przed wyjściem Olka idzie do toalety. Uprzedziłem ją, że może tam spotkać leniuchującego karaczana. Nie dowierzała. Kiedy wraca potwierdza, że „gość” nadal leży brzuchem do góry i porusza czułkami. Śmiejemy się, że sjesta na Sycylii należy się każdemu ???? .
Wychodzimy z lokalu najedzeni jak mopsy. Idąc klimatycznymi uliczkami szukamy kawiarni. W pewnym momencie orientujemy się, że maszerujemy tą samą drogą, którą szliśmy rano. Znajdujemy małą kawiarnię. Wchodzimy do środka. Ola zamawia kawę i pyta się o cannoli. Przyglądam się wystrojowi wnętrza. Kawiarnia faktycznie jest mała. Na ścianach wisi krzyż i obrazki z wizerunkami świętych. Obsługuje nas młoda dziewczyna. Szefową tego lokalu jest starsza kobieta, która w temperamentny sposób zarządza personelem. Siadamy z Olą na zewnątrz.
Po chwili kelnerka przynosi nam na stół kawę i dwie rurki z kremem. Pierwszy łyk kawy utwierdza mnie w tym, że Włosi w tym temacie są mistrzami. Olka zabiera się za cannoli. Bierze gryz i rozpływa się w zachwycie.
Mówi, że ten deser jadła ostatnio, kiedy jakiś czas temu była na północy Sycylii, jednak twierdzi, że ten w wydaniu trapańskim jest po prostu wyśmienity. Po takiej rekomendacji i zachwycie jaki widzę w jej oczach, biorę gryz i kulinarnie padam na kolana. To jest pycha! Epicki krem zapakowany w rurkę, ale zrobioną z takiego ciasta jak te robione na faworki. Z dwóch stron rurki na kremie leżą drobno zmielone orzechy pistacjowe, natomiast środek posypany jest cukrem pudrem. Pytam się, co to za krem? Ola tłumaczy mi, że jest on wykonany z ricotty, czyli sera produkowanego z serwatki pozostałej po produkcji innych serów. Powiem Wam, że zakochałem się w tym ciastku od pierwszego ugryzienia.
Sycylijskie dzieło sztuki. Oprócz tego, że smakuje obłędnie, to sprawia, że czuję jak mój organizm otrzymuje potężną dawkę energii kofeinowo – kalorycznej. Właśnie dla takich momentów warto było tu przyjechać. Kończymy naszą słodką biesiadę i śmigamy nad morze. Trzeba spalić to co przyjęliśmy.
Po kilku krokach jesteśmy nad brzegiem. Spacerujemy drogą wiodącą wzdłuż brzegu. Podziwiamy przepiękny widok. Morskie fale rozbijają się o brzeg. Niebo nad nami błękitne, a całości dopełnia fenomenalny widok naszego niezdobytego wzgórza. Dochodzimy do końca promenady, na której znajduje się coś na podobieństwo małej wieży, strzegącej niegdyś miasto od strony morza. Wyciągam z plecaka małego browarka i delektuję się jego smakiem.
Ola biega po falochronie z aparatem i łapie chwile zamykając je w kadrze. Kładę się na betonowej posadzce, kieruję twarz w stronę słońca, słucham szumu fal i delektuję się tym co mnie otacza. Ola wraca z „polowania”. Cieszymy się, że jesteśmy tu akurat w tym momencie. Zdecydowanie jest jeszcze przed sezonem turystycznym. Nie ma tłumu turystów, jest tylko cisza i szum morza. Chwilo trwaj. Kiedy spoglądamy przed siebie, nasz wzrok jak magnez przyciąga wzgórze, którego jeszcze nie zdobyliśmy. Podejmujemy decyzję, że jutro po śniadaniu wejdziemy na jego szczyt i tam napijemy się wina. Mimo trwającej idylli pora ruszać do domu. Wracamy na wąskie uliczki Trapani i kierujemy się w stronę naszej dzielnicy. Po drodze mijamy małą knajpkę, w której zatrzymujemy się na aperola. Nie jest to typowy spritz tylko sycylijski. O ile klasyczny ma kolor pomarańczy, tak ten jest żółty jak cytryna.
W smaku zdecydowanie bardziej orzeźwiający niż jego pomarańczowa wersja. Dziś totalnie przypadkowo mamy dzień sycylijskich smaków. Siedzimy przed knajpką popijając drinka i obserwując ulice. Jest cicho, spokojnie przez co bardzo klimatycznie. Zastanawiam się jak to jest możliwe tu we Włoszech, na Sycylii? A jednak.
Kończymy spritza, płacimy rachunek i już bez żadnych przystanków maszerujemy do domu. Dopiero teraz czuję jak jestem potwornie zmęczony. Pobudka o 3 nad ranem, potem lot, busik, nieudana próba wejścia na wzgórze, kilometry spaceru do miasta. To wszystko sprawia, że zdecydowanie potrzebuję łóżka. Kiedy wchodzimy do mieszkania jestem wypompowany. Lecę pod prysznic i najzwyczajniej w świecie kładę się spać.
CDN…










