Dzień dobry Fulham

Meldujemy się w hotelu. Łapiemy oddech i zastanawiamy się co dalej. Pora jest jeszcze wczesna więc trzeba wykorzystać ten dzień maksymalnie jak tylko się da. Pada pomysł wyjścia do muzeum techniki. Szczerze mówiąc taka opcja nie wzbudza we mnie entuzjazmu. Po chwili dyskusji dochodzimy do wniosku, że Ala i dzieciaki odwiedzą muzeum, natomiast ja będę miał popołudnie tylko dla siebie. Wychodzę z hotelu z planem w głowie i uśmiechem na twarzy. Dziś mam chwile, żeby zobaczyć, jak wygląda dzielnica, na której przyszło nam mieszkać. Generalnie chcę dojść nad rzekę i tam spędzić trochę czasu.
Idę ulicami lawirując między mieszkańcami. Do mojego nosa docierają zapachy z pobliskich restauracji. Wszędzie słuchać gwar i tętniące życie ulicy.
Mijam sklepy, stoiska z artykułami przemysłowymi i stragany wystawione na chodniku. Przyglądam się mieszkańcom tłoczącym się przy kramach. Ludzie oglądają powystawiane na ladach warzywa i owoce. Dotykają, wąchają i kupują. Wszystko świeże, kolorowe oraz pachnące.
W tym momencie czuję się trochę jak mieszkaniec Fulham. Rozglądam się dookoła. Jest tu tyle uliczek, które wiodą na pokuszenie. Każda z nich wydaje się być bardziej interesująca od poprzedniej. Staram się trzymać swojego planu i dotrzeć nad rzekę. Odpalam nawigację w telefonie. Od Tamizy dzieli mnie 30 minut spaceru. W miejscowym spożywczym robię niezbędne zakupy ???? .
Idąc w kierunku rzeki orientuję się, że nad moją głową co kilka minut przelatuje samolot, który traci wysokość szykując się do lądowania. Maszyny lecą bardzo nisko, dosłownie nad głową. Uwielbiam gapić się na samoloty. Siadam na murku przed jakimś domkiem, otwieram wino. Na telefonie uruchamiam aplikację flight radar i na bieżąco obserwuję to, co dzieje się na niebie. Aplikacja informuje mnie o tym jaki aktualnie samolot widzę i skąd wystartował. Nad głową przelatuje mi dosłownie cały świat.
Oglądanie samolotów wciąga. Zaczynam łapać się na tym, że czekam na kolejny, żeby dowiedzieć się skąd leci i jaka to będzie maszyna. Siedzę na tym murku chyba pół godziny. Dopiero zaczynający delikatnie padać deszcz sprawia, że dźwigam tyłek i maszeruję nad Tamizę. Po drodze mijam puby, sklepy, kwiaciarnie, punkty usługowe. Czuję się jak u siebie. Dziwne, bo nie spodziewałem się takich odczuć. Dzielnica mnie kupiła, a ja ją.
Nad rzekę prowadzi droga wiodąca przez park. Kiedy wchodzę na jego teren wita mnie tablica informacyjna. Okazuje się, że wkraczam w progi Bishop Park and Fulham Palac. Przechodzę przez park. Ludzi praktycznie nie ma i to jest fajne. Tylko cisza i spokój. Mam zamiar zobaczyć Fulham Palac i jego ogrody. Spodziewam się jakiegoś stylowego budynku z wieżami i innymi atrybutami pałacowymi.
Kiedy go widzę, czuję się delikatnie zwiedzony.  To piętrowy budynek w kształcie kwadratu wykonany z cegły. Wchodzę do środka z nadzieją, że może tam będzie coś ciekawszego, ale niestety spotyka mnie rozczarowanie. Wewnątrz znajduje się plac, na środku którego umiejscowiona jest skromna fontanna.
Szczerze mówiąc piękniejsze pałace to widziałem chociażby na Dolnym Śląsku. Za to jestem pod wrażeniem zielni jaka porasta teren. Pięknie utrzymane trawniki, wspaniałe drzewa. Klimat iście bajkowy. Obchodzę pałac dookoła. Na jego tyłach znajduje się kawiarnia pod chmurką.
Miejsce jest bardzo klimatyczne. Idąc dalekj mam nadzieję, że trafię na pałacowe ogrody. W pewnym momencie widzę przed sobą otwartą bramę. Przechodzę przez nią i wpadam w zachwyt.
Może nie jest to najbardziej spektakularny ogród jaki widziałem, ale w tym momencie jestem pod jego dużym wrażeniem. Mam poczucie, że idealnie pasuje do reszty otoczenia. Pięknie przystrzyżone żywopłoty, między którymi rosną przeróżne rośliny. Między drzewami owocowymi wiją się alejki. Każdy detal wydaje się być dopracowany do perfekcji.
Moje przekonanie o tym, że Angole znają się na ogrodach tylko się utwierdza. Wychodzę poza mury, mijam stary cmentarz i kościół. Moim oczom ukazuje się Tamiza. Mam fart, bo właśnie niebo się przejaśnia i zaczyna świecić słońce.
Siadam na ławce i po prostu gapię się na rzekę. Ogarnia mnie spokój. W zasadzie w tym momencie nic do szczęścia nie jest mi potrzebne. Z zaciekawieniem przyglądam się jak na Tamizie trenują wioślarze, którzy swój ośródek mają po drugiej stronie rzeki.
Co jakiś czas alejką przebiega jakiś człowiek. Widząc z jaką częstotliwością mijają mnie biegacze nabieram przekonania, że Anglicy wręcz kochają jogging. W zasadzie to doskonale ich rozumiem. Kochają też psy. Co chwila obok mojej ławki przechodzi człowiek ze swoim najlepszym czworonożnym przyjacielem. Mam przegląd ras jakie hodują Londyńczycy. Widzę, że dominują harty. Zdecydowanie piękne psiaki. Nie dziwię się, że ludzie mają tu hopla na ich punkcie.
Londyn jak to Londyn przeważnie gwarantuje deszczową pogodę. Kropla deszczu na moim nosie wytrąca mnie z rozmyślań o życiu. Spoglądam w niebo, które pokryło się ciężkimi chmurami. Początkowo delikatnie padający deszczyk zamienia się w dość rzęsisty. Kryję się pod drzewem i czekam, aż się wypogodzi.
Po dwudziestu minutach ulewa ustępuje. Niebo zaczyna się delikatnie przejaśniać. Spoglądam na zegarek. Jestem ciekawy jak Ala z dzieciakami spędza czas. Trochę się już za nimi stęskniłem Postanawiam wracać. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybynm ruszył prostą drogą do hotelu. Idąc przez park, zbaczam trochę z kursu i całkiem przypadkiem znajduję się pod stadionem klubu piłkarskiego Fulham Londyn. Przed wejściem na obiekt gromadzą się kibice. Dochodzę do wniosku, że za chwilę na murawie boiska rozegra się jakieś spotkanie piłkarskie. Odpalam net i sprawdzam. Niestety nie znajduję informacji kto dziś będzie grał. Natomiast po plakatach porozwieszanych dookoła wnioskuję, że swoje spotkanie będzie rozgrywała drużyna młodzieżowa.  Przez moment przychodzi mi do głowy myśl, żeby wejść i obejrzeć spotkanie, ale daje sobie na spokój. Gdyby grała pierwsza drużyna Fulham to pewnie bym się skusił. Zaglądam za to do klubowego sklepu z gadżetami i zostawiam tam kilka funtów ???? .
Pora jest już naprawdę późna. Poza tym zgłodniałem. Kilometry spaceru zaostrzyły apetyt. Bez żadnego skręcania w boczne uliczki idę prostą drogą do hotelu. Przechodzę przez osiedle domków jednorodzinnych, typowo angielskich szeregowców. Po ich wyglądzie i autach jakie są zaparkowane przed nimi domyślam się, że na tej dzielnicy mieszkają raczej zamożni obywatele.
Zostawiam za plecami azyl londyńskiej klasy średniej i wychodzę na główną drogę prowadzącą do naszego londyńskiego domu. Zauważam, że wszystkie stragany wcześniej stojące na chodnikach zostały już złożone.
Cieszę się z dzisiejszego popołudnia. Potrzebowałem chwilę pobyć sam, złapać oddech, pochodzić swoimi ścieżkami, pogapić się na samoloty i napić wina nad Tamizą. To był dobry czas. Czuję, że mocno podładowałem baterię.

 

CDN…

Jeśli moje blogowe pisanie przypadło Ci do gustu, To będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej  twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję.