Nasze stopy przekraczają próg lotniska. Do Modlina podrzucił nas Paweł za co jeszcze raz bardzo mu dziękujemy! Kiedy wchodzimy na terminal „modlińskiego kurnika” nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Mimo, że jest godzina 4.50 to ludzi po prostu masa. Kolejka do kontroli bezpieczeństwa tak długa jak z Modlina do Trapani. Mając to wszystko przed oczami pojawia się u mnie obawa, że dziś jest ten dzień kiedy możemy nie zdążyć na lot. Do tej chwili byłem święcie przekonany, że nie ma możliwości spóźnić się na samolot. Na pociąg może się zdarzyć, na autobus oczywiście, ale nie zdążyć na samolot? Patrzę w oczy Oli i widzę delikatne przerażenie. Co robić? Jak staniemy na końcu tego sznura podróżnych to nie ma szans na to, żebyśmy przeszli kontrolę bezpieczeństwa. Oceniając naszą sytuację stwierdzam z pełna powagą, że jest beznadziejna. W pewnej chwili, w zasadzie nie wiem jak to się dzieje i w którym momencie, ale centralnie jak Janusze „wbijamy się” między podróżnych, stojących bliżej bramek. Nasze zachowanie ma się nijak do zasad kolejkowej etykiety. Za taki „numer” spodziewam się ostrej reprymendy ze strony innych turystów. Jestem gotowy przyjąć ją na klatę, jednak nic się nie dzieje. Rozpoczynamy walkę z czasem ???? . Kolejka posuwa się bardzo, bardzo powoli. Co chwila nerwowo spoglądam na zegarek. Pocieszamy się tylko tym, że za nami jest jeszcze masa ludzi. Przysłuchując się ich rozmową dowiadujemy się, że niektórzy z nich lecą tym samym samolotem co my. To mnie trochę uspakaja. Myślę, że nie jest to możliwe, żeby tylu pasażerom zamknięto drzwi wejściowe na pokład dosłownie przed nosem. Czas płynie nieubłaganie jak majowy weekend ???? . Mijamy pana sprawdzającego karty pokładowe. Przed nami jeszcze kontrola bezpieczeństwa. Nie wygląda to dobrze! Stanowisk mało a ludzi multum. Z ciekawości spoglądam na tablicę odlotów. Oczom nie mogę uwierzyć. Wyczytuję, że w ciągu jednej godziny odprawiani są pasażerowie czterech lotów. Teraz wiem skąd taki tłok. Na dużym lotnisku taki stan rzeczy nie byłby żadnym problemem, ale na „modlińskim kurniku” to już jest inna historia, którą właśnie doświadczamy na własnej skórze. W pewnym momencie słyszę za swoimi plecami głos pełen rozpaczy: „Czy mogą nas państwo przepuścić? Spieszymy się na lot do Trapani.” Kiedy tylko mężczyzna kończy kwestię zewsząd odzywają się głosy: „My też lecimy tym samolotem. Nic z tego stary. Stoisz grzecznie jak wszyscy.”
Kolejka posuwa się jak ślimak w trakcie sjesty. Zaczynam się denerwować i to tak już nie na żarty. Próbujemy rozładować napięcie i śmiejemy się, bo w zasadzie w takiej sytuacji tylko to nam pozostało. Olka proponuje, że zamiast wakacji na Sycili spędzimy kilka dni u rodzinki na polskiej wsi i też będzie fajnie, a foty na „sosziale” ściągniemy z netu ????. Wreszcie stajemy przy maszynie, która prześwietli nasze bagaże. Do plastikowej kuwety wkładamy elektronikę, kosmetyki i metalowe przedmioty. Spoglądam na wskazówki zegarka. W tym momencie czas się nam skończył. Jest godzina 05.45. Nasze plecaki są właśnie w trakcie sprawdzania. Kiedy je odbieramy, z głośników słyszymy komunikat. Dosłownie za chwilę przejście przez bramkę na lot do Trapani zostanie zamknięte!!! Prosi się pasażerów o pilne przybycie. Łapy trzęsą się nam jak przy delirce. W stylu iście sprinterskim zbieramy swoje toboły. Trzymając w rękach ubrania, saszetki z kosmetykami pędzimy w stronę wejścia. Nigdy, ale to nigdy nie miałem takiej akcji przy odlocie. Mijamy panią z Ryanaira, która nawet już nie sprawdza nam kart pokładowych. Wybiegamy na płytę lotniska. Instruowani przez obsługę gnamy w kierunku naszego samolotu, który już grzeje silniki.
Zdyszani wpadamy do środka. Kiedy tylko zajmujemy miejsca, drzwi maszyny zostają zamknięte. Ufff! Udało się w ostatniej chwili.
Kamień spada nam z serc. Lecimy na wakacje! Samolot zaczyna kołować. Po chwili maszyna zajmuje na pasie startowym odpowiednie miejsce. Pilot podkręca gaz na ful. Boeing z dużą prędkością mknie po pasie. Siła przeciążenia wciska mnie w fotel. W przeciągu kilku sekund wzbijamy się w powietrze. Nie lubię tego momentu. Czekam w napięciu, kiedy maszyna wyrówna lot. Lampki nad fotelami zapalają się na zielono. To znak, że można odpiąć pasy bezpieczeństwa. Łapię głęboki oddech, wyciągam telefon, podłączam słuchawki, odpalam film. Za trzy godziny będziemy w Trapani.
Maszyna z kontrolowanym impetem uderza kołami o płytę lotniska. Jesteśmy na miejscu. Kiedy otwierają się drzwi, pierwsze co widzę to błękitne niebo. Za takim widokiem tęskniłem kilka ostatnich miesięcy. Pogoda w kraju jest bardzo kapryśna. Zima nie odpuszcza, a tu wiosna w pełni.
Mimo wczesnej pory – godzina 09.00, na zewnątrz jest ciepło i słonecznie. Uśmiechamy się do siebie, bo wiemy, że czeka na nas kilka genialnie spędzonych dni ze słońcem i fantastyczną pogodą w bonusie ????. Jak to mawia mój przyjaciel Piotr: „Każdy ma taką pogodę na jaką sobie zasłużył”. Stoję na betonowej płycie, rozglądam się wkoło i stwierdzam, że my bardzo sobie musieliśmy zasłużyć ????. Wraz z innymi podróżnymi przetaczamy się przez halę przylotów i wychodzimy z lotniska. Zaraz za drzwiami skręcamy w lewą stronę. Po czerwonej, wymalowanej na asfalcie ścieżce idziemy w kierunku przystanków, z których odjeżdżają autobusy.
Akurat, kiedy docieramy na miejsce czeka na nas busik. Pakujemy się do środka, płacimy po 4,90 € za bilet. Kierowca stoi jeszcze, czekając kilka minut na maruderów. Kiedy ostatni pasażerowie zajmują swoje miejsca, szofer odpala silnik i ruszamy.
Wysiadamy centralnie przy porcie w Trapani. Cała podróż trwa około 40 minut. Instynktownie ciągnie nas w stronę morza, ale postanawiamy, że znajdziemy jakieś miejsce, żeby coś zjeść.
Skręcamy w wąską uliczkę. Kierując się zapachem trafiamy na małą pastelarię wkomponowaną w róg budynku. Przed lokalem stoi kilka stolików, których blaty wykonane są z kolorowej mozaiki. Wchodzimy do środka. Z zaciekawieniem przeglądamy zawartość przeszkolonych witryn, gdzie na tacach leżą przeróżne wypieki, bułki, słodkości. Gapiąc się na te smakołyki dopiero teraz czujemy, jak bardzo jesteśmy głodni. Decydujemy, że bierzemy po wielkiej bułce z szynką. Oczywiście nie mogę odmówić sobie kawy, tym bardziej, że jest to dziś moja pierwsza. Siadamy przy stoliku i rozpoczynamy nasze pierwsze sycylijskie śniadanie.
Niby zwykła bułka, ale w tym momencie smakuje genialnie. Obserwuję otoczenie i stwierdzam z zadowoleniem, że turystów tu jest mało, nawet bardzo. Z tego, co zdążyłem się zorientować, to wiele osób traktuje Trapani jako miasto tranzytowe w drodze do Palermo. Ludzie tu przylatują, przesiadają się do autobusów i jadą dalej. Akurat mi taki stan rzeczy zupełnie nie przeszkadza. Nie lubię tłumów i bardzo doceniam, że podczas naszego pobytu nie będziemy musieli obijać się o innych, stać w kolejkach, czy czekać w restauracji 40 minut na zamówienie. Buły znikają w oka mgnieniu. Kończę kawę, dźwigamy tyłki i bez pośpiechu kierujemy się w stronę naszej kwatery.
CDN…




