Żegnamy Anzio. Roma do zobaczenia …

Czas na błogim lenistwie mija zdecydowanie za szybko. Postanawiamy, że powoli będziemy się zbierać. W perspektywie, co bardzo mnie cieszy, mamy jeszcze obiad w porcie. Wychodzimy z plaży i w zasadzie standardowo powinniśmy iść w stronę przystani. Jednak nie byłbym sobą na wyjeździe gdybym nie postanowił zobaczyć jeszcze jednej miejscówki. Otóż, kiedy leżeliśmy na piaskach wybrzeża Anzio dostrzegłem, że na pobliskim klifie urzędują młodzi Włosi. Kiedy się im przypatrywałem z dołu stwierdziłem, że muszą mieć z tamtego miejsca kapitalny widok. Moja ciekawość sprawia, że kiedy wychodzimy z kąpieliska, skręcamy w lewo i podążamy w kierunku, który wskazuje nam Neron.
Po przejściu kilkunastu kroków zauważamy, że teren klifu jest ogrodzony siatką, ale możemy tam wejść przechodząc przez furtkę. Zaraz przy wejściu stoi budka, w której siedzi młoda kobieta. Okazuje się, że w pełni sezonu turystycznego, żeby móc tam się dostać trzeba zapłacić. To samo dotyczy plaży. Kiedy tylko zaczyna się włoskie lato, za wejście na teren plaży trzeba uszczuplić portfel o kilka euro. Dlatego, że jesteśmy tu przed sezonem mamy tę atrakcję za darmochę 😉 . Przechodzimy przez furtkę, mijamy budkę i stajemy na skraju klifu. Jesteśmy tu sami. Widok faktycznie kapitalny. Jedyne co zakłóca idyllę to latający nad nami dron. Poza tym tylko szum fal i fantastyczna panorama.
Szybko dochodzę do wniosku, że gdybym wiedział o tym miejscu wcześniej to z pewnością nie leżelibyśmy na plaży, tylko właśnie tutaj. Zdajemy sobie sprawę, że inaczej by to wyglądało, gdyby byli tu ludzie, ale póki co jesteśmy sami i to jest wspaniałe. Robi się już trochę późno, a my jesteśmy już głodni. Podejmujemy decyzję o powrocie.  Odpuszczamy sobie posiłek w porcie i śmigamy od razu na pociąg. W Rzymie pójdziemy do naszej ulubionej tawerny i tam „wciągniemy” obiadokolację.
Idziemy ulicami Anizo nie spiesząc się zbytnio. Dziś czuję się w stu procentach wakacyjnie. Totalny luz, zero spiny, morze, latające nad głowami mewy i klimatyczne miejscówki.
To jest to, co w podróżach bardzo cenie. Do tego wszystkiego zero dzikich turystycznych tłumów. Wychodzimy na uliczki położone przy porcie, a kilka minut później docieramy na plac, od którego rozpoczęliśmy naszą dzisiejszą przygodę.  Po drodze wyłapujemy niesamowite i kuszące zapachy jedzenia. Postanawiamy jednak twardo, że dziś zjemy „u Andrzeja”, tym bardziej że jest to nasz ostatni wieczór w Rzymie. Nieoczekiwanie obok placu lokalizujemy małą lodziarnię.
O dziwo, mimo że znajduje się na uboczu jest mocno oblegana. Taka sytuacja mówi mi tylko jedno. Lody muszą być tam wyśmienite. Oczywiście nie możemy sobie odmówić tej przyjemności. Ola rzuca mnie na głęboką wodę, bo sam muszę złożyć zamówienie. Mam trochę tremę, ale myślę: „Co tam!” Chwila niepewności czy sobie poradzę. Okazuje się, że mimo  nieznajomości języka daję radę. Trochę machania rękoma, kilka wydukanych słów po włosku, mnóstwo uśmiechu i w moim ręku trzymam „wielkiego pistacjowego”. Jest pyszny!
Opowiadam Olce jak go zamówiłem. Ona tylko z niedowierzaniem kręci głową. Śmieje się ze składni jakiej użyłem, ale też jest pełna podziwu, że dałem radę. Cóż jeszcze kilka dni w słonecznej Italii i nawijałbym po włosku, że ho ho 😉 .
Na dworzec wracamy tą sama drogą, którą szliśmy do miasteczka. Pozostaje nam jeszcze kupić bilety. Z biletomatem radzimy sobie bez żadnych problemów. Natomiast skasowanie biletu, to już zupełnie inna kwestia. Wkładam bilet do otworu kasownika i czekam, – nic się nie dzieje. Odwracam bilet. Ponownie wkładam go do kasownika i nic. Sytuacja zaczyna być mocno irytująca. Może ten kasownik nie działa? Podchodzimy do kolejnego. Tym razem Ola podejmuje próbę. Kombinuje na różne sposoby i dupa. Co jest grane? W pewnym momencie do tej upartej maszyny podchodzi miejscowy i bez problemu radzi sobie z tym tematem. Zwracam uwagę, że po włożeniu biletu do kasownika mężczyzna przeciągnął delikatnie bilet w lewą stronę.
Biorę swój kartonik, podchodzę jeszcze raz do tego piekielnego wynalazku. Wkładam bilet i delikatnie przeciągam w lewo. W tym momencie słyszę charakterystyczny odgłos. Bilet został skasowany! O moim odkryciu informuje szybko Olę. Śmiejmy się, że niby zwykły kasownik, a jakie wyzwanie. Oczywiście naszym doświadczeniem dzielimy się z parą Polaków, która ma taki sam problem jak my. Nigdy jeszcze nie widziałem kasowników działających na takim patencie 😉 .
Na peron wjeżdża nasz pociąg. Zajmujemy miejsca. Ostatnie spojrzenia przez okno na Anzio. W taki sposób żegnamy się z tym uroczym miasteczkiem. Dobry był to wyjazd, ciekawie spędzony czas. Nie zapomnę go nigdy 😉 .
Kiedy wysiadamy na dworcu Tremini dociera do nas, że jutro, skoro świt, a raczej w nocy opuszczamy Wieczne Miasto. Po drodze do „Andrzeja” zachodzimy na przystanek skąd autobus zawiezie nas na lotnisko. Upewniamy się, że mimo niedzieli podjedzie na miejsce bez żadnego problemu. Nie chcemy o świcie się tu pojawić, rozczarować i zamawiać Ubera, żeby móc dojechać na lotnisko. Przystanek: Bus Shutlle znajduje się zaraz przy dworcu Tremini przy ul. Via Marsala. Tym samym transportem przyjechaliśmy z lotniska i tym samym w drodze powrotnej postanawiamy na nie dotrzeć.  Jesteśmy tylko przerażeni tym, że musimy wstać o trzeciej nad ranem, żeby bez spiny się ogarnąć i na spokojnie tu dotrzeć. Czeka nas dziś bardzo krótka noc.
Do Tratorii wchodzimy jak do siebie. Niestety nasz stolik jest zajęty. Na szczęście miejsce dla nas jeszcze się znajduje. Lokal jest nabity jak strzelba. Mnóstwo ludzi, gwarno, radośnie. Atmosfera rodzinna. Kolacja w takim klimacie smakuje wybornie.
Kiedy docieramy do hotelu pozostaje nam tylko przygotować się do wyjazdu. Pakuję swój plecak, biorę szybki prysznic. Przykładam głowę do poduszki z nadzieją na złapanie chociaż kilku godzin snu.
Budzik wydziera się niemiłosiernie. Dźwigam ciężkie powieki i nie dowierzam, że muszę wstać z łóżka. Na automatycznym pilocie docieram do łazienki. Kiedy wychodzę Olka już praktycznie jest gotowa do wyjścia. Ten widok uświadamia mi, że powrót do wyrka jest już niemożliwy. Powrót do domu staje się faktem. Wychodzimy z hotelu i po dosłownie kilku minutach spaceru meldujemy się na przystanku autobusowym. Jesteśmy pierwsi. Chwila niepewności czy autobus przyjedzie, bo jak na razie oprócz naszej dwójki nikogo nie ma. Po kilku minutach podróżni zaczynają się schodzić. Tuż przed przyjazdem autobusu ludzi jest ful. Na miejscu okazuje się, że za bilet można płacić tylko gotówką. Pierwszeństwo wejścia na pokład mają ci z biletami zakupionymi przez internet. Jeśli będziecie kiedyś podróżować tą linią to kupcie bilet wcześniej żebyście byli pewni, że kierowca wpuści Was do środka. My mamy dziś fart. Okazuje się, że w autobusie są wolne miejsca. Po około 30 minutach jazdy meldujemy się na lotnisku. Wchodzimy na terminal. Odprawa przebiega bez problemu. Kilka chwil, które mamy do odlotu wykorzystujemy do zrobienia ostatnich zakupów.
Wchodzimy na pokład samolotu. Maszyna kołuje na pas startowy, by po chwili wzbić się w powietrze. Cało i zdrowo lądujemy w Modlinie. Tak oto kończy się nasz zmysłowy wypad do Wiecznego Miasta.

Rzym jest specyficznym miastem. Nie powalił mnie na kolana. Nie zapałałem do niego takim entuzjazmem jak do Lizbony czy Porto. Jedno jest pewne, to miasto ma wiele twarzy. Żeby je zobaczyć trzeba spędzić tu zdecydowanie więcej czasu niż kilka dni. Mimo wszystko cieszę się, że mogłem tu być, zobaczyć te wszystkie cuda na własne oczy. Zjeść pyszną pizzę „u Andrzeja”, epickie lody przy fontannie di Trevi i napić się wina, podziwiając przepiękny zachód słońca nad miastem. W tym momencie chciałbym  wspomnieć o mojej towarzyszce podróży. Olka na wyjeździe spisała się na medal. Oczywiście musieliśmy się „dotrzeć”, ale wiem, że pasuje do zmysłowego składu podróżniczego. 😉
Czy warto odwiedzić Rzym? Zdecydowanie tak. Czego Wam życzę, oczywiście ze Zmysłami 😉
FiNe