Anzio – chwila oddechu nad morzem

Budzę się ze snu. Mimo, że jest zdecydowanie wczesna pora, to widzę jak na wyrku obok demon mediów społecznościowych miażdży internet 😉 . Dziś nasz ostatni dzień na włoskiej ziemi. W planach mamy wizytę nad morzem. Chcemy miło spędzić czas, uciec od turystycznego tłumu. Kiedy wczoraj łaziliśmy po mieście zauważyliśmy, jak gęstnieje ludzka masa, która na weekend zleciała się do Wiecznego Miasta. Mimo, że do pełnego sezonu turystycznego jest jeszcze trochę czasu to „młyn” z tym związany jest już bardzo odczuwalny. Boje się pomyśleć co będzie się tu działo w letnich miesiącach, kiedy dwa rzymskie lotniska nie będą się wyrabiały przyjmując lądujące samoloty z całego świata. Co do naszego dzisiejszego wyjazdu na prowincje, to generalnie zależy mi, żeby było morze, plaża i żeby dotarcie do celu nie zajęło zbyt wiele czasu. Ola z kolei ma inną koncepcję. Wynajduje w necie miasteczko o nazwie Anzio i  podejmuje decyzję, że to właśnie tam się udamy. Na początku trochę oponuję, ale w sumie, czemu nie. Totalnie zdaję się na jej wybór.
Zwlekamy się z łóżek i zabieramy się za najważniejszy posiłek dnia. Wcinamy nasze epickie włoskie śniadanie, czyli chipsy zawinięte w szynkę. Do tego ser, zapijany oczywiście, jak to na wakacjach, winem 😉 . Pociąg mamy o godzinie 9.42. Wynurzamy się z naszych hotelowych podziemi, w których rezydujemy. Spoglądam w niebo. Pogoda dosłownie jak się to mówi w górach „igła”. Nie ma nawet najmniejszej chmurki.  Idealny dzień żeby zalec na plaży. Transport, którym dotrzemy nad morze odjeżdża z dworca Termini. W tym momencie doceniamy położenie naszego hotelu.
Dosłownie po kilku minutach spaceru docieramy na miejsce. Wchodzimy na teren stacji kolejowej. Rozglądam się i opada mi szczęka. Obiekt jest po prostu wielki.  W głowie mam tylko jedną myśl: „kurde, żebyśmy się tu tylko nie zakręcili”. Na szczęście mamy jeszcze sporo czasu, więc na spokojnie jak komandosi przed akcją robimy rozpoznanie terenu. Lokalizujemy peron, automat, gdzie możemy kupić bilety. Ola pewnym krokiem podchodzi do maszyny. Chwilę jej zajmuje rozgryzienie włoskich procedur. Przykłada kartę bankomatową do czytnika. Maszyna „wypluwa” nagrodę, czyli nasze bilety na przejazd.
Później to już z górki. Dziarskim krokiem idziemy na peron, z którego odjeżdża nasz skład. Przy wejściu przechodzimy wraz z tłumem podróżnych przez bramkę bezpieczeństwa. Przykładam bilet do czytnika. Bramka się otwiera, robię kilka kroków i jestem już na terminalu. Zauważam, że po stacji spacerują funkcjonariusze służb mundurowych uzbrojeni dosłownie po zęby. Względy bezpieczeństwa są tu naprawdę traktowane bardzo poważnie.
Nasz pociąg jest już podstawiony. Ku mojej radości wagony są piętrowe. Oczywiście oboje nie zastanawiając się długo lecimy na górę i zajmujemy sobie miejscówki. Do odjazdu mamy jeszcze chwilę czasu. Z  nosem w oknie przyglądam się temu co się dzieje na dworcu. Tysiące przemieszczających się pasażerów, ruch jak w ulu. Z tego dworca odjeżdżają pociągi praktycznie w każdy zakątek Włoch. Sam dworzec to taka mini dzielnica. Mnóstwo sklepów, kawiarni, punktów usługowych. W zasadzie jest tu wszystko, co podróżnemu do życia potrzebne.
Skład rozpoczyna jazdę.  Za oknem krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Naszą uwagę zwraca na siebie współpasażer. Po sąsiedzku miejsce zajmuje młody chłopak. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że gość wiezie ze sobą gitarę i przez połowę drogi próbuje sobie założyć na ręce pieszczochy wiązane na rzemienie. Pieszczocha to bransoleta. Atrybut ludzi słuchających rocka lub artystów grających w zespołach. Popularna ozdoba w latach 80. Przyglądam mu się uważnie. Jest wysoki, lekko otyły z widoczna oponka na brzuchu i z zarostem na twarzy. Na głowie ma kapelusz. Wygląda jak włoski Ryszard Riedel, wersja wykarmiona makaronami. Jestem ciekawy, dokąd ten rockowy jegomość podróżuje?
Docieramy do Anzio Wysiadamy z pociągu. Nie wiemy za bardzo, w którą stronę iść. Instynktownie podążamy za ludźmi. Po kilku minutach spaceru wychodzimy na mały plac. W jego centralnej części stoi kościół. W koło poustawiane są ławki na których siedzą włosi. Mam wrażenie jak bym się znalazł w innym świecie. O ile w Rzymie czuć pośpiech i taką specyficzną energię, tak tutaj jest po prostu sielankowo.
Tak, jak by czas się zatrzymał. Mieszkańcy okupują kawiarnie popijając przedpołudniowe espresso, dzieciaki biegają po placu za futbolówką. Wszędzie widać rozmawiających ze sobą ludzi.  W tym właśnie momencie czuje, że jestem we Włoszech. Uśmiechamy się do siebie, bo oboje mamy identyczne odczucia.  Wiem, że będzie to fantastyczny dzień, jakże inny od tych, które spędziliśmy w Rzymie. Dopada mnie głód kofeinowy. Lokalizujemy kawiarnie, gdzie zamawiam małą czarną. Olka funduje nam coś słodkiego. Siadamy przy stoliku na zewnątrz. Jest iście urlopowo. Nigdzie się nie spieszymy, nic nas nie goni. Słowem pełen luz. Popijając kawę zastanawiamy się jak daleko jest morze. O tym, że jesteśmy blisko świadczą wrzeszczące nad naszymi głowami morskie ptaszyska.
Kawa smakuje naprawdę zacnie. Przez moment czujemy się jak mieszkańcy Anzio. Kończymy nasze drugie śniadanie, dźwigamy tyłki i podążamy za spacerowiczami. Dosłownie po kilku krokach wchodzimy do portu. Widok przepiękny. Oprócz dużych luksusowych jachtów cumują tu małe stateczki i rybackie łodzie.
Na kilku z nich trwają właśnie prace porządkowe po skończonych połowach. Idziemy wzdłuż nabrzeża mijając ogromną ilość restauracji. Zapach jaki melduje się w naszych nosach jest obłędny. Czujemy aromaty pysznego jedzenia. Dominują nuty owoców morza i ryby. Jako fan takiej diety jestem wręcz zachwycony. Postanawiamy, że w drodze powrotnej wpadniemy tu na obiad.
Tymczasem skręcamy w jedną z bocznych uliczek, gdzie w miejscowym małym sklepiku spożywczym robimy zakupy. Zaopatrujemy się tak, żeby na plaży niczego nam nie zabrakło; ). Obładowani wszelkimi dobrami wracamy na główna uliczkę, portową i po kilku minutach spaceru w pięknych okolicznościach przyrody wychodzimy na plażę. Mimo, że kocham góry, to widok wody zawsze sprawia, że moja dusza się uśmiecha. Co ciekawe, centralnie na plaży jest lokal o nazwie Ristorante da Alceste. Na piasku stoją stoliki, przy których siedzą ludzie popijając kawę i przedpołudniowe aperole.
Ola postanawia strzelić kilka fotek, ja z kolei siadam przy stoliku zamawiam zestaw turysty. Chwilo trwaj. Nic więcej mi do szczęścia w tym momencie nie potrzeba. Gapiąc się w słońce, za którym tak tęskniłem całą długą zimę myślę o tym, że jest jeszcze tyle fantastycznych miejsc do zobaczenia, tylu ciekawych ludzi do poznania i generalnie, że życie jest piękne. Jak mawiają włosi Dolce Vita. Z moich rozmyślań wyrywa mnie towarzyszka podróży. Patrzę, jak idzie w moją stronę z uśmiechem na twarzy. Na stole czeka już kieliszek spritza i zakąska. Olka widząc to uśmiecha się jeszcze szerzej. Siada na krześle, odkłada aparat, pociąga przez słomkę solidnego łyka.
Spoglądamy na siebie i w tym momencie obydwoje wiemy, że jesteśmy farciarzami. Znajdujemy się w tak kapitalnym miejscu z dala od tłumów i tego całego rzymskiego zgiełku.  Jedyne czego żałuję, to tego, że moja rodzinka nie może być teraz ze mną. Łapię się na tym, że już myślę jak by tu jeszcze wrócić razem z nimi 😉 . Siedzimy jeszcze chwilę wpatrując się w punkt, gdzie spotykają się dwa błękity. Możemy tam tak siedzieć i siedzieć, ale obydwoje postanawiamy, że znajdziemy sobie jakieś miejsce na piasku, zalegniemy, zamkniemy oczy i wsłuchamy się w szum fal. Plaża jest dość duża. Idąc brzegiem dostrzegam, że nad kąpieliskiem wznoszą się jakieś starożytne ruiny. Wygląda to bardzo ciekawie i intrygująco. Zastanawiam się, co to jest? W oddali widzę coś, co przypomina jaskinie wydrążone w skale, które wznoszą się nad wodą. Dostrzegam spacerujących tam turystów. Znajdujemy sobie miejscówkę na piasku.
Z plecaka wyciągam oliwki i wino, odpalam net i czytam to co znalazłem na temat plaży, na której obecnie się wylegujemy. Okazuje się, że te ruiny nad brzegiem to pozostałości po willi, w której wypoczywał Neron. Świadomość, że w tym miejscu, w którym my teraz popijamy wino i wcinamy oliwki przechadzał się Neron jest niesamowita. Poza tym w roku 1944 toczyły się tu zacięte walki wojsk alianckich, które właśnie w tym miejscu chciały przełamać faszystowską obronę i zdobyć Rzym. Tak oto będąc na totalnej nieświadomce znaleźliśmy się w miejscu tak bardzo historycznym.  Olka z aparatem w ręku leci sfotografować jaskinie, natomiast mi się tyłka nie chce ruszać. Wygodnie się układam i chłonę wszystko to co mnie otacza. W pewnym momencie dostrzegam naszego znajomego muzyka, z którym podróżowaliśmy pociągiem. Co ciekawe jest on w towarzystwie dwóch osób. Jedna z nich trzyma w ręku kamerę, chodzi z naszą „gwiazda rocka” kręcąc materiał filmowy. Oho myślę sobie. Może jest to faktycznie znana persona w świecie włoskiej muzyki gitarowej?
Obserwuje to wszystko, bo pierwszy raz jestem świadkiem takiej sytuacji. Facet się pręży, wygina przed kamerą, udaje, że gra na gitarze, macha włosami, biega po plaży, no powiem Wam niezły cyrk. Olek wraca z wyprawy do jaskiń pełna entuzjazmu mówiąc, że przez jedną z nich można przejść na druga stronę plaży. Ciekawość nowych, nietuzinkowych miejsc ostatecznie wygrywa i przekonuje mnie, że warto się tam wybrać, samemu zobaczyć co kryje się po drugiej stronie. Z kolei ja jej mówię, że nasz znajomek z pociągu może być lokalnym celebrytą i właśnie bierze udział w jakimś telewizyjnym projekcie.
Dźwigam swoje cztery litery i idę zobaczyć te jaskinie. Przechodzę po kamieniach, na których rozbijają się morskie fale. Zaczynam eksplorować wgłębienia w skale, które wyglądają jak wydrążone przejścia.
Jeden taki otwór faktycznie wychodzi na drugą stronę. Robię kilka kroków i znajduje się na kamiennym tarasie.
W tym momencie mam widok na drugą stronę plaży. Nie jest ona tak efektowna jak nasza miejscówka,  za to bardziej kameralna. Podejrzewam, że w sezonie tu też jest mnóstwo ludzi, ale póki co panuje tylko cisza i spokój.
Mimo, że klimat na kamiennym tarasie jest genialny, to pora wracać. Z daleka widzę, jak Ola rozmawia z naszą gwiazdą tv. Kładę się na piasku, biorę łyk wina zagryzając oliwkami. Ola wraca i mówi, że nasz gwiazdor jest muzykiem, kręci tu teledysk i nawet podał jej adres strony internetowej, na której możemy  posłuchać jego zespołu. Oczywiście bez namysłu odpalamy net. Patrzę w wyświetlacz i po chwili już wiem, że  projekt artystyczny naszego „Ryśka” jest hmmm ciekawy, ale fanem jego twórczości to raczej  nie zostanę. Totalnie nie moje klimaty 😉 .
CDN…