


Świątynia, pod którą rozbili namioty kucharze nosi imię Świętego Jakuba, podobnie jak nasz pierwszy park, przez który szliśmy zobaczyć pałac Buckingham. Po tabliczce orientuję się, że jesteśmy na dzielnicy Piccadilly. Spoglądam na załogę, która dzielnie pałaszuje swoje falafele i postanawiam, że trochę się tu rozejrzę. Wchodzę do kościoła, ale nie idę bezpośrednio do wnętrza, tylko przechodzę przez korytarz, który kończy się drzwiami. Kiedy je otwieram okazuje się, że mogę wyjść na sąsiednią ulicę. W ten sposób można sobie skrócić drogę. Zawracam i zaglądam do środka świątyni. Staram się cicho otworzyć drzwi. Kiedy je uchylam słyszę kobiecy śpiew. Wchodzę do środka i orientuję się, że przy ołtarzu trwa właśnie próba wokalna. Młoda kobieta, której towarzyszy akompaniament organów, śpiewa słowa jakieś pieśni. Chwila jest tak niesamowita, że siadam na ławce i po prostu słucham. Najlepsze jest to, że z zewnątrz, mimo że okolica tętni życiem, nie dobiegają żadne hałasy. Nie wiem, jak to jest rozwiązane, ale wnętrze wypełnia tylko niczym niezmącona muzyka. Siedzę tak przez chwilę i po prostu słucham. Czuję w tym przez moment jakąś magię. Uwielbiam takie nieoczekiwane „zmysłowe” akcje. Niestety po chwili zdaję sobie sprawę, że na zewnątrz moje głodomory pewnie już rozprawiły się z obiadem. Ewakuuję się z kościoła z dużym niedosytem. Mam małą nadzieję, że może wszyscy tu za chwile wrócimy. Spoglądam w stronę ławki i widzę, że w zasadzie jest już po obiedzie. Oczywiście opowiadam o tym co mnie spotkało, jednak moja propozycja, żeby tam wspólnie zajrzeć i posłuchać nie znajduje uznania. Za to na hasło kawa wszystkim rozbłyskują oczy. Najlepsze jest to, że zaraz przy tym kościele jest kawiarnia.
Widać, w tym wszystkim strategię i plan. Odnoszę takie wrażenie, że każdy kto tam wejdzie chcąc czy nie, coś kupić musi. Robię kilka fotek i się ewakuuję. Za to Marta z Hubertem oddają się zakupowym szaleństwom. Jestem ciekawy co kupią i ile ta przyjemność uszczupli ich stan kont bankowych? 
Wchodzimy na jej teren przez bramę zbudowaną w chińskim stylu. Nad ulicami wiszą czerwone lampiony. Czujemy się jak byśmy faktycznie byli w Pekinie, a to przecież Londyn. Wyjątkowe miejsce i powiem Wam, że warto tu zajrzeć choćby dla samego klimatu.
Nie wspominając już o tym, że jest tu mnóstwo knajpek z orientalną kuchnią. Słowem Chiny w pełnej krasie. Żałuję jedynie tego, że nie zatrzymujemy się tu na dłużej. Razem z Alą obiecujemy sobie, że kiedy znowu zawitamy do Londynu na bank wpadniemy tu na jedzenie.